“Dla przyszłych pokoleń biała zima będzie jak wyczekany cukierek”

Podziel się:

Do deszczowych zim możemy się powoli przyzwyczajać. Coraz rzadziej pada śnieg, a prognozy pokazują, że w następnych tygodniach nadal będzie ciepło i szaro. Skutek? Większe ryzyko suszy rolniczej, wysychające rzeki i studnie. – Deszcz w zimie nie jest przyrodzie tak bardzo potrzebny. Śnieg za to jest naturalnym zbiornikiem wodnym  powierzchniowym, który trzyma wodę w pokrywie i stopniowo oddaje do gruntu, topniejąc – tłumaczy ekolog dr Sebastian Szklarek.

Czym jest zimowa susza?

Brzmi absurdalnie, prawda? A samo zjawisko już tak abstrakcyjne nie jest. Generalnie, jak mówimy o suszy, to rozróżniamy jej cztery typy – atmosferyczna, rolnicza, hydrologiczna, hydrogeologiczna. Właśnie doświadczamy tej pierwszej, która po prostu polega na braku opadów. A nawet jeśli są, to niewielkie. Co więcej, obserwujemy anomalię – zamiast opadów śniegu mamy deszcz.

No właśnie, mamy deszcz. On nie wystarczy do nawodnienia gleby? Potrzebujemy koniecznie śniegu?

W tej chwili  przyrodzie za dużo deszczu nie potrzeba. On jest kluczowy wtedy, kiedy rośliny się rozwijają. Na razie dzień jest za krótki, a temperatury za niskie, żeby cokolwiek się rozwijało – chociaż pojawiają się w Internecie zdjęcia kwitnących kwiatów, ale to są wyjątki. Deszcz w zimie nie jest przyrodzie tak bardzo potrzebny. Śnieg za to jest naturalnym zbiornikiem wodnym  powierzchniowym, który trzyma wodę w pokrywie i stopniowo oddaje do gruntu, topniejąc. Jeśli w zimie pada deszcz, mniej wody wsiąka, a więcej spływa rzekami do Bałtyku.

Ta zima jest wyjątkowa, jeśli chodzi o suszę?

W przeszłości zdarzały się już bezśnieżne zimy. Ale jest ich coraz więcej. Ostatnia zima, kiedy śnieg utrzymał się przez dłuższy okres, była bodajże w 2013 roku. Od tego czasu jest cieplej i sucho. Jeśli pada śnieg, to coraz później. Pamięta pani ostatnie białe Boże Narodzenie? Ja nawet nie wiem, kiedy to było. To są wyraźnie zauważalne zmiany, które będą się nasilać w przyszłości w wyniku antropogenicznych zmian klimatu.  IPCC wydało kilka lat temu raport, według którego Polska jest w strefie, gdzie opady śniegu przejdą w deszcz. I to już się dzieje, już to widać.

Co się stanie, jeśli do końca zimy nie spadnie śnieg?

To będzie miało wpływ na kolejne etapy rozwoju suszy. Przy rolniczej jest może jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek prognozować – bo wystarczy, że w okresie rozwoju roślin spadnie dużo deszczu i to da im wodę do życia. Gorzej z suszą hydrologiczną, czyli tym, co widzimy na rzekach i hydrogeologiczną, czyli poziomem wód podziemnych. Przez brak pokrywy śnieżnej te straty, które zbudowały się przez ostatnie lata suszy letniej, nie zostaną odbudowane.

Rzeki wyschną?

Niektóre mogą.

Które na przykład?

Czytałem ostatnio, że Narew wysycha, właśnie dlatego, że nie ma żadnego zasilania. W Warszawie poziom wody na Wiśle też się nie odbudował. Niedaleko Łodzi jest  zbiornik Sulejowski, którego zdjęcia obiegły niedawno Polskę, bo niemal całkowicie wysechł. Więcej wody z niego odpływa niż dopływa. Do tej pory się nie uzupełnił, do przeciętnego poziomu brakuje ponad metra. Jeśli powtórzy się takie lato, jak w ubiegłym roku, to te rekordy na rzekach będą jeszcze bardziej niekorzystne.

Informowały o tym ostatnio Wody Polskie. Ostrzegały też, że wilgotność gleby wynosi mniej niż 40 procent. Co to oznacza?

Że jeśli nie spadnie deszcz w okresie, kiedy rośliny będą się rozwijać, to nie będą mogły zdrowo rosnąć. Nie mają już żadnego zasobu w glebie. Miałyby go, gdyby spadł śnieg. Gleba jest wciąż sucha po zeszłym lecie, jej wilgotność nie miała się jak i kiedy odbudować. A sucha gleba nie ma zdolności retencyjnych, więc nawet po deszczu woda po niej spłynie, a nie wsiąknie. Szczególnie, że tendencje są takie, że przez miesiąc jest sucho, a potem przez dwa dni pada ulewny deszcz. Rośliny nie są w stanie wychwycić tej wody, która spadnie w tak krótkim czasie.

Jeśli mówimy o skutkach suszy, nie sposób nie wspomnieć o sytuacji z ubiegłego roku ze Skierniewic. W pewnym momencie wyschły krany. To się może powtórzyć?

W Skierniewicach zbiegło kilka czynników, w tym awaria jednego z ujęć. Poza tym ludzie masowo podlewali trawniki wodą wodociągową.  Pompy w Skierniewicach nie były w stanie dostarczyć takiej ilości, żeby zaspokoić potrzeby mieszkańców i żeby nawodnić wszystkie ogródki.  Ale rzeczywiście taki scenariusz jest możliwy w całej Polsce. W ubiegłym roku kilkaset gmin apelowało do mieszkańców o racjonalne i oszczędne korzystanie z wody wodociągowej.  Można się spodziewać, że jeśli lato będzie suche, Polacy znowu sięgną po wodę pitną, żeby podlać nią trawniki. I że wtedy jej zabraknie.

Najlepszym rozwiązaniem jest zbieranie deszczówki?

Musimy w ogóle zmienić podejście do wody. Obecnie pitną wodą podlewamy grządki i spuszczamy ją w toalecie. To się musi przestawić. Bardzo ważne są działania oddolne – czyli na przykład zbieranie deszczówki. Trzeba też sobie uzmysłowić, że nigdy nie będziemy mieć angielskich zielonych trawników. Może warto więc sadzić inne rośliny, które nie potrzebują tyle wody? Ważna jest też zmiana w wykorzystaniu tak zwanych szarych ścieków, czyli wody z umywalki i prysznica, która po mechanicznym odczyszczeniu może służyć do spłukiwania toalet czy nawadniania ogródków. Ważne są też działania na szczeblu samorządowym i rządowym, które przyspieszą i ułatwią te zmiany.

Przy dyskusjach o suszy zawsze pojawia się argument, że w Polsce brakuje małej retencji. Jak ten system powinien wyglądać?

Z retencją są dwa duże problemy – jeden taki, że do tej pory cała gospodarka wodna po powodziach w 1997 i 2010 była nastawiona na oprowadzanie wody, żeby ograniczyć ryzyko kolejnych kataklizmów. Ale wtedy o suszy jeszcze nikt nie myślał, bo jej nie było. I teraz mamy kanały odprowadzające wodę, a nie potrafimy jej zatrzymać. Drugim problemem są dopłaty dla rolników, które były zależne od powierzchni upraw.  Jeśli ktoś miał obszar podmokły, jakieś oczko wodne, zadrzewienia, strumyk, to się tego pozbywał, żeby zwiększyć powierzchnię swojego pola. Jak wody zaczęło brakować, okazało się, że rolnicy mają problem. Teraz trzeba do tych oczek i zadrzewień wrócić, żeby lokalnie podnosić poziom wody i mieć czym podlewać uprawy w okresie suszy. W Polsce cały system melioracji powinien być przebudowany na odwadniająco-nawadniający, aby mógł być wykorzystywany w różny sposób od warunków atmosferycznych.

Myśli pan, że za 20 lat kolejnym pokoleniom będziemy musieli opowiadać, czym jest śnieg?

Mam nadzieję, że nie. Przez antropogeniczne zmiany klimatu ekosystem jest tak rozchwiany, że zmiany zachodzą bardzo gwałtownie. Nie ma stanów pośrednich.  Albo nie ma śniegu w ogóle, ale jak spadnie, to będzie go bardzo dużo. Taka zimna może trafić się w ciągu tych 20 lat dwa, może trzy razy. A pozostałe zimy będą deszczowe, szare, z szybko topniejącym śniegiem. W zeszłym roku w Stanach Zjednoczonych zimny front dotarł aż nad Zatokę Meksykańską, zmroziło ich tam porządnie. U nas w tym czasie było ciepło, a język zimnego powietrza przyszedł w maju, więc nie odczuliśmy go mocno. Taki jęzor może nam się trafić którejś zimy. Trudno to przewidzieć. Pewne jest jedno – przyszłe pokolenia biała zima będzie cieszyć jak na ulubiony i wyczekany cukierek.

Dr Sebastian Szklarek – autor bloga Świat Wody. Ekolog z doktoratem z ochrony środowiska w zakresie ochrony wód, specjalność ekohydrologia. Od 2010 roku zaangażowany w badania nad oceną jakości wód powierzchniowych i gruntowych.

Zdjęcie: KawaiiS/Shutterstock

Podziel się:
Wesprzyj nas!

Ładowanie danych zbiórki...

Wesprzyj SmogLab!