Z naukowej perspektywy każde opóźnienie to strata. Z politycznej – niekoniecznie

Podziel się:
cop26

Przed nami COP26 – najważniejsze klimatyczne wydarzenie roku. Państwowi delegaci, szefowie rządów i głowy państw spotkają się, by debatować o zmianie klimatu i jej przeciwdziałaniu. Czego spodziewać się po tegorocznej konferencji?

Szczyty COP (Confference of the Parties) odbywają się corocznie od 1995 roku w ramach ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC). Do krajów wyznaczonych na gospodarzy kolejnych konferencji zjeżdżają liderzy 197 krajów. Są one stronami postanowień, które wieńczą każdy ze szczytów. Dotyczą one przede wszystkim krajowych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych. Podczas szczytu padają też decyzje dotyczące finansowania wysiłków mniej zamożnych krajów dotyczących ochrony klimatu. Co przyniesie nam zorganizowana z rocznym, koronawirusowym opóźnieniem, planowana na listopad 26 konferencja (czyli COP26)? Zapytaliśmy o to Katarzynę Snyder, ekspertkę Instytutu Zielonej Gospodarki i byłą szefową polskiego zespołu negocjacyjnego na szczytach klimatycznych ONZ.

Niekoniecznie stracony rok

Szczyt COP26 opóźnił się w związku z pandemią. Czy tych kilkanaście miesięcy można nazwać straconym dla polityki klimatycznej czasem?

Z naukowego punktu widzenia każdy dzień opóźnienia jest czasem straconym. Naukowcy w najnowszym raporcie IPCC zdecydowanie biją na alarm, działanie powinno być więc szybkie i skuteczne. Z politycznego punktu widzenia można jednak wskazać na pozytywne aspekty. Gdyby COP był w 2020 roku, Stany Zjednoczone nie byłyby gotowe do przedstawienia swojego nowego celu redukcyjnego, absolutnie kluczowego dla dynamiki globalnych negocjacji. Joe Biden wygrał wybory w listopadzie, również w listopadzie planowany był szczyt. Stany nie mogłyby więc jeszcze pokazać swoich celów i działań, które teraz są w toku, nie mogłyby dynamicznie angażować się w dwustronne rozmowy z kluczowymi partnerami. To ma bardzo duże przełożenie na zachowanie właściwie wszystkich krajów na arenie międzynarodowej, bo Stany są przecież największym historycznie emitentem gazów cieplarnianych i jednym z największych obecnie.

Przez ostatnie miesiące sporo działo się też w Europie. To będzie mieć znaczenie w czasie COP26?

Unia Europejska również dopiero w ostatnim roku wprowadziła instrumenty w ramach zielonej odbudowy gospodarki, które pozwalają myśleć o wyższym celu redukcji emisji. Pandemia zmusiła nas, by “zresetować” gospodarkę, którą teraz odbudowujemy. Możemy to zrobić w inny niż dotychczas sposób. Unia podeszła do tego zadania agresywnie. Jednocześnie bez dużej, wewnętrznej awantury udało się podnieść cel redukcji emisji do 55 proc. Ambitniejsze klimatyczne plany USA i UE mają duży wpływ na to, jak zachowają się w tym roku Chiny. One cały czas są w defensywie, jeśli chodzi o oficjalne deklaracje w sprawie redukcji emisji czy eliminacji węgla. Twierdzą, że robią już maksymalnie dużo dla ochrony klimatu. Dlatego potrzebny jest nacisk na Pekin ze strony Unii i Stanów Zjednoczonych.

COP26: USA i UE mogą zmusić świat do działania

Teraz on może być mocniejszy?

W zeszłym roku byłby bardzo ograniczony w porównaniu z tym, co możliwe jest dzisiaj. Kolejny czynnik, który może wpłynąć na deklaracje polityków – a co za tym idzie na przebieg negocjacji – to ekstremalne zjawiska pogodowe. Chodzi na przykład o fale upałów w Stanach, pożary, powodzie w Europie. Ewidentnie widać, że spełniają się czarne scenariusze, o których mówili naukowcy. Obserwuje to opinia publiczna, zatem rządy są gotowe do odważniejszych działań. Ludzie doświadczają konsekwencji zmian klimatu na własnej skórze, dlatego politycy mogą być dzisiaj odważniejsi.

Wróćmy do USA – z czym konkretnie Stany przyjadą na szczyt COP26?

W polityce wewnętrznej dzieje się rzeczywiście sporo – jest przede wszystkim nowy cel redukcyjny. Stany Zjednoczone chcą do końca dekady obniżyć emisje o 50-52 proc. w stosunku do roku 2005. To jednak tylko deklaracja. Czekamy na konkrety i instrumenty, które mogłyby przybliżyć Waszyngton do jej wypełnienia. Na razie na stole jest pakiet infrastrukturalny, który przeszedł do dalszych prac legislacyjnych w okrojonej formie. Demokraci z lewego skrzydła partii nie byli zachwyceni, ale udało się uzyskać ponadpartyjne porozumienie dotyczące pchnięcia inwestycji na bardziej “zielone”, przyszłościowe tory.

Czytaj również: Apel 220 czasopism: na zmianach klimatu ucierpią i bogaci i biedni

Mimo to wycięto sporo proklimatycznych zapisów, w tym główne dotyczące nowych standardów w systemie elektroenergetycznym. Demokraci chcą te zapisy przyjąć innymi ścieżkami. Jeśli to się uda, to na forum ONZ prezydent Biden wystąpi z konkretami – celem i instrumentami do jego realizacji. Klimat jest bardzo wysoko na agendzie administracji obecnego prezydenta. Możemy się spodziewać, że Stany Zjednoczone położą duży nacisk na tę tematykę również w swoich stosunkach z Polską. Warto to potraktować jako okazję do owocnej współpracy.

Naukowcy ostrzegają, ale czy politycy będą słuchać?

Raport IPCC zmroził krew w żyłach politykom?

On na pewno wpłynie na rozmowy podczas COP26. Na scenie międzynarodowej mamy dwie grupy państw – te bardzo głośno podkreślające naukowe argumenty, które skupiają się na konsekwencjach braku działań proklimatycznych. W tej grupie zazwyczaj są małe, wyspiarskie państwa, państwa afrykańskie, w szczególności te najbiedniejsze. Jest też ambitny blok w podzielonej pod tym względem Ameryce Południowej. Unia Europejska również bardzo często podkreśla znaczenie ustaleń naukowców. Druga grupa państw, to ta, która rozumie potrzebę zmian, ale wyraża obawy co do ich konsekwencji gospodarczych oraz kosztów. Są to na przykład państwa arabskie. Nie ma natomiast w tym momencie na świecie rządów, które zaprzeczałyby naukowemu konsensusowi dotyczącemu zmian klimatu.

Liderzy są gotowi na zaakceptowanie ustaleń naukowców?

Każdy raport IPCC to tysiące stron. Politycy dostają jednak o wiele krótsze podsumowanie, po angielsku “summary for policymakers”. To podsumowanie przed publikacją jest negocjowane. Dziwnie to brzmi, bo przecież nie można negocjować niepodważalnych naukowych ustaleń. Dyskusja dotyczy jednak tego, co wejdzie do tego dokumentu, w jaki sposób przedstawić raport politykom. Spore znaczenie ma więc słownictwo użyte w podsumowaniu – to użyte w tym roku podsumowaniu jest mocne i zgodziły się na to wszystkie kraje ONZ. Bardzo wyraźnie podkreśla się, że zmiany są niezaprzeczalne, daleko idące, oraz że bez wątpliwości to ludzka działalność jest ich przyczyną.

Pieniądze w centrum dyskusji

Wyczuwam, że COP26 będzie również grą o pieniądze – o to, kto dostanie środki na transformację gospodarki, kto poniesie jej większe koszty. To te większe, rozwijające się kraje zabiegają o zabezpieczenie finansowe? Dla Brazylii czy Indii ważne jest, by dalej rozwijać swoje gospodarki, a to wiąże się z emisjami z przemysłu.

To zawsze była dyskusja o pieniądzach na transformację i adaptację. Im więcej bogatsi wymagają od krajów, które wciąż są “na dorobku”, tym częściej one podkreślają, że bez wsparcia finansowego i technologicznego nie dadzą rady. Jeszcze kilka lat temu Indie twierdziły, że ich nadrzędnym priorytetem jest wyciąganie ludzi z ubóstwa, zapewnienie im dostępu do elektryczności z jakiegokolwiek źródła.

To się chyba zmienia?

Coraz częściej w wypowiedziach liderów państw rozwijających się słychać jednak, że gospodarkę trzeba rozwijać na “czystych” zasadach. Kraje rozwijające się zawsze warunkują swoje działania w zakresie redukcji emisji solidnym pakietem finansowym, i prym w negocjacjach w tej materii wiodą zazwyczaj negocjatorzy afrykańscy. Jeśli nie będzie pakietu finansowego, to wynik COP-u w Glasgow stanie pod znakiem zapytania.

Polska nie będzie hamulcowym

Polska z kolei podczas szczytu COP26 chce się chwalić wsparciem dla elektromobilności i energii atomowej. Wciąż nie mamy jednak ani swojego samochodu elektrycznego, ani swojej elektrowni jądrowej. Czy pojedziemy do Glasgow z pustymi rękami? Można się spodziewać, że nasz rząd będzie “hamulcowym” zmian?

Polska zawsze była “walecznym” graczem na arenie europejskiej. Jednak warto rozróżnić scenę wewnątrzeuropejską i scenę globalna. Nie można jednoznacznie nazwać rządu w Warszawie “hamulcowym” w przypadku spotkań państw ONZ. Wręcz przeciwnie, nasza rola zazwyczaj jest bardzo pozytywna. To dlatego, że walka polityczna, ustalanie celów redukcyjnych i mandatu negocjacyjnego dla Unii Europejskiej kończy się w Brukseli. To tam polski rząd prowadzi twarde negocjacje.

Na spotkaniach ONZ występujemy jako Unia Europejska i mówimy jednym głosem. Jesteśmy tym samym częścią najbardziej klimatycznie progresywnego bloku krajów rozwiniętych. Polska w ONZ występuje w sprawach klimatu samodzielnie tylko wówczas, gdy sprawuję prezydencję procesu COP. Było tak w 2008 (Poznań – COP 14), 2013 (Warszawa – COP 19) i 2018 roku (Katowice – COP 24). Za każdym razem spotkania te były zakończone negocjacyjnym sukcesem. W tym sensie Polska przyczyniła się do wypracowania globalnego porządku klimatycznego, którego reguły zawarte są w Porozumieniu Paryskim. Także znakomici polscy eksperci, w ramach mandatu europejskiego, uczestniczą bardzo konstruktywnie w negocjacjach globalnych jako UE.

Wypowiedzi polskich rządzących na to czasem nie wskazują.

Rozumiem, że może to wyglądać inaczej, gdy słuchamy przemówień polityków. Bywa, że wspominają oni na przykład o znaczeniu węgla dla gospodarki i jego obronie do końca. W rzeczywistości jednak w negocjacjach globalnych trudno mówić o Polsce jako o hamulcowym, rzadko jesteśmy w takiej roli.

COP26: ustalenia nośne medialne i “techniczne”

Jakie decyzje mogą więc zapaść na szczycie? Doczekamy się jakichś konkretów, czy może czeka na spotkanie “rozpoznawcze”? W końcu COP26 odbędzie się po przerwie po przerwie, a w niektórych państwach zmieniły się osoby decydujące o polityce klimatycznej.

Na decyzje na pewno będziemy czekać do samego końca konferencji – a może nawet dłużej. Doświadczeni negocjatorzy często przyglądają się negocjacjom do ostatniej chwili i dopiero wtedy wchodzą do akcji. Dlatego szczyt często się przeciąga o jeden czy dwa dni, wszyscy się denerwują, biegają po korytarzach, nie śpią. W tym czasie zapadają ostateczne decyzje. Podzieliłabym rezultaty, których się spodziewamy na te polityczne, nośne medialnie i na techniczne, ważne dla funkcjonowania systemu. W pierwszej grupie mamy drugą rundę kontrybucji, czyli deklaracji krajowych celów redukcji emisji. Wpisują się w to też deklaracje długoterminowych strategii osiągnięcia neutralności klimatycznej w perspektywie 2050 roku. To będzie ważne i medialnie nośne.

A te mniej medialne decyzje?

Nieco w tle pod tym względem w czasie COP26 znajdą się pewnie finanse, które są bardzo ważnym tematem, choć w mediach pobocznym względem celów redukcyjnych. W drugiej grupie są decyzje szczebla technicznego. To na przykład ustalenia dotyczące światowego systemu przejrzystości rozliczeń redukcji emisji. Trzeba ustalić, jak skonstruować tabele, które każde państwo ma regularnie i uczciwie wypełniać i które umożliwia porównywanie działań podejmowanych przez kraje. Od lat ciągnie się też temat wspólnych zasad światowego systemu handlu emisjami. To trochę trudniejsze tematy, które zazwyczaj nie dostają się na nagłówki gazet. Są to jednak zapisy, które składają się na “silnik” globalnego porządku ochrony klimatu. A jeśli silnik nie działa, to samochód – rzecz jasna elektryczny – nie pojedzie do przodu, bez względu na deklaracje kierowcy.

Katarzyna Snyder – ekspertka Instytutu Zielonej Gospodarki. W latach 2012 – 2015 szefowa polskiej grupy negocjacyjnej przy ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ds. Zmian Klimatu, UNFCCC oraz przewodnicząca delegacji Polski w Grupie Roboczej Rady ds. Międzynarodowych Aspektów Środowiska: Zmiany Klimatu (WPIEI:cc) w Brukseli. Współprzewodnicząca grupy eksperckiej Unii Europejskiej ds. międzynarodowego finansowania polityki klimatycznej i transferu technologii (2012-2014). Zarządzała grupą ekspertów wspierających Prezydenta COP19 Ministra Marcina Korolca (2013-2014) i Prezydenta COP24 Ministra Michała Kurtykę.

Źródło zdjęcia: rafapress / Shutterstock

Podziel się: