Coraz więcej państw świata zastanawia się, jak poradzić sobie z kryzysem energetycznym związanym z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Mimo deklaracji otwarcia cieśniny Ormuz nie ma gwarancji, że eksport ropy – i jej cena – szybko wróci na poziom sprzed wojny. W tym samym czasie niektóre kraje liczą zyski: na czele z USA, Rosją i Arabią Saudyjską, która wciąż eksportuje pokaźną część ropy.
W Polsce: ceny maksymalne paliw na stacjach. We Francji: dopłaty dla osób w trudnej sytuacji. Filipiny wprowadzają stan nadzwyczajny, Pakistan – nowe limity prędkości, a Bangladesz – racjonowanie paliwa. To efekty kryzysu energetycznego, który jest następstwem wojny USA i Izraela z Iranem i blokady eksportu paliw (i nie tylko) z Zatoki Perskiej.
W ostatnim tygodniu trwająca ponad sześć tygodni blokada ze strony Iranu została wręcz zacieśniona przez blokadę morską wprowadzoną przez USA. Analitycy od początku powtarzali, że i im bardziej się przedłuży, tym silniej będzie odczuwalny. Do portów przybijają – lub już przybyły – ostatnie tankowce, które wypłynęły z Zatoki Perskiej przed wojną. To oznacza, że niedobór paliwa wkrótce stanie się w niektórych częściach świata rzeczywistością.
W piątek 17 kwietnia władze Iranu ogłosiły, że w ramach zawieszenia broni (obejmującego także Liban) cieśnina Ormuz zostaje otwarta dla wszystkich statków komercyjnych. Muszą one jednak “koordynować” transport z irańskimi władzami i korzystać z wyznaczonego przez nie szlaku żeglugowego. W reakcji na to cena ropy spada gwałtownie z niespełna 100 dolarów do około 89 dolarów za baryłkę. To wciąż znacznie więcej niż w miesiącach poprzedzający wojnę, kiedy cena oscylowała w okolicy 60-70 dolarów.
Spadek cen jest wyraźnym sygnałem optymizmu, jednak ich dalsze zachowanie będzie oczywiście zależy od rozwoju sytuacji. Największym pytaniem jest to, czy zawieszenie broni utrzyma się i czy z czasem zawarte zostanie trwałe porozumienie. Ponadto zniszczenie niektórych instalacji w czasie wojny może oznaczać, że powrót do pełnej produkcji potrwa miesiącami, a nawet dłużej.
Przed ogłoszeniem otwarciach cieśniny duża część państw świata szykowała się na kryzys – albo już się w nim znalazła. Nawet ci, którzy nie polegali na imporcie ropy z Bliskiego Wschodu, są narażeni na skutki w postaci wzrostu cen. Jednak to, co dla jednych jest kryzysem – dla innych stanowi okazję do zysku. Koncerny paliwowe mogą w tym roku odnotować gigantyczne zyski – wynika z szacunków opublikowanych przez “The Guardian”.
30 mln na godzinę
W pierwszym miesiącu wojny na Bliskim Wschodzie 100 największych firm z branży paliwowej osiągnęło nadmiarowe zyski rzędu 30 mln dolarów… na godzinę. Przy średniej cenie ropy dla tego okresu na poziomie około 100 dolarów za baryłkę, te firmy zarobiły w sumie dodatkowe 23 miliardy dolarów w miesiąc. Jeśli taka cena utrzyma się, to do końca roku ich dodatkowe zyski będą 10-krotnie wyższe. Spadek cen – widoczny po ogłoszeniu otwarcia cieśniny – oznacza, że dodatkowe zyski będą mniejsze. Jednak jeśli z powodu niepewności lub mniejszej produkcji utrzymają się powyżej ubiegłorocznych poziomów, to koncerny i jak zarobią więcej, niż oczekiwały.
Analiza międzynarodowej organizacji pozarządowej Global Witness wykonana dla “The Guardian” pokazuje, że wśród zarabiających na kryzysie są firmy z Rosji, USA, a także Bliskiego Wschodu.
Najwięcej ma szanse zarobić Saudi Aramco – jeśli cena utrzyma się w okolicy 100 dolarów do końca roku, to dodatkowe zyski giganta naftowego mogą wynieść ponad 25 mld dolarów. Choć produkcja i eksport ropy z Arabii Saudyjskiej zostały poważnie ograniczone z powodu blokady cieśniny Ormuz, to kraj wciąż jest w stanie eksportować większość swojego wydobycia. Ropa trafia rurociągiem nad Morze Czerwone, a tam – do tankowców.
Na dodatkowe zyski rzędu odpowiednio 11 i 9 mld dolarów mogą liczyć w tym roku amerykańskie ExxonMobil i Chevron. Na kryzysie zarabia także Rosja – według szacunków Gazprom, Rosneft i Lukoil mogą zyskać dodatkowe 23,9 miliarda dolarów. Tylko w marcu zyski Rosji ze sprzedaży paliw kopalnych były o 50 proc. wyższe niż w lutym. Kraj korzysta z wysokich cen oraz ulg w sankcjach. Jednocześnie Ukraina stara się zablokować możliwości zarabiania na kryzysie przez Rosję, atakując jej infrastrukturę paliwową.
Za zyskami pójdą podatki?
W tej sytuacji pojawiają się kolejne głosy postulujące wprowadzenie podatku od nadmiarowych zysków. Zgromadzone w ten sposób środki mogłyby być przeznaczone na wsparcie dla osób w trudnej sytuacji materialnej, które są szczególnie dotknięte wzrostem cen energii. A także na trwalsze rozwiązania, które pozwalają uniezależnić się od importowanych paliw kopalnych – czyli odnawialne źródła energii i elektrownie jądrowe, a także elektryfikację m.in. transportu.
Wprowadzenie takiego podatku rozważa Unia Europejska – podaje euronews.com. Komisja Europejska rozważa możliwości takich działań – szczególnie po tym, jak zaapelowało o to kilka państw członkowskich (m.in. Włochy, Niemcy i Hiszpania).
Taki pomysł był już sprawdzany stosunkowo niedawno – w czasie kryzysu energetycznego 2022 roku, po napaści Rosji na Ukrainę. W tej chwili – według Brukseli – nie jesteśmy w aż tak poważnej sytuacji, a Europa jest lepiej zabezpieczona dzięki większej liczby odnawialnych źródeł energii oraz dywersyfikacji importu paliw. Jednak “solidarnościowy” podatek od nadmiarowych zysków jest na stole.
Poza możliwościami natychmiastowego wsparcia mieszkańców dotkniętych wzrostem cen energii, wpływy z takiego podatku mogłyby zostać przeznaczone na trwałe uniezależnienie od importu.
Jak mówiła na poniedziałkowej konferencji prasowej szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, w ciągu 44 dni konfliktu rachunek UE za import paliw kopalnych zwiększył się o dodatkowe 22 miliardy euro. – Świadczy to o ogromnym wpływie tego kryzysu na naszą gospodarkę. Nawet gdyby działania wojenne natychmiast ustały, zakłócenia w dostawach energii z regionu Zatoki Perskiej będą się utrzymywać jeszcze przez jakiś czas – podkreśliła.
Von der Leyen przedstawiła działania, które mają zapewnić natychmiastowe wsparcie w obliczu kryzysu. Jednak podkreśliła też znaczenie systemowych rozwiązań: lokalnej produkcji energii ze źródeł odnawialnych i elektrowni atomowych.
– Znaczenie naszej strategii dekarbonizacji nie tylko zostało potwierdzone w ostatnich latach – ono rośnie z każdym dniem. Nasz cel jest jasny: musimy zwiększyć wykorzystanie lokalnej, przystępnej cenowo i niezawodnej energii – powiedziała.
– Jedynym sposobem na trwałe zerwanie z zależnością od paliw kopalnych jest modernizacja oparta na przejściu na odnawialne źródła energii oraz atom, a także na jak najszybszej elektryfikacji gospodarki – podkreśliła.
–
Zdjęcie tytułowe: shutterstock/frantic00



