Każdy nowy budynek mieszkalny w Europie będzie musiał mieć punkt ładowania samochodów

Pytanie w jaki sposób możesz załadować swój samochód, jeżeli mieszkasz w apartamencie w mieście, jest bardzo ważne – mówił w rozmowie z „The Guardian” Guillaume Berthier z francuskiego Renault, który pokazał ostatnio elektryczny pojazd o zasięgu ponad 400 km.

Z odpowiedzią pospieszyła Unia Europejska. Jej urzędnicy pracują właśnie nad dyrektywą, która ma zapewnić, że wszystkie nowe budynki mieszkalne powstające w Europie będą wyposażone w stacje ładowania samochodów elektrycznych. Do 2023 roku te mają się znaleźć przy 10 proc. nowych miejsc parkingowych. Jest to krok, który ma ułatwić wdrożenie planów – ogłoszonych już przez Niemcy, Holandię oraz leżącą w Europejskim Obszarze Gospodarczym Norwegię – całkowitej rezygnacji z pojazdów spalinowych i przestawienia się na samochody elektryczne.

Te potrzebują jednak odpowiedniej infrastruktury i jej brak jest postrzegany jako największa bariera w zwiększaniu ich liczby. Unijna dyrektywa ma zapewnić, że kraje Wspólnoty zadbają o jej rozwój, uspokoją konsumentów powstrzymujących się przed zakupem z obawy o możliwość dostępu do ładowania i przyspieszyć przejście Europy na „elektryki”. Przejście, które dopiero się rozpoczęło – nawet w Norwegii, która per capita ma ich najwięcej na świecie, samochody elektryczne to zaledwie 3 proc. wszystkich obecnych na drogach – ale wyraźnie nabiera tempa i raczej nie zwolni.

Samochody elektryczne są coraz lepsze i w miarę rozwoju technologii zyskują kolejne zalety. Szybko pokonywane są też ograniczenia konstrukcyjne, które zniechęcały potencjalnych nabywców – na przykład takie jak krótkie zasięgi i długi czas ładowania. Nowa Tesla S już dzisiaj bez problemu pokonuje ponad 500 kilometrów, a 20 minut spędzone na stacji „superładowania” wystarczy, by baterię uzupełnić do połowy. I, to ciekawe, na stacjach zbudowanych przez tę korporację, posiadacze jej samochodów nie muszą płacić. Ostatnią barierą pozostaje więc infrastruktura i dostęp do niej.

Dlatego do jej rozwoju postanowiła zachęcić Unia Europejska.

Ale robi to nie tylko ona, bo podobne projekty pojawiają się w różnych miejscach świata. W 2013 roku japoński rząd zawarł umowę o współpracy z rodzimymi producentami samochodów, zgodnie z którą 1 miliard dolarów miał zostać przeznaczony na rozwój sieci stacji ładowania. Efekty już widać. W maju poinformowano, że na wyspie jest ich już więcej niż miejsc, w których można zatankować benzynę – dokładnie o 5 tys. Tym sposobem Japonia stała się pierwszym na świecie krajem, gdzie stacji do ładowania samochodów jest więcej niż tych, gdzie można je zatankować.

Podobną do europejskiej inicjatywę podjął też Nowy Jork, który rozwija infrastrukturę dla samochodów elektrycznych. Dwa lata temu wprowadził zasadę, że na nowych parkingach ma być wystarczająco dużo miejsca, by 20 proc. miejsc było wyposażone w „ładowarki”. Dotyczy to także parkingów, które są rozbudowywane. Docelowo ma dzięki temu powstać 10 tys. stacji ładowania.

Motywacja do wprowadzania tych zmian jest duża, bo z jednej strony wymusza je ekologia i troska o powietrze, z którym wiele metropolii ma problem. Z drugiej jest to zmiana, która daje krajom rozwiniętym szansę na uniezależnienia się od dostępu do ropy naftowej i wpływu jej cen na gospodarkę. A do tego oparcie transportu o własny „surowiec” – prąd. Ten jest nie tylko dostępny i nie wymaga importu, ale też za sprawą rozwoju odnawialnych źródeł energii staje się coraz tańszy.

Choć i tutaj pojawia się pewien problem, bo przestawienie transportu na pojazdy elektryczne, ma oznaczać zwiększone zapotrzebowanie na energię. – Większa liczba samochodów elektrycznych będzie potrzebować wygenerowania dodatkowego prądu. To jakie będzie źródło tej dodatkowej energii jest niezwykle ważne. To realne, że będziemy wykorzystywać jej odnawialne źródła, ale kiedy pomyśli się, gdzie znajdują się różne kraje, to myślę, że potrzeba fundamentalnych decyzji, by rozwinąć produkcję takiej energii w Europie – komentował dla „Guardiana” Martin Adams, szef grupy zajmującej się badaniem zanieczyszczeń powietrza w Europejskiej Agencji Środowiska.

Trudno nie zadać sobie pytania, gdzie my jesteśmy w tym wszystkim.

*

Fot. Kampus NTNU w Trondheim. Fot. SINTEFEnergy/Flickr

*

Creative Commons License
This work is licensed under a Creative Commons Attribution 4.0 International License.

1 komentarz

  1. No cóż, my też jesteśmy przed rewolucją. Nikt rozsądny nie będzie kupował auta, które w eksploatacji będzie 2 razy droższe niż elektryczne, koszt zakupu podobny, parametry jezdne 2 razy słabsze (elektryczne Tesle bez problemu przyspieszają w 5 s do 100 km/h). Wyobrażam sobie , że ta rewolucja będzie lawinowa na podobieństwo rewolucji w telefonii komórkowej czy internecie. O smogu samochodowym za 20 lat to będziemy naszym wnukom opowiadać jak to wyglądało. Dla aktualnych użytkowników samochodów spalinowych to też nie będzie źle na początku bo państwa, które ropą stoją , będą zmuszone obniżyć nieco ceny paliw, skoro popyt zacznie spadać.

Dodaj komentarz