Bogdan Achimescu wygrał z Zakopanem proces o opłatę klimatyczną. „To był pozew z miłości do gór”

Dwa lata – tyle trwał proces Bogdana Achimescu, profesorem krakowskiego ASP i miłośnikiem gór przeciwko miastu Zakopane. Do sprawy dołączyła się organizacja ClientEarth Prawnicy Dla Ziemi. Chodziło o pobraną opłatę klimatyczną w dni, kiedy stężenia trujących zanieczyszczeń w mieście pod Giewontem były bardzo wysokie. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał po wielu miesiącach sporu, że opłata była pobrana bezprawnie.

Pojedzie Pan jeszcze kiedyś do Zakopanego?

Oczywiście, moja relacja z tym miastem i z Tatrami nie trwa od dziś i nie zamierzam jej skończyć. Czas mija nieubłaganie, ostatnio sobie naliczyłem, że pierwszym raz w Zakopanem byłem 50 lat temu jako dzieciak. I potem, po drodze, było takich wizyt wiele. Strasznie mnie tam ciągnie.

Czyli pozew był pozwem z miłości?

Wie pani, ja nie jestem z natury aktywistą – a już na pewno nie aktywistą zakopiańskim. Natomiast zawsze kochałem góry. Urodziłem się w Rumunii, spędziłem tam pierwsze 25 lat swojego życia, wchodziłem tam w Karpaty, a w Polsce – w Tatry. I tak jest do dziś, choć już nie wyczynowo. Kocham góry i to jest pierwsza przyczyna, dla której zdecydowałem się na pozew. Drugi wymiar jest tatusiowo-smogowy. Mam trójkę dzieci. Córka ma już 25 lat, ale pozostała dwójka to jeszcze dzieciaki. Chodzą ze mną w góry, bo staram się im zaszczepić miłość do przyrody. Kraków, gdzie mieszkamy, tonie w smogu przez cały sezon grzewczy, który trwa przecież od września do kwietnia. W efekcie dzieci mają przez kilka miesięcy areszt domowy. W Bronowicach śmierdzi przerażająco, więc człowiek jest w potrzasku – nie ma gdzie się podziać nawet w weekend. Nie ma miejsca w sensownej odległości od Krakowa, które zapewniłoby dostęp do czystego powietrza. Bezpieczny jest tylko dom z dobrą wentylacją i filtrem powietrza. Cała rodzina choruje, ja mam stany astmatyczne, których wcześniej nie miałem. Człowiek chce mieć odskocznię, a nawet w Tatrach dusi się smogiem. I z tego wszystkiego to wynikało. Z potrzeby odskoczni i z miłości do gór. W żadnym wypadku nie chodziło o te dwa złote opłaty klimatycznej.

To zdenerwowanie narastało, czy po konkretnym pobycie w Zakopanem pomyślał Pan: dość. Coś trzeba z tym zrobić?

Dowodem w procesie były konkretne dwa dni pobytu, choć oczywiście problem widziałem już wcześniej. W Zakopanem Akademia Sztuk Pięknych, gdzie pracuję, ma swój dom plenerowy. Włożyliśmy wiele wysiłku w rozbudowę i renowację tego miejsca i często jeździmy ze studentami. Wszyscy widzimy, że problem jest ewidentny. Sygnalizuje go już sama podróż Zakopianką, przejeżdżanie przez kurort Rabkę, gdzie od tego kurowania można umrzeć, bo powietrze jest tak trujące. Jak dojeżdża się do Zakopanego nie jest wcale lepiej – wszędzie ścieli się brudny, siwo-żółty dym. Żeby się z tej czapy wydostać, trzeba wspiąć się na kolosalną wysokość. W Murowańcu, na jakichś 2000 metrów robi się znośnie i można tę czapę smogu podziwiać. Pamiętam dokładnie ten dzień, o który później była sprawa w sądzie. Jak zazwyczaj mgłę widzimy rano, a dopiero koło południa niebo robi się przejrzyste, to w Zakopanem jest zjawisko inwersji. Poranek był piękny, idealnie było widać góry. Zanim zamówiłem sobie kawę, zdążyła już zajść mgła – a tak naprawdę, dym. Tatry już nie były tak widoczne, miałem wrażenie, że są jakieś 200 kilometrów ode mnie. I tak powoli, w miarę jak ludzie zaczynają się budzić, Tatry coraz bardziej oddalają się od Zakopanego.

Wrócił Pan z tego wyjazdu i co się stało dalej?

Moje wspomnienia są już lekko zamazane, bo to działo się dwa lata temu. Ale złożyłem pozew przeciwko miastu Zakopane, domagając się zwrotu pobranej ode mnie opłaty klimatycznej. Do sprawy dołączyło kilka podmiotów, w tym ClientEarth Prawnicy Dla Ziemi i Rzecznik Praw Obywatelskich. Bardzo mnie to ucieszyło, bo uważam, że czyste powietrze jest naszym prawem, którego trzeba bronić. Te dwa lata to był czas odwlekania procesu, sprawdzania kolejnych kruczków. Sąd nie mógł debatować na meritum. Aby pobierać opłatę klimatyczną, trzeba spełniać łącznie trzy warunki: walory krajobrazowe, baza turystyczna i czyste powietrze. Zakopane wie doskonale, że nie spełnia trzeciego wymogu.

Sami pisali na stronie internetowej miasta, że oddychanie zakopiańskim powietrzem jest jak wypalenie 3 tysięcy papierosów.

To nie jest pierwsza i jedyna rzecz, jaka budzi zdziwienie. Do tych „zdziwień” mogę dodać – odrzucone zresztą przez Sąd – zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego ustawy, na podstawie której podjęto uchwałę o opłacie klimatycznej. Ale dla mnie tu nie ma nic do podważenia chyba, że się gra na czas. Przecież wyniki badań powietrza mówią same za siebie, są znane od lat i nikt nie może im zaprzeczyć. Zresztą, tak sobie pomyślałem, proszę zauważyć, że ta sympatyczna dziewczyna, która mi oderwała bon kasowy za opłatę klimatyczną, dalej w tym okienku siedzi. Ona musi tam zostać, oddychać tym powietrzem. Ja jeszcze mam jakiś wybór, mogę zbierać pieniądze i raz w roku pojechać w Dolomity. A mieszkańcy Zakopanego dalej się będą dusić. Wyrok sądu tego, niestety, nie zmieni.

Nie myślał Pan, żeby po prostu zostawić Małopolskę i uciec gdzieś nad morze, gdzie powietrze jest lepsze?

Oczywiście, że myślałem. Tak samo, jak chyba wszyscy moi znajomi. Mam taką parę znajomych, którzy najpierw uciekli z Krakowa, a potem z Polski w ogóle. Powód? Jedna z tych osób jest chora, a przez polskie powietrze nie może oddychać. Mnie też ta opcja kusiła, ale jestem bardzo związany z Krakowem, łączą mnie z nim więzy zawodowe i towarzyskie. Ale niestety, przez to skazuję moje dzieci na mieszkanie tutaj – choć w przyszłości sami wybiorą sobie swoje miejsca. Jednak mam dziwne uczucie, że przeze mnie żyją tutaj i, automatycznie, będą żyć krócej.

Jakby Pan mógł cofnąć się o te dwa lata, pozwałby Pan Zakopane?

Pozwałbym. To nie był dla mnie straszny wysiłek i uważam, że to jest kwestia higieny i wstyd mi, że nie robimy więcej. Ja robię mało i to nie jest moja fałszywa skromność. Z pomocą prawną od ClientEarth i minimalnym wysiłkiem udało się wygrać proces, ale to wciąż mało. Najgorsze co można robić to siedzieć przed Facebookiem i klikać w smutne buźki. To usypia czujność, wydaje nam się, że już jakoś zareagowaliśmy. A tak nie jest. Trzeba działać realnie. Niech każdy z nas przeznaczy kilka godzin swojego wolnego czasu na to, na czym nam wszystkim zależy. Wtedy będzie lepiej.

 

Fot. gudka/Flickr.

Dodaj komentarz