Panele fotowoltaiczne na każdym bloku uratują nas przed wysokimi rachunkami? Sprawdzamy

630
0
Podziel się:

Czysty prąd ze słońca wreszcie popłynie do spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych? Taki jest pomysł leżący u podstaw rządowego programu, który sprawi, że fotowoltaika będzie się częściej pojawiać na polskich blokach.

– Mieszkańcy dużych miast powinni mieć możliwość produkcji czystej energii. Dotychczasowe programy wsparcia rozwoju fotowoltaiki były tworzone głównie z myślą o budynkach jednorodzinnych. Chcemy to zmienić – mówił podczas prezentacji programu minister rozwoju i technologii Waldemar Buda. Zdaniem ministra przyniesie to szereg korzyści dla obywateli. – W tym oszczędność energii i pieniędzy, ochronę środowiska i nowe kontrakty dla biznesu – podkreślał polityk.

Co to oznacza w praktyce?

  • Spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe i samorządy mogą składać wnioski o dofinansowanie fotowoltaiki,
  • Na ten cel przeznaczono prawie 0,5 mld zł,
  • Rząd sfinansuje do 50 proc. kosztów inwestycji w OZE,
  • Pieniądze można przeznaczyć także na modernizację istniejącej instalacji, o ile jej moc zainstalowana wzrośnie po takiej modernizacji o co najmniej 25 proc.,
  • W ramach innych projektów BGK samorządy, po spełnieniu dodatkowych warunków mogą uzyskać do 90 proc. dofinansowania inwestycji związanej z poprawą stanu technicznego budynku lub 10 proc. dofinansowania na głęboką termomodernizację.

Więcej informacji o szczegółach wszystkich wymienionych programów można znaleźć na stronie Banku Gospodarstwa Krajowego.

źródło: materiały prasowe ministerstwa

Prosument lokatorski – fotowoltaika na blokach ruszy pełną parą?

– Dobrze, że środki są uruchamiane i cieszę się z tego co ministerstwo zaprezentowało. Wiele razy mówiliśmy, że środki z KPO można wydawać wcześniej – zauważa w rozmowie ze SmogLabem ekonomista Jan Zygmuntowski współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii (PLSE). Środki na wsparcie pochodzą z Polskiego Funduszu Rozwoju, mimo, że powinny płynąć z KPO. Tego jednak wciąż nie ma, a jednym z ostatnich hamulcowych dla olbrzymich środków z UE jest wprowadzenie przez Polskę liberalizacji ustawy wiatrakowej i zasady 10h.

Nasz rozmówca podkreśla jednak, że taki program powinien powstać dawno temu. – Już przy pierwszym podwyższeniu stóp procentowych w 2021, jako PLSE mówiliśmy, że skoro to ceny energii prowadzą do inflacji to trzeba inwestować w OZE. Że ludzie na to czekają – wskazuje ekonomista. Jego zdaniem można było dzięki temu złagodzić falę inflacji.

Wprowadzając nową formę wsparcia rząd zaprezentował także założenia dla odbiorcy prądu nazwanym prosumentem lokatorskim. Aktualnie w budynkach wielorodzinnych można rozliczać energię elektryczną jedynie w formie tzw. prosumenta energii odnawialnej. Teraz, zamiast upustu na rachunki za prąd rząd chce umożliwić otrzymywanie wynagrodzenia za produkowaną energię. Tak pozyskane środki można przeznaczyć na inwestycje w części wspólne lub wprost na obniżenie rachunków za czynsz. Jednak pamiętajmy, że wciąż są to jedynie założenia legislacyjne, a nie obowiązujące prawo.

Czym jest prosument zbiorowy?

W krajowej legislacji funkcjonuje bowiem od kwietnia 2022 r. inny termin – prosument zbiorowy. Energia produkowana w tym modelu jest oddawana bezpośrednio na potrzeby budynku i jego lokatorów – zarówno do części wspólnych, jak i konkretnych lokali. Według naszych rozmówców ten model się nie sprawdza. – Koncepcja prosumenta zbiorowego nie przyniosła rewolucji producenckiej do miast. Przyczyną tego jest długotrwałość procedur przy inwestycjach w małe instalacje OZE oraz wyzwania techniczne. Na przykład przystosowanie infrastruktury i zabezpieczenia przeciwpożarowe – wylicza Bartłomiej Kupiec, ekspert stowarzyszenia „Z energią o prawie”.

Zdaniem Kupca prosument lokatorski to odpowiedź rządu na fiasko regulacji związanych z prosumentem zbiorowym. – Koncepcję prosumenta lokatorskiego, zaproponowaną przez ministerstwo należy ocenić jako ciekawy pomysł na promowanie prosumenckości w miastach – zaznacza ekspert.

Przedstawiciel stowarzyszenia wskazuje, że barierą dla rozwoju energetyki w miastach jest brak korzystnej możliwości tworzenia spółdzielni energetycznych. – Mieszkańcy miast mogą tworzyć własne spółdzielnie energetyczne, ale nie dostaną one atrakcyjnego systemu wsparcia w postaci net-meteringu czy zwolnień z szeregu opłat – konkluduje Bartłomiej Kupiec.

A może spółdzielnia enegetyczna?

W praktyce – takie rozwiązanie rzeczywiście funkcjonuje według obowiązującego prawa wyłącznie poza miastami. Dlaczego? Ponieważ z założenia miały zwalczać problemy energetyczne w mniejszych ośrodkach miejskich i wsiach. Na czym polega ten model?

– Spółdzielnie energetyczne są organizacyjno-prawną forma energetyki obywatelskiej, w ramach której lokalna społeczność wspólnie inwestuje w instalacje OZE, aby następnie użytkować ją dla wspólnych korzyści – wyjaśnia Tomasz Marzec, prawnik, ekspert inicjatywy energiadlawsi.pl i członek zespołu ekspertów przy ministerstwie rolnictwa, który pracuje nad nowelizacją przepisów o spółdzielniach. Marzec wskazuje, że takie rozwiązanie to z punktu widzenia przepisów temat dla miast zamknięty.

– Spółdzielnie energetyczne zostały przeznaczone stricte dla gmin wiejskich i miejsko-wiejskich. Jest to problematyczne, gdyż organizacje, które posiadają know-how w zakresie energetyki obywatelskiej działają głównie na terenie miast, natomiast społeczności wiejskie nie mają doświadczenia w tego typu projektach. Z drugiej strony nie można zapomnieć o tym, że obszary wiejskie są zagrożone wykluczeniem energetycznym. Występują na nich problemy z dostępem do sieci i przerwami w dostawach energii. Przepisy wprowadzające spółdzielnie energetyczne miały to zmienić – podkreśla ekspert.

Jego zdaniem nowelizacja ma złagodzić bariery, które napotykają dzisiaj spółdzielcy. Szczególnie w zakresie wymogów prawnych, od których spełnienia uzależnione jest rozpoczęcie działalności w formie spółdzielni energetycznej. – Chodzi również o preferencyjne traktowanie spółdzielni energetycznych przy występowaniu o warunki przyłączenia oraz przy zawieraniu umów z energetyką – tłumaczy Marzec. Jednak według informacji do których dotarliśmy nie trwają żadne prace nad rozszerzeniem spółdzielczości energetycznej na obszar miast.

Fotowoltaika na blokach ma stać się masowa. W naszym cyklu „Można inaczej” pokazaliśmy pioniera takiego rozwiązania.

Wiele form nie służy rozwojowi OZE

Taka mnogość różnych form produkcji, wykorzystania i rozliczania zysków z czystej energii może budzić konsternację. Zdaniem wspomnianego Jana Zygmuntowskiego zasady powinny być jednolite. – Spółdzielnia energetyczna powinna być najlepszą i domyślną formą, którą powinniśmy stosować niezależnie od tego, jak duża jest gmina i ile energii chce sprzedawać. Jednym słowem nie można wprowadzać drakońskich ograniczeń. Zamiast spójnego systemu dziś jest tak: spółdzielnia ma ograniczenia, jest dla terenów wiejskich, a dla miast mamy prosumenta zbiorowego i lokatorskiego. Te propozycje różnią się od siebie. Jednym wspólnotom będą się opłacały różne modele, w zależności od tego jaki jest pobór. To tworzy fragmentaryzacje – zauważa Zygmuntowski.

Ekonomista wskazuje, że dużo prościej byłoby postawić na jedną formę, czyli właśnie spółdzielnie energetyczne i iść w tym kierunku. – Spółdzielnie mieszkaniowe mogły by prowadzić działalność energetyczną i w sensie ustawowym być spółdzielnią energetyczną. Sporo samorządów jest zainteresowanych tym, aby stawiać spółdzielnie energetyczne, szczególnie w dużych metropoliach, które chętnie współpracowałyby ze swoimi obrzeżami. Dziś nie ma do tego narzędzi – konkluduje ekspert.

Białystok i Warszawa spoglądają ku słońcu

Nie czekając na rozwój wypadków i ułatwianie legislacji samorządy na własną rękę nieśmiało zaczęły inwestować w fotowoltaikę. Na przykład Białystok. – Instalacja fotowoltaiczna to rozwiązanie, które pozwala na generowanie oszczędności, a także na uniezależnienie się od dostawcy prądu. Dlatego w ostatnim czasie inwestujemy w fotowoltaikę, to jest po prostu konieczność – zachwalał swoje działania prezydent tego miasta Tadeusz Truskolaski. Oszczędności wygenerowane przez miejskie panele oszacowano na prawie 400 tys. złotych. Według białostockiego ratusza inwestycja zwraca się w 2-3 lata.

Na energię ze słońca stawia także Warszawa. Przynajmniej w deklaracjach. W marcu 2022 r. stolica zapowiedziała, że każdy publiczny budynek będzie miał panele do końca 2030 r. Program Rozwoju Fotowoltaiki Miejskiej to realizacja rekomendacji Warszawskiego Panelu Klimatycznego. Podczas panelu losowo wybrani mieszkańcy Warszawy decydowali, jak powinna wyglądać droga miasta do neutralności klimatycznej. – Jeśli chcemy uniezależnić Europę od ropy i gazu, musimy przyspieszyć inwestycje w odnawialne źródła energii. W Warszawie robimy to od lat. Już ponad 140 miejskich budynków posiada panele fotowoltaiczne. Postanowiliśmy do 2030 roku takie instalacje zamontować na wszystkich miejskich obiektach – mówił Rafał Trzaskowski podczas prezentacji programu. Do końca 2024 r. w budżecie ma znaleźć się na ten cel przynajmniej 60 mln zł. Zapytaliśmy w urzędzie, jak po roku od ogłoszenia programu idzie jego realizacja.

– Panele udało się zamontować na dachach 46 obiektów – to m.in. żłobki, szkoły, Domy Pomocy Społecznej oraz Ośrodki Sportu i Rekreacji. Kolejne 125 inwestycji otrzymało dofinansowanie na lata 2023-2024. Dzięki ubiegłorocznym zadaniom, panele pozyskujące energię słoneczną działają obecnie na 171 miejskich budynkach. Ich łączna moc wynosi 4,1 MW – czytamy w komunikacie miasta. To jednak nie wszystko. Warszawa przygotowuje się do budowy dwóch dużych farm fotowoltaicznych. Pierwsza ma stanąć w rejonie elektrociepłowni Żerań, a druga w okolicy Oczyszczalni Ścieków Południe. Moc każdej z tych instalacji ma być równa 15 MW.

Jak to działa w praktyce? 30 proc. mniej na rachunku

Jednym z pionierów transformacji bloków w małe elektrownie był Radosław Wroński z Krakowa. – Chciałem mieć własny prąd: czysty, ekologiczny i darmowy. Myślałem o tym od jakiegoś czasu i zastanawiałem się jak to zrobić nie mieszkając w domu, ale w bloku. Wydawało mi się, że nie będzie gdzie tego zamontować, bo nie dysponuję własnym dachem – mówił nam w 2017 r. Okazało się, że do pomysłu przekonał swoich sąsiadów i panele stanęły na jego bloku.

Wśród większych graczy jest m.in. Spółdzielnia Mieszkaniowa Wrocław-Południe, która postawiła na trzy tysiące paneli. Te chronią mieszkańców przed wysokimi podwyżkami cen energii. Świeże wyliczenie udało nam się uzyskać w Spółdzielni Mieszkaniowej Kabel ze stolicy Małopolski. Tam instalacje zamontowano testowo na kilku budynkach, w tym na budynku biurowym.

– Sprawa z fotowoltaiką na budynku administracji wygląda tak: zużycie łączne w okresie około 11 miesięcy to 16997 kVh. W tym 12288 kVh to zakup z Tauron. Daje to wynik 4709 kVh wyprodukowanych i zużytych na potrzeby własne spółdzielni – wylicza jej prezes, Michał Smagowicz. To oznacza, że spółdzielnia wyprodukowała 30 proc. swojego rocznego zapotrzebowania w tym budynku. – Ponieważ Tauron zmieniał w roku poprzednim stawki siedmiokrotnie to można przyjąć, że oszczędności SMK na zakupie energii wynoszą przy cenie średniej prawie 5 tys. zł na rok, a przy cenie maksymalnej ponad 10 tys. zł na rok. Bierzemy pod uwagę tylko jeden punkt poboru energii, na którym pracuje biuro spółdzielni. W mojej ocenie instalacja się sprawdza – przekonuje prezes Smagowicz.

Wszystkie plany miejscowe w Krakowie do naprawy?

W skali całego miasta sprawa wygląda jednak dużo gorzej. Dlaczego? – Generalnie są trzy problemy. Pierwszy to definicja wysokości budynków. Ta definicja jest inna niż w pozostałych miastach – mówi nam Krzysztof Kwarciak, przewodniczący stowarzyszenia „Ulepszamy Kraków!” i autor petycji do władz miasta w tej sprawie. – W tą wysokość wlicza wszystkie elementy związane z budynkiem, anteny, klimatyzacje. W jakimś zakresie ogranicza to możliwość obchodzenia planów przez deweloperów, lecz niestety wylano dziecko z kąpielą nie zostawiając furtki dla fotowoltaiki – podkreśla Kwarciak w rozmowie z redakcją.

– Miasto przyznało, że problem jest, ale definicję można zmienić dopiero na etapie zmiany Studium. (Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego – red.). Później można by znowelizować poszczególne plany zagospodarowania, co byłoby niezwykle karkołomnym zadaniem. W praktyce panele są montowane, bo nikt tego nie sprawdza. Bywa tak, że nawet na publicznych budynkach panele są montowane niezgodnie z prawem, czyli działa to na zasadzie nieformalnego przyzwolenia. To dobrze, ale nie powinno to tak wyglądać, bo sytuacja możne prowadzić do chaosu i niekorzystnych zjawisk – mówi nam krakowski działacz.

„Zabrakło wyobraźni”

Kolejny wymóg, który niepokoi społecznika to nakaz stosowania paneli w kolorze dachu. Co prawda taka sytuacja w Krakowie wystąpiła dopiero raz, ale potencjalnie jest problemem.

– Są specjalne nakładki, ale to kosztuje i ogranicza funkcjonowanie instalacji – wskazuje Krzysztof Kwarciak. Trzeci problem, który nasz rozmówca wskazał w petycji to ograniczenia mocy zainstalowanej w panelach. To z kolei może być problemem np. przy sklepach wielkopowierzchniowych czy dużych budynkach mieszkalnych. – Niestety, aby rozwiązać ten problem trzeba by dokonać korekty każdego planu miejscowego po kolei. To ważna rzecz na przyszłość, aby pamiętać o tym przy uchwalaniu kolejnych planów. Ktoś nie pomyślał, zabrakło wyobraźni i jest dosyć nieprzyjazny klimat dla paneli fotowoltaicznych – podsumowuje Kwarciak.

Problem polega jednak na tym, że w Krakowie planami pokryte jest prawie 80 proc. powierzchni miasta. Zmiana każdego z nich to długi proces.

Mieszkasz w bloku i postawiliście na OZE?
Opowiedz nam swoją historię. Napisz do autora: maciej.fijak@smoglab.pl

Zdjęcie: Alexander Gold/Shutterstock

Podziel się: