Łukasz Kurlit. Skawina.

Inspekcja ochrony środowiska jest jak alkoholik, który nie potrafi przyznać, że pije

Idea stworzenia koalicji miast, których mieszkańcy mają poczucie, że są truci przez przemysł, wyszła ze Skawiny. Ta ma oprzeć się na kilku prostych postulatach. Takich jak na przykład przeprowadzenie w tych miejscach solidnych badań, które pozwolą określić zależność między tym, co jest emitowane, a liczbą zachorowań na nowotwory. O tym opowiedział mi Łukasz Kurlit ze Skawiny.

Czy to jest tak, że im dalej w las, tym bardziej zalewa cię krew?

Krew zaczęła mnie zalewać już w 2015 roku, kiedy zobaczyłem, jak środkowy, przestarzały komin elektrowni w Skawinie dymi jak pochodnia. Pracowałem wcześniej w warszawskich elektrociepłowniach i wiedziałem, że tak nie powinno być. Szczególnie, że obok stoi nowy komin z nowoczesnymi filtrami. Napisałem do Urzędu Gminy, do Wydziału Ochrony Środowiska, że coś jest nie w porządku i że trzeba to koniecznie sprawdzić. Pierwsza czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy pani z urzędu odpisała mi, że przesłała wiadomość do WIOŚ w Krakowie, bo oni się tym nie zajmują. Kiedy przyszła wiadomość z WIOŚ, to już doskonale wiedziałem, o co w tym chodzi.

Co odpisała inspekcja ochrony środowiska?

Że sprawdzali i wszystko jest w porządku, w ramach wydanych pozwoleń, a przecież nie dokonano żadnego pomiaru. Za każdym razem piszą to samo. Nawet jak znaleźliśmy w skawińskim powietrzu benzen, heksachlorobutadien, ksylen i naftalen, to napisali, że jedyne, co potwierdzają to smród, bo trzeba by było zbadać natężenie obecności tych substancji, a tego nie mają jak zrobić.

Skoro nie mają jak tego zrobić, to jak wcześniej sprawdzili, że jest ok?

Właśnie nie sprawdzali nigdy i nie sprawdzają. A teraz, po wykryciu silnie toksycznych substancji w fetorze emitowanym przez zakłady byli jeszcze na tyle bezczelni, żeby napisać, że pomimo, iż to wszystko jest w powietrzu, co ustalili zresztą we własnym laboratorium, nie ma mowy o żadnej szkodliwości dla mieszkańców. To wtedy zaapelowaliśmy do nich o odrobinę przyzwoitości.

W apelu widać złość na niemoc. Jak zaczynaliście w Skawinie, było jeszcze widać nadzieję, że jak się pokaże istniejący problem, to państwo zareaguje. Nie widać, żebyście ją dalej mieli.

Wciąż mamy nadzieję, dlatego walczymy, ale nie mamy złudzeń. Ja osobiście szukam miejsca do wyprowadzki ze Skawiny. Mamy tutaj kilkadziesiąt zakładów. Każdy ma pozwolenie na emisję niebezpiecznych substancji. Wiemy już, że żadna instytucja w Polsce nie jest w stanie sprawdzić jakie jest natężenie tych emisji. Wiemy też od lekarzy, że w tej części miasta, w której mieszkam ja i moja rodzina, jest niepokojąco dużo nowotworów. Jednocześnie jest tak, że udało się doprowadzić do przyznania, że jest problem, ale niewiele z tego wynika. Firmy sięgają po strategię, która jest sprawdzona w innych krajach. Jak już się mleko rozleje i wyjdzie, że ktoś truje, to zaczyna się mówienie, że ekooszołomy chcą zwalniać ludzi i buntowanie załóg. Gdy mówimy i udowadniamy, że pracownicy też cierpią z tego powodu, zaczyna się odwlekanie rozwiązania w czasie.

Powtarzalne. Skomplikowane sprawy, duże pieniądze, nie da się od razu. Może za rok…

Skawińskie firmy rok temu ogłaszały, że za rok rozwiążą problem.

A w tym roku, co mówią?

W tym roku mówią, że problem rozwiążą za rok. Chodzi o maksymalizację zysku. Niektóre firmy doskonale wiedzą, co powinny zrobić, bo od razu nam to pokazują. Jest plan prac, harmonogram. Wszystko jest gotowe. Skoro jest gotowe, to dlaczego wdrożenie odwlekano w czasie przez tak wiele lat, dopóki mieszkańcy nie powiedzieli „dość trucia!”?

Dla pieniędzy. Nie jesteście ludźmi, którzy siedzą „na tyłku” i czekają, aż ktoś zrobi coś za was. Drugi rok pokazujecie, jak bardzo jest źle. Przyjeżdża inspekcja i co? Rozbija się o mur?

Zanim przyjadą, wiemy, co powiedzą. Powiedzą, że nie mają, jak zmierzyć, że i oni, i firma są świadomi istnienia problemu, i że zobaczymy za rok. Tak jest co roku. Za każdym razem: za rok.

Przyjadą. Pochodzą. Popatrzą. Nic nie zrobią.

Dlaczego tak się dzieje?

System inspekcji ochrony środowiska totalnie i całkowicie nie działa.

Nie działa to bardzo ogólne stwierdzenie. Konkretnie.

Po pierwsze nikt w Polsce nie jest w stanie sprawdzić, jakie jest natężenie szkodliwych substancji emitowanych do powietrza przez zakłady przemysłowe.

Mówią, że jest ok, chociaż nie mogą wiedzieć, czy jest ok?

Dokładnie. W Skawinie paliło się niedawno składowisko odpadów. Akurat mieli urządzenie do mierzenia sarinu, więc przyjechali i sprawdzili, czy w powietrzu jest sarin. Nie było go, więc ogłosili, że jest w porządku. Na co dzień jest podobnie. Przyjadą. Pochodzą. Popatrzą. Stwierdzą, że smród niesie ze sobą toksyczne substancje, ale nie mogą sprawdzić, czy to jest szkodliwe natężenie.

Nie chcą czy nie mogą? Twoim zdaniem.

Moim zdaniem nie chcą. Ja nie muszę się zajmować tymi tematami, a chcę. Razem z kolegami doprowadziliśmy do tego, że udało się jakościowo wyodrębnić te silnie rakotwórcze substancje w powietrzu. Gdyby chcieli, mogliby przeprowadzić analizę ilościową, ale nie chcą. Nie wiem, czy nie chcą dlatego, że boją się prawdy? My sami się jej boimy, bo tam mieszkamy. Wiem, że zasłaniają się paragrafami. Tymczasem w nich da się znaleźć i te, które zabraniają coś robić, i te które pozwalają robić coś więcej. Trzeba jednak chcieć zwrócić uwagę także na te drugie. W Skawinie robimy to z gminą, kiedy walczymy ze smogiem i widać powoli efekty. Nie widzę powodu, dla którego tutaj miało by się nie dać.

W Skawinie pokazujecie za to, dlaczego miałoby się dać.

W Skawinie powstał niedawno Wydział Ochrony Powietrza. Wcześniej mówiono, że gmina się tym nie zajmuje, że to WIOŚ. A jednak po roku walki okazało się, że da się to zrobić. Zatrudniono nowe osoby specjalnie, by monitorować toksyczne substancje i szukać rozwiązań problemu. Na przykład we współpracy z instytucjami naukowymi. To ważne, bo jako inżynier nie wierzę, że tego nie da się łatwo zmierzyć. Widziałem, jak i czym ustalano obecność substancji w powietrzu. Pozostaje tylko kwestia zmierzenia ich ilości. Tymczasem WIOŚ mówi, że nie ma pieniędzy na wzorce. I jednocześnie chwali się osiągnięciami. Dyrektor małopolskiego WIOŚ Paweł Ciećko chwalił się…

Dyrektor Ciećko rzeczywiście lubi się chwalić, chociaż mało kto dostrzega, że jest czym.

…niedawno w Mielcu osiągnięciami. Na przykład tym, że w Oświęcimiu rozwiązano problem smrodu przemysłowego. Musiałem mu pokazać pismo od mieszkańców Oświęcimia, z którego wynika, że tak się wcale nie stało. Dyrektor Ciećko, jako dyrektor WIOŚ pracujący ponad 10 lat, dostał niedawno Medal Honorowy za Zasługi dla Województwa Małopolskiego. Nie wiem o jakie zasługi chodziło kapitule nadającej odznaczenie, ale domyślam się, że musi chodzić o to, że spełnia się na innych polach niż ochrona środowiska. [Paweł Ciećko w czasie między przeprowadzeniem rozmowy, a jej publikacją został Głównym Inspektorem Ochrony Środowiska – red.]. Jak o nią chodzi to w naszej opinii na żaden medal nie zasługuje. W Skawinie jest z tym bowiem obecnie tak, że wszyscy zrobili wszystko, a nic nie jest zrobione. Przy czym to też nie jest tak, że my chcemy jeździć po WIOŚ jak matka po łobuzie, bo wiemy, że w wielu sprawach mają związane ręce. Ale oni muszą to przyznać i powiedzieć: tu nie działa, tu nie działa, tutaj są potrzebne zmiany albo wsparcie. Napisać: Szanowny Panie Ministrze, w Skawinie jest problem, jesteśmy w trudnej sytuacji, są tutaj tysiące mieszkańców, którzy są truci, a my nie możemy nic zrobić. Potrzebujemy pomocy.

Najpierw trzeba powiedzieć, że pijesz

Wiesz jak to brzmi?

Jak?

Jak początek leczenia choroby alkoholowej, kiedy najpierw trzeba powiedzieć, że pijesz.

A jak było ze smogiem?

Tak samo. Załóżmy, że jesteśmy w świecie nie tyle idealnym, co akceptowalnym. Jak chciałbyś, żeby wyglądała reakcja na zgłoszenie problemu środowiskowego?

Chciałbym, żeby ktoś z gminą zebrał informacje w wywiadzie lokalnym– urzędnik w Krakowie może nie wiedzieć tego, co my wiemy – i przeprowadził kontrolę wtedy, kiedy rzeczywiście śmierdzi. A nie wtedy, kiedy akurat będzie wolny samochód albo zaplanowana niezapowiedziana kontrola, o której dyrekcja zakładu wie z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Wiemy, że wie, bo to małe miasto. I wiemy też, że jak inspekcja się zjawia, to zakład jest wywietrzony i gotowy na przyjęcie inspektora, na halach przypina się ludziom czujniki, a produkcja nie jest śrubowana do granic. Chciałbym po prostu, żeby to była prawdziwa inspekcja, a nie wizyta notabli z instytucji rządowej.

Zmierzyli, jest źle i co dalej?

Wszystkie firmy mają w pozwoleniach zawarte dopuszczalne ilości substancji, które mogą emitować. Przekroczyłeś – musisz zareagować. Emitujesz toksyny, musisz zhermetyzować produkcję. Potrzebujemy kar, które będą dotkliwe dla firm i będą mogły blokować ich rozwój i wstrzymywać produkcję. Nie może być tak, że ktoś stale truje i ciągle może produkować coraz więcej. Nie chodzi o zamykanie zakładów, ale nie może chodzić tylko o maksymalizację zysku, bo tu mieszkają i pracują ludzie.

Zawsze, jak z tobą rozmawiam, to mam wrażenie, że mówisz rzeczy, które jednocześnie są oczywiste i są science fiction. Niby oczywiste, że tak powinno być, ale wyobrażenie sobie, że tak zaczyna być w naszym państwie z dykty, wymaga bardzo sprawnie działającej wyobraźni.

Taki kraj. A jeszcze większe science fiction jest, kiedy rozmawiasz z inspektorami i widzisz, że oni w ogóle nie rozumieją, o co tobie chodzi. Podam ci jeden przykład. Jesteśmy na spotkaniu w urzędzie miasta i pani inspektor mówi, że faktycznie jest problem i w jednym zakładzie tak śmierdzi, że wszystko puszczają przez otwartą wentylację hali. Ona w swojej opinii zrobiła, co mogła i powiedziała, że na następnej kontroli zamknie halę – niech się tam poduszą. Powiedzieliśmy, że przecież tam też są ludzie i jak ktoś zamknie halę, to cierpieć będą pracownicy. Zaproponowaliśmy, żeby sprawę rozwiązać tak, że po jej zamknięciu, pani inspektor zajrzy tam z Inspekcją Pracy, która – tak jak mierzy hałas, naświetlenie i wiele innych rzeczy – zmierzy natężenie toksycznych substancji w powietrzu na stanowiskach pracy i zareaguje. Ale to było za dużo, bo to już inna inspekcja i trzeba by było pisać osobno.

Przekładając na działanie innych służb. Dzwonisz na policję, że jest nieboszczyk. Policja przyjeżdża i mówi: jest nieboszczyk, zabity. Pytasz: zrobicie z tym coś? My? Dlaczego my?

I dodaje: piszcie sobie z tym do kogo chcecie, ale ja nie wiem do kogo. A poza tym jest po 15 i ja już idę do domu. Jednak kiedy zwłoki leżą na ulicy, to ktoś powie: tak nie może być. Kiedy w powietrzu lata toksyczny benzen i jego pochodne, dużo łatwiej to ukryć.

Zaczęliście budować koalicję zmiany i organizować ludzi ze średnich miast, które są zatruwane.

Nie tylko o małe miasta tu chodzi, wspomnijmy chociażby alarmującą liczbę nowotworów w Gdańsku, przypisywaną coraz głośniej uciążliwym zakładom. W małych miastach sytuacja jest trudna, bo odległość od inspektoratów jest kosmiczna – czasami to aż 15 kilometrów, jak ze Skawiny do WIOŚ w Krakowie. W tych miastach rzeczy działają po swojemu, są swoje gusła, bo procedurami tego nie da się nazwać. Są swoi przemysłowcy. I są siły, które pozwalają temu trwać.

Jest też znacznie trudniej się zbuntować. Ludzie są bardziej zależni od zakładów pracy, od lokalnych układów biznesowo-politycznych.

Duży międzynarodowy koncern może w takiej mieścinie zrobić wszystko, a przynajmniej tak mu się może wydawać.

Koalicja miast

Na czym ma polegać koalicja miast?

Chcemy, żeby konieczność zmian w inspekcji środowiska została dostrzeżona przez samorządy, bo na razie mówią o tym głównie mieszkańcy. Przez wszystkie te miejsca w Polsce, gdzie występuje problem podobny do tego, co dzieje się w Skawinie: Oświęcim, Mielec, Żary, Nysa, Łaziska Górne, wiele innych. Musimy to połączyć. To proste. Trzeba chcieć i trzeba to zrobić. Celem jest więc, żebyśmy wspólnie z samorządami wymusili na rządzie gruntowną zmianę systemu inspekcji i ochrony środowiska przed emisjami przemysłowymi, który nie działa.

Dużo tych miast.

Za dużo.

Zaproponowaliście zasady, które mają połączyć te ruchy.

Po pierwsze chcemy, żeby przeprowadzono pomiary poziomu zanieczyszczenia.

Drugie?

Skonsolidowanie odpowiedzialności za wydawanie pozwoleń dla trwale oddziałujących na środowisko zakładów. Dziś jak idę do burmistrza, to on mówi, że nic nie może zrobić, bo to odpowiedzialność powiatu. Powiat mówi, że chodzi o opinię WIOŚ z województwa. WIOŚ z kolei odsyła do marszałka. A ja wieczorem wracam do domu i zamykam okna, bo mnie trują. I tak dzień za dniem.

A ja nie mogę z czystym sumieniem wskazać winnego, który zawalił sprawę.

Dokładnie. To świetna struktura, która pozwala unikać odpowiedzialności. Chcemy regularnych przeglądów wydanych pozwoleń. Obecnie wydawane są pozwolenia, które mówią, że firma może produkować to i to oraz emitować tyle i tyle szkodliwych substancji. Ale kiedy zakładów jest więcej, tak jak w przypadku małej Skawiny aż kilkadziesiąt, to nikt już nie bierze tych pozwoleń i nie sumuje. Każdy więc może truć „w normie”, ale wszyscy razem zmieniają miasto w komorę gazową. Nikt tego nie wpisał do Excela, nie podsumował i nie sprawdził jakie będą całościowe efekty ich wydania dla miasta. O największych trucicielach już nie wspomnę.

Po trzecie?

Rewizja norm emisyjnych oraz procedur kontrolnych. Kiedy chodzi o normy, dostajemy sygnały, że jest tutaj podobnie, jak w przypadku poziomów alarmowych smogu. Na przykład w przypadku benzenu są one bardzo wysokie, zbyt wysokie i od lat nikt ich nie weryfikował. Chcemy rewizji procedur pozwalających chronić mieszkańców i skutecznego egzekwowania zakazów prowadzenia działalności. Kiedy ja zrobię coś źle, to państwo potrafi wyegzekwować karę. A tutaj? Nie da się.

Dalej.

Chcemy stworzenia mapy terenów zagrożonych i zdegradowanych, żeby nie lokować tam więcej szkodliwych zakładów. Potrzebne są opracowania statystyczne pod katem zapadalności na choroby, szczególnie nowotwory, w obszarach najbardziej zanieczyszczonych. Domagamy się także tego, by powstała ewidencja przetwarzanych i utylizowanych w Polsce odpadów oraz dostosowanie wojewódzkich programów gospodarowania odpadami do krajowego. Mamy na przykład spalarnię w Krakowie. Ta byłaby zainteresowana tym, co niedawno spłonęło w Skawinie. Nie można było jednak tego tam zawieźć, bo krakowska spalarnia może przyjmować tylko śmieci z terenu miasta Krakowa.

Możemy bez problemu spalać odpady z Nigerii w dowolnym miejscu w Polsce i robić to pod otwartym niebem, ale śmieci ze Skawiny nie możemy spalić w krakowskiej spalarni?

Tak.

Fajnie.

1 komentarz

  1. Przeczytałem artykuł. Bardzo ciekawy. Wiedziałem, ze w Krakowie jest smog. W moim Wrocławiu zresztą również. Ale to co się dzieje w Skawinie to nie wiedziałem. Nagłośnijcie ten problem jeszcze bardziej, niech ludzie też się tym zainteresują. Może jakiś program uwaga czy interwencja. Przecież to jest otwarte trucie ludzi i doprowadzanie ich do różnych chorób 🙁

Dodaj komentarz