Koalicja rządząca jest daleka od spełniania obietnicy objęcia ochroną 20 proc. lasów. Ale tym, co się udało, jest powrót do tworzenia rezerwatów przyrody. To może wkrótce się zmienić, bo część posłów PSL i Polski 2050 chce dać gminom możliwość ich blokowania.
Posłowie postulują, aby do utworzenia rezerwatu konieczna była zgoda gminy. Takie przepisy od 25 lat obowiązują dla powoływania parków narodowych. I od tego czasu ani jeden park nie powstał, ani nawet nie nie został rozszerzony. Bo żadna gmina się na to nie zgodziła.
Do sytuacji parków narodowych nawiązywał zresztą sam poseł Bartosz Romowicz (Polska 2050), jeden z autorów pomysłu. – Pomiędzy rezerwatem przyrody a parkiem narodowym nie ma różnic w zakresie ograniczeń co do inwestycji czy do funkcjonowania obszaru, jest znacząca różnica w powstawaniu – powiedział na konferencji w Sejmie.
Organizacje broniące przyrody jednoznacznie widzą w tym “faktyczne weto dla ochrony przyrody”. I podkreślają, że rezerwaty są “ostatnim bastionem”, który pozwala na skuteczne chronienie cennych obszarów i gatunków.
“Weto” dla rezerwatów
Dziś rezerwat jest tworzony decyzją Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. To właśnie RDOŚ gromadzi dokumentację przyrodniczą, zasięga opinii innych jednostek (np. Lasów Państwowych), które nie są jednak wiążące. Potrzebna jest zgoda właściciela (to często Skarb Państwa), ale już nie gminy – jak w przypadku parków narodowych.
Proponowana przez Polskę 2050 i PSL zmiana w ustawie o ochronie przyrody wprowadza zasadę, zgodnie z którą utworzenie rezerwatu będzie wymagało uzgodnienia z radą gminy. Jeśli ta nie zagłosuje w terminie 30 dni, to przyjmowana jest zasada milczącej zgody. Jednak wystarczy decyzja podjęta większością radnych, aby rezerwat zablokować. Wtedy jedynie wojewoda będzie mógł uchylić taką decyzję “jeśli będzie za tym przemawiał interes społeczny”.
Obok Romowicza, który przed Polską 2050 był związany z PSL, na konferencji było dwoje posłów tej drugiej partii – Krzysztof Paszyk i Urszula Pasławska, oraz Paweł Śliz (z Polski 2050). Pasławska jest znaną w sejmie myśliwą (w czym widzi możliwość “ścisłego kontaktu z przyrodą”).
Romowicz argumentował, że w sprawach rezerwatów musi być brany pod uwagę “głos lokalnej społeczności”.
– Dlatego ustawa nie powinna budzić kontrowersji – stwierdził.
Jednak dzieje się dokładnie przeciwnie. Pomysł natychmiast wywołał oburzenie organizacji zajmujących się ochroną przyrody i sprzeciw niektórych polityków. Bo doświadczenie parków narodowych budzi obawy, że danie radom gminy prawa weta w sprawie rezerwatów na dobre zablokuje ich tworzenie.
„Zamiast obiecanych lasów od wycinek – dalsza rzeź najcenniejszych zakątków Polski”
– Wiemy dokładnie, jaki będzie tego efekt – liberum veto zablokowało tworzenie parków narodowych, i to pomimo tego, że zdecydowana większość Polek i Polaków popiera ich tworzenie. Zamiast obiecanych przez Donalda Tuska 20 proc. lasów wolnych od wycinek, posłowie koalicji rządowej proponują nam dalszą rzeź najcenniejszych przyrodniczo zakątków Polski – skomentował Krzysztof Cibor z Greenpeace Polska. W czwartek kilka organizacji przyrodniczych na wspólnej konferencji prasowej ostro skrytykowało pomysł posłów.
Przyrodnicy wskazują, że tryb powoływania rezerwatów – przez instytucję odpowiedzialną za ochronę przyrody – wynika niejako z tego, jaka jest ich funkcja. To znaczy: mają chronić najbardziej cenne (i najczęściej też niewielkie) fragmenty przyrody. To obiektywna ocena wartości przyrodniczej, do której kompetencje mają eksperci, a nie ogół obywateli. Podobnie jak Wojewódzki Konserwator Zabytków uznaje dany budynek czy obiekt za cenny i wart ochrony na podstawie jego historycznej wartości – i tu też głos mieszkańców, o którym mówią posłowie, nie jest uwzględniany, a gmina nie ma prawa weta.
– Rezerwaty nie powstają w Polsce, bo ktoś ma takie widzimisię. To miejsca, w których chronione są ostatnie fragmenty prastarych puszcz, rzadkie lub ginące gatunki, czy unikalne ekosystemy – podkreślała Monika Klimowicz-Kominowska z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. – Takie miejsca łatwo jest zniszczyć polityczną decyzją, ale ich odbudowa może okazać się niemożliwa – dodała.
Prof. Żmihorski: wyrąb i odstrzał są łatwe, utworzenie małego rezerwatu już nie
– W radach gmin często zasiadają politycy, oddanie w ich ręce decyzji dotyczących całego społeczeństwa nie jest korzystne dla Polek i Polaków, co gorsza tworzy dodatkowe obciążenia administracyjne – mówiła na konferencji dr Alicja Pawelec-Olesińska z WWF Polska.
Prof. Michał Żmihorski z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży we wpisie na portalu X zwrócił uwagę na dysproporcję między tym, jak łatwo przyrodę eksploatować, a jak wymagająca bywa jej ochrona:
“Eksploatacja, wyrąb, odstrzał są łatwe, bez uzgodnień, wręcz domyślne, ale utworzenie małego rezerwatu (których mamy jak na lekarstwo) – ma być obwarowane licznymi obostrzeniami, trudnościami” – napisał. Podkreśla to Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot: “wycięcie lasu publicznego nie wymaga żadnych uzgodnień z gminą, ale jego ochrona w formie rezerwatu już tak. To odwrócenie priorytetów sprzeczne z interesem publicznym”.
Poseł Romowicz te głosy krytyki nazwał “zmasowanym atakiem środowiska proekologicznego”
Obciążenie czy wartość?
Autorzy proponowanej zmiany mówią o „zakazach” i obciążeniach, jakie wiążą się z objęciem danego obszaru ochroną. Oczywiście rezerwaty uniemożliwiają wiele typów działalności. Rezerwatu nie wolno wyciąć na deski ani postawić na nim fabryki.
Jednak trzeba zdawać sobie sprawę, że rezerwaty zazwyczaj są małe, czasem bardzo małe – chroniąc wybrany fragment lasu, odcinek rzeki, torfowisko. Niektóre mają kilka hektarów, inne kilkadziesiąt – tyle, co miejski park. W sumie wszystkie rezerwaty obejmują tylko 0,6 proc. powierzchni Polski.
Duże rezerwaty są wyjątkami – to m.in. Lasy Naturalne Puszczy Białowieskiej czy nowy rezerwat Bliżyńskie Lasy Naturalne, liczący niespełna 3000 hektarów (co – dla skali – wciąż stanowi np. mniej niż 1/10 obszaru Puszczy Kampinoskiej).
Jednak jego przykład pokazuje, że możliwy jest kompromis między potrzebami lokalnej społeczności a ochrony przyrody. Mieszkańcy chcieli zachować prawo do tradycyjnego korzystania z lasu – swobodnych spacerów, zbierania grzybów. I RDOŚ w Kielcach zdecydował się na dopuszczenie w szerokim zakresie ruchu pieszego oraz zbioru grzybów (podobnie jak np. w rezerwacie w Puszczy Białowieskiej).
Poza korzyściami dla środowiska, zdrowia (czyste powietrze), a nawet bezpieczeństwa (gęste lasy i bagna to naturalna bariera na wschodniej granicy), turystyki – od niedawna są też bezpośrednie korzyści materialne. Wprowadzona za sprawą Ministerstwa Klimatu subwencja ekologiczna oznacza, że za każdą formę ochrony przyrody – parki narodowe, rezerwaty i inne – gminy otrzymują dotację z budżetu państwa. Ma to być forma wynagrodzenia tego, że chronią obszar o znaczeniu dla całego kraju, a także zachęta do tworzenia nowych form. Dla wielu gmin mogą być to znaczne pieniądze.
Na przykład w Bieszczadach – skąd wywodzi się poseł Romowicz, dawniej burmistrz Ustrzyk Dolnych – gmina Cisna otrzymała w 2025 roku 4,3 mln zł, co stanowiło aż 13% wpływów budżetowych w tamtym roku. Gmina Lutowiska, na której terenie leży duża część Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ma w tym roku otrzymać około 9 mln zł.
Gminy Bliżyn, Łączna i Suchedniów – gdzie leży wspomniany rezerwat Bliżyńskie Lasy Naturalne – otrzymają w tym roku odpowiednio 600, 500 i niespełna 300 tys. zł dopłaty ekologicznej. W sumie w tym roku do gmin, na których terenie są obszary chronione, trafi 1,5 mld zł.
Łagodzenie sporów zamiast weta
Kwestia oporu lokalnych społeczności wobec rezerwatów czy innych form ochrony przyrody nie jest ekologom obca – przeciwnie, mierzą się z tym nieraz. Zauważa to nawet Państwowa Rady Ochrony Przyrody w swojej ubiegłorocznej opinii dotyczącej dobrych praktyk obejmowania obszarów cennych przyrodniczo ochroną rezerwatową.
PROP wskazuje jednak na możliwe rozwiązania – które nie sprowadzają się do weta dla rezerwatów. Jak zauważa Rada, w niektórych przypadkach źródłem konfliktu jest “samo poczucie pominięcia lokalnej społeczności w procesie decyzyjnym”. Żeby temu zapobiegać, administracja ochrony przyrody może prowadzić na poziomie lokalnym dyskusje i rozmowy, odpowiadać na pytania i wątpliwości. To wymaga jednak zapewnienia jej środków do prowadzenia takiej działalności.
Z kolei, gdy obawy dotyczą konkretów – np. możliwości zbierania grzybów, kąpieli w jeziorze – możliwe jest ich łagodzenie poprzez udostępnienie rezerwatu dla ludzi w sposób, który godzi potrzeby ochrony przyrody oraz społeczeństwa. Przykładem jest wspomniany powyżej rezerwatu Bliżyńskie Lasy Naturalne, dla którego przyjęto koncepcję “rezerwatu otwartego”.
Jednak, jak zauważa Rada, czasem konfliktów nie da się rozwiązać – bo wynikają “z samego systemu wartości wyrażających je osób, przeciwnych konserwatorskiej ochronie przyrody, oczekujących bezwzględnego prymatu rozwoju gospodarczego nad ochroną środowiska”.
Rada w swojej opinii podkreśla też, że ‘nie ma wątpliwości, że w skali Polski obecna sieć rezerwatów jest niewystarczająca” i rekomenduje administracji publicznej “intensywną pracę na rzecz jej rozbudowy”. To nie tylko konieczne z perspektywy ochrony środowiska, ale też realizacji zobowiązań międzynarodowych Polski w tym zakresie.
Polityczny konflikt wokół przyrody
Dużo rezerwatów powstało w Polsce jeszcze w latach 50., kolejna fala nastąpiła w latach 90. Jednak przez ostatnie 20 lat tworzono ich coraz mniej, a za rządów PiS było to przeciętnie kilka rocznie. I to mimo że naukowcy i aktywiści mają setki gotowych propozycji miejsc, które w ich ocenie zasługują na ochronę.
To zmieniło się za rządów obecnej koalicji, która obiecywała m.in. właśnie znaczne zmiany w ochronie przyrody, od 20 proc. lasów “wolnych od wycinek” po nowe parki narodowe. Powstała inicjatywa “100 rezerwatów na 100-lecie Lasów Państwowych”, a ta liczba została już przekroczona. Jednak “gminne weto” może oznaczać, że ta liczba znów drastycznie spadnie. I to na dobre, bo przykład parków narodowych pokazuje, że wycofanie się z takich zmian jest politycznie niezwykle trudne.

Paradoks sytuacji polega na tym, że ta odwilż dla rezerwatów i ochrony przyrody przyszła pod kierownictwem… Polski 2050. Resortem klimatu kieruje ministerka Paulina Hennig-Kloska, a za ochronę środowiska odpowiada jej zastępca Mikołaj Dorożała. Ich działania w sprawie ochrony lasów nie spodobały się posłowi Romowiczowi jeszcze, gdy były w jednej partii.
Teraz gdy doszło do jej rozłamu i ten ostatni został w Polsce 2050, a Hennig-Kloska założyła własny klub parlamentarny Centrum – spór tylko się uwypuklił. A w ostatnich dniach wręcz zaognił przy okazji wniosku o wotum nieufności dla ministerki klimatu. Złożyli go politycy PiS-u i Konfederacji, ale niedawni partyjni koledzy Hennig-Kloski z Polski 2050 sygnalizują, że ich głos w sprawie odwołania ministerki nie jest oczywisty i chcą z nią rozmawiać o tym, z czego nie są zadowoleni.
Wielu aktywistów zwraca uwagę właśnie na to, że Polska 2050 szła do ostatnich wyborów z postulatami ochrony przyrody. W jej programie wciąż dostępnym na stronie internetowej widnieją obietnice: “Najcenniejsze 20% polskich lasów obejmiemy całkowitym zakazem wycinek”, “Będziemy konsekwentnie zakładać nowe Parki Narodowe”.
Osobliwa jest w całej sytuacji pozycją samego Szymona Hołowni. – Nasze serca są zielone – deklarował w ubiegłym roku w czasie kampanii wyborczej, popierając utworzenie nowego parku narodowego nad Odrą. Na otwarciu setnego rezerwatu w ramach inicjatywy na 100-lecie Lasów Państwowych mówi: “Kolejne pokolenia muszą mieć dostęp do polskiej przyrody”.
Dziś zaś Hołownia jest jednym z posłów, którzy podpisali się pod projektem, który zdaniem przyrodników może zablokować tworzenie rezerwatów tak, jak de facto zablokowane jest powstawanie parków narodowych. – Kiedy i dlaczego Polska 2050 podjęli decyzję o tym, by tak koncertowo oszukać swoich wyborców? – pytał przed Sejmem Krzysztof Cibor z Greenpeace Polska.



