Biedaszyby w reaktywacji. “Opłaca się odsiedzieć swoje i wrócić do kopania” [WYWIAD]

Podziel się:

Biedaszyby pod Wałbrzychem od miesięcy są w reaktywacji. Osoby, które zarabiają na takim wydobyciu węgla mówią bez ogródek: my po prostu bierzemy swoje. Nielegalny proceder wydobycia węgla nie ustaje, choć Straż Miejska próbuje z tym walczyć.

Komendant Straży Miejskiej w Wałbrzychu, Kazimierz Nowak, w rozmowie ze SmogLabem stwierdził, że dziś problemu z biedaszybami już praktycznie nie ma, ponieważ Straż Miejska wraz z Policją codziennie sprawdza okolice i przy użyciu specjalnie do tego przeznaczonego samochodu terenowego nadzoruje miasto, lokalizuje oraz zasypuje nielegalne szyby. Jak dodał, ten proceder w największej skali miał miejsce na początku lat ’00.

Wybraliśmy się więc do Wałbrzycha, żeby to sprawdzić. Porozmawialiśmy z jednym z tych, którzy, choć ryzykują zdrowie i życie oraz wysoką karę, regularnie ruszają do biedaszybów. Pan Paweł*, który z oczywistych względów pragnie pozostać anonimowy, opowiedział SmogLabowi, jak wygląda i co mu daje codzienne schodzenie pod ziemię.

Biedaszyby przyciągnęły bezrobotnych. Wydobywają nawet kobiety

Klaudia Urban, SmogLab: Proszę opowiedzieć, jak od kuchni wygląda praca biedaszybnika.

Pan Paweł: Schodzimy pod ziemię około 4:00, żeby nikt nas jeszcze nie widział. Wychodzimy jak jest już całkiem ciemno, zwykle o 18:00. Kopiemy na głębokości od 10 do nawet 20 m. W zależności od wielkości otworów, są dwa-cztery poziomy. Pracujemy w grupach pięcio- maksymalnie dwunastoosobowych. Wydobycie ma oczywiście etapy.

Mamy specjale sondy wydobywcze, tzw. rury. Wbijamy je w ziemię i sprawdzamy, na jakiej głębokości jest węgiel. Jak pokład jest dobry, to z jednego otworu można uzyskać 30 ton surowca.

Czym zajmowaliście się wcześniej?

Do biedaszybów chodzą bezrobotni. Prawie każdy z nas ma problemy zdrowotne, przez co nie możemy dostać normalnej pracy. Pośrednictwo pracy szuka chyba ludzi 20-letnich z 30-letnim doświadczeniem. Zawsze w dobrym zdrowiu.

Wielu z nas to byli pracownicy kopalń – sztygarzy. Jeśli ktoś nie jest byłym górnikiem, to wiedzę o tym, jak kopać, przekazywał mu jeszcze ojciec, czy dziadek. Robimy to z pomyślunkiem. Nie ma u nas seniorów, najstarsi to 60-latkowie. Ale są z nami też kobiety. One oczywiście nie schodzą pod ziemię, ani nie noszą worków do ciężarówek, ale czerpią sznurkami wiadra z węglem.

Otwór wykopany przez poszukiwaczy węgla. Fot. K. Urban

Otwór wykopany przez poszukiwaczy węgla. Fot. K. Urban

Biedaszyby pozwalają zarobić nawet 2,5 tys. zł dziennie

Rozumiem, że zarobki kuszą? To, ile jesteście w stanie zarobić, rekompensuje Wam codzienne podejmowanie ryzyka?

Kilku jest tam tylko po to, żeby wydobyć miał, sprzedać go i po prostu się napić. Ale druga część, jak ja, utrzymuje z tego swoje, często wielodzietne rodziny. My ryzykujemy. Schodzimy po kilkanaście-dwadzieścia metrów w dół. Zarobek jest bardzo dobry. Nasz zasiłek dla bezrobotnych to śmieszna kwota w porównaniu do tego, ile wyciągamy z biedaszybów w jeden dzień wydobywczy.

Kierowcy przyjeżdżający po węgiel muszą kombinować, żeby dobrze zaparkować. Wszystko po to, żeby służby ich nie znalazły. Samochód, który przyjeżdża po węgiel, zabiera dziennie od 6 do 15 ton. Później ślady są zacierane. Jednak dwa miesiące temu, po materiale, który puszczono w telewizji, straż miejska zasypała nam głęboką, dużą dziurę. Z niej zdążyliśmy wybrać jakieś 70 ton.

Nasze dniówki są różne. Wahają się od 300 zł na osobę, ale bywa i tak, że po kilkunastu godzinach kopania, jesteśmy w stanie zarobić nawet 2,5 tys. zł.

Biedaszyby nawet w ogródkach

Konkurencyjne są i ceny sprzedawanych przez Was surowców.

Cena za miał to 450 zł za tonę. Za groszek 600 zł. Ogółem po znajomości tona węgla kosztuje 1100 zł. A bez znajomości 1500 zł.

Im więcej dziur bliżej siebie, tym więcej węgla jest w danym miejscu. Znajdują się tacy, którzy wątpią. Ale my wiemy, że Wałbrzych na węglu leży. Tak naprawdę, gdzie się nie ruszyć, gdzie nie poszukać, to się ten węgiel znajdzie. Znajomi kopią swoje własne ogródki, czy działki w nadziei, że znajdą tam węgiel. Moi koledzy, byli górnicy, twierdzą, że mamy zasoby na co najmniej 100 lat. Między innymi niedaleko Mauzoleum kiedyś rzeczywiście ludzie kopali bardzo dużo. To w tym miejscu wszystko się zaczęło. Była tam dosłownie dziura obok dziury. Słyszałem, że teraz też niektórzy tam szukają, bo podobno jest tam sporo surowca. Mogę Pani powiedzieć, że największy pokład węgla jest niedaleko Hotelu Qubus. Tam “ściana” ma wymiary 20×20 m. To jakieś 150 ton węgla.

Było też na pewno wydobycie w okolicy Dworca Wałbrzych Miasto. A klienci znajdą się zawsze. Dziś zapotrzebowanie na węgiel jest wielkie.

Mauzoleum w Wałbrzychu. Fot. K. Urban

To wiemy. Ale kto do Was przyjeżdża? Ci klienci są raczej z okolic Wałbrzycha, czy z daleka?

Wszyscy. W większości okoliczni, ale byli nawet spod Poznania. Klienci są zadowoleni z jakości węgla. Daje ciepło, a przecież o to im chodzi. Polecają nas znajomym. Jakość tego węgla nie jest gorsza od sprzedawanego na składach. Jeśli chodzi o grupy społeczne, to przyjeżdżają Ci ubożsi, ale i bogaci, nie lubiący przepłacać.

Młody mężczyzna zginął zasypany przez 1,5 tony materiału

Wracając do zapotrzebowania. Czy rzeczywiście boom na biedaszyby pojawił się dopiero w związku z kryzysem na rynku paliw i rosnącymi cenami energii? Przecież w Wałbrzychu kopalnie działały jeszcze w latach 90-tych. Kiedy je zamknięto, mieszkańcy, zmuszeni bezrobociem i biedą, również ruszyli do biedaszybów.

To podziemie w Wałbrzychu działa rzeczywiście od X lat. Pamiętam, że byłem jeszcze nastolatkiem, kiedy ludzie poszli kopać. Wtedy dość często zdarzały się wypadki, sporo osób nawet zginęło. Strach było nawet wejść do lasu na spacer, czy z psem, bo dziury miały 30 m głębokości. Teraz też trzeba uważać.

Chociaż po ostatnim głośnym incydencie, kiedy, lata temu, przez biedaszyby, a raczej kopanie w nich, zginął następny człowiek – młody chłopak, którego przysypało chyba 1,5 tony, nie słyszałem już o takiej śmierci w okolicy Wałbrzycha. Od tamtej pory mam wrażenie, że wszyscy, którzy się na to decydują, są ostrożniejsi.

“Wyrobisko” (głęb. ok. 2 m) stworzone przez biedaszybników. Fot. K. Urban

Czy decyzja o zejściu pod ziemię i zarabianiu na biedaszybach to ciągła „zabawa w kotka i myszkę” ze służbami? Kary za ten proceder są wysokie.

Zdarza się, że straż miejska i policja nam te biedaszyby zasypują, oczywiście. Tylko to nie przerywa naszego wydobycia, a każe nam przenieść się gdzieś indziej. Np. w okolicach Poniatowa – niby wszystko jest pozasypywane, ale i tak ludzie dalej kopią.                                                   

To jest nasza praca. I to się nie skończy, bo nie możemy żyć godnie, kiedy „pośredniaki” nie są w stanie nam pomóc znaleźć zatrudnienia. Niektórym zwyczajnie się opłaca dostać karę, odsiedzieć swój wyrok i po nim wrócić do kopania. W tamtym roku mój znajomy dzięki biedaszybom zarobił na kopaniu 25 tys. zł w ciągu jednej zimy. Skoro rząd defrauduje nasze pieniądze, to my z tym węglem po prostu bierzemy swoje.

*imię zostało zmienione

Zdjęcie tytułowe: fot. Klaudia Urban

Podziel się: