Roztopy na biegunie północnym rozkręcają się z każdym dniem, po tym jak w marcu odnotowano najmniejszy w historii pomiarów maksymalny roczny zasięg lodu morskiego.
Nie wiemy, jak skończy się tegoroczny sezon topnienia, ale zanik arktycznej czapy polarnej na biegunie północnym będzie miał dla nas konsekwencje. Już teraz małe rozmiary lodu i związane z nimi temperatury oddziałują na wzorce pogodowe w Polsce. Długotrwałe chłody w pierwszej połowie kwietnia, a nawet solidne mrozy, które wtedy występowały, to efekt zmian w Arktyce. W kolejce czekają trwające tygodniami fale upałów czy pochmurna, depresyjna zima w nieodległej przyszłości.
Co roku pokrywający Ocean Arktyczny lód osiąga w marcu swoje maksymalne rozmiary, po czym zaczyna się półroczny sezon roztopów. Kończy się on we wrześniu, po czym lód ponownie przyrasta. To naturalny cykl związany z nocą i dniem polarnym. Jednak ostatnie kilkanaście lat przyniosło istotne zmiany w postaci coraz mniejszego zasięgu lodu oraz jego objętości. Nic dziwnego, gdyż klimat na Ziemi staje się coraz cieplejszy, wymuszając w ten sposób zmiany w Arktyce. Te z kolei powodują kolejne zmiany – wzrost temperatur oraz nasilenie ekstremów pogodowych. Choć Arktyka leży daleko od nas, ma wpływ na to, co dzieje się w naszej pogodzie.
Kolejny rekord w Arktyce
Choć od 2012 roku nie odnotowano rekordowego topnienia lodu, a tym samym rekordu wrześniowego minimum, to zmiany przeniosły się na okres zimowy. To już drugi rok z rzędu, kiedy zasięg lodu w czasie marcowego maksimum osiąga rekordowo małe rozmiary. Jak podają Narodowe Centrum Danych Lodu i Śniegu (NSIDC) oraz NASA, tegoroczne maksimum wypadło 15 marca.

Zasięg lodu wyniósł 14,29 mln km2, podczas gdy ubiegłoroczne, rekordowo małe maksimum to 14,31 mln km2. Różnica praktycznie żadna, i można mówić o ex aequo, ale fakt jest oczywisty.
– Pojedynczy rok czy dwa z niskimi wartościami nie muszą same w sobie wiele znaczyć – powiedział Walt Meier naukowiec zajmujący się lodem morskim z NSIDC. Dodał jednak, że rozpatrywane w kontekście długoterminowego trendu spadkowego obserwowanego od 1979 roku, wpisują się one w ogólny obraz zmian arktycznego lodu morskiego w ciągu kolejnych pór roku.
Nieco inne dane pokazuje europejski program monitorowanie klimatu, Copernicus. Według pomiarów EUMETSAT, tegoroczne maksimum jest o 0,01 mln km2 większe niż ubiegłoroczne. Niemniej zmiany postępują i źle rokują na trwający aktualnie sezon topnienia.
– W miarę jak temperatury rosną i nadal rosną, zwłaszcza w regionie polarnym, zmniejsza się ryzyko tworzenia się lodu i średnio będzie go mniej – zwraca uwagę cytowany przez AP Meier. – Nie obserwujemy żadnej zmiany w reżimie ani niczego takiego. Raczej obserwujemy stały spadek zimą i w szczycie sezonu. Daje nam to również przewagę w letnim sezonie topnienia. Zaczynamy od niższej wartości – dodaje.
Stąpając po cienkim lodzie
Zasięg występowania lodu na Oceanie Arktycznym to nie wszystko. Ważną zmienną jest jego wiek.

Opublikowany kilka miesięcy temu raport pokazuje, że w ciągu ostatnich 40 lat Arktyka przeszła dramatyczne zmiany. Powierzchnia lodu wieloletniego skurczyła się do zaledwie kilku procent dawnego zasięgu.
– Letni sezon topnienia – poprzedzający wrześniowy pomiar znany jako minimum lodu morskiego w Arktyce – to naprawdę krytyczny moment – powiedział Meier.
Im więcej lodu stopi się latem, tym mniej pozostaje lodu wieloletniego. A im młodszy lód, tym jest cieńszy. Lód wieloletni jest grubszy, ponieważ przez lata odkładają się jego kolejne warstwy. Z czasem część tego lodu ucieka wskutek dryfu i topi się na niższych szerokościach geograficznych. Jeśli roztopy są zbyt silne i powtarzają się przez kolejne lata, ilość lodu wieloletniego maleje. Staje się on cieńszy, a więc bardziej podatny na kolejne cykle topnienia.
To, że od 2012 roku nie padł rekord letniego topnienia, jest paradoksalnie częściowo efektem wcześniejszych zmian klimatycznych. Zmieniły się wzorce pogodowe w Arktyce – lato stało się bardziej pochmurne, a przez to relatywnie chłodniejsze.
Te zmiany nie ominą nas
Co nas to obchodzi? Tak może zareagować wielu z nas. Nie trzeba zwracać uwagi na to, co dzieje się w Arktyce – gdzieś daleko. To jednak błędne myślenie. Ten ogromny, odbijający promienie słoneczne obszar lodu ma istotny wpływ na klimat i pogodę w Polsce.
Już teraz obserwujemy zmiany w pogodzie, na które wpływ ma Arktyka.
– Lód morski w Arktyce jest wskaźnikiem stabilności klimatu globalnego. Jego zanik ma ogromne konsekwencje dla cyrkulacji oceanicznych i atmosferycznych – mówi na łamach PAP dr Tomasz Wawrzyniak, z Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN. – To, co dzieje się w Arktyce, ściśle wpływa na występowanie zjawisk o charakterze ekstremalnym, w tym susz i powodzi, które coraz częściej mają miejsce w skali całego globu.
Polska nie jest tu wyjątkiem. Nietypowe fale chłodu nie są zaprzeczeniem globalnego ocieplenia, lecz jego konsekwencją. Mniejsza pokrywa lodowa destabilizuje cyrkulację atmosferyczną nad Europą, w tym przebieg prądu strumieniowego. W efekcie nad Polskę mogą napływać bardzo zimne masy powietrza. To niekorzystne dla przyrody, szczególnie w okresie wiosennym. Jeszcze gorzej, jeśli takie sytuacje wystąpią w maju. W ostatnich latach majowe przymrozki, a nawet mrozy, dotkliwie uderzyły w sadowników i ogrodników.
- Czytaj także: Arktyka znika w oczach. Co to oznacza dla zimy w Polsce?
Co nas czeka?
Co się stanie, gdy lód w Arktyce zniknie?
– W literaturze używa się stwierdzenia „Blue Ocean Event” – technicznie ma to miejsce wtedy, kiedy powierzchnia lodu spadnie poniżej 1 mln km2 – mówi dla SmogLabu Piotr Abramczyk, magister meteorologii stosowanej na Uniwersytecie w Reading. – Raport IPCC stwierdza, że możemy mieć z tym do czynienia jeszcze przed połową wieku, zaś niektóre badania, że nawet w przeciągu najbliższych lat – zauważa Abramczyk.
Kiedy zniknie czapa polarna na biegunie północnym, nie o będzie się bez konsekwencji, także dla nas.
– Temat wpływu tego typu sytuacji na pogodę i klimat średnich i wysokich szerokości geograficznych jest intensywnie badany. Na razie wnioski są niejednoznaczne, a wpływ samej utraty lodu trudny do jednoznacznego wydzielenia na tle sygnałów globalnego ocieplenia i naturalnej zmienności klimatu – mówi meteorolog.
Naukowiec mówi jednak, co mniej więcej nas czeka.
– Europa będzie średnio cieplejsza. Skrajne zimowe mrozy stają się rzadsze i łagodniejsze, szczególnie przy naprawdę dużej utracie lodu. Ryzyko fal upałów urośnie w średnich i wysokich szerokościach, także nad Europą – wymienia Abramczyk.
To wszystko będzie miało dla nas konsekwencje, przede wszystkim w postaci strat w rolnictwie oraz wyższych cen żywności.
Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/Wildnerdpix



