Jakub Jędrak

Jakub Jędrak: samochody czy piece?

Kilka dni temu na profilu Warszawskiego Alarmu Smogowego (grupy od dawna walczącej z zanieczyszczeniem powietrza, lecz nie należącej – co mogłaby sugerować nazwa – do Polskiego Alarmu Smogowego) ukazał się post zawierający cytat z Edwina Bendyka:

Cytat okazał się być co najmniej wyrwany z kontekstu. Sam Edwin Bendyk skomentował post Warszawskiego Alarmu Smogowego (WAS) tak:

„Cóż, ciekaw jestem, skąd pochodzi ten cytat? Nie mogę odnaleźć autoźródła, owszem mówiłem w podobnym duchu podczas Kongresu Ruchów Miejskich ale nie w formie alternatywy. Chodziło mi o zwrócenie uwagi na klasowe uwarunkowania postrzegania problemów i podejmowania dla nich rozwiązań. Smog powstaje zarówno na skutek niskich emisji, jak i emisji komunikacyjnych. Udziały są różne, w zależności od miasta i miejsca. U mnie w Ursusie problemem jest niska emisja, w centrum W-wy samochody. Rzecz w tym, że jeśli chcemy skutecznie walczyć ze smogiem, musimy mieć sojuszników we wszystkich grupach społecznych.”

Trudno nie zgodzić się z Redaktorem Bendykiem. Za autorów tego cytatu należy natomiast de facto uważać członków WAS, i to do Nich jest zaadresowana moja polemika. Czy stwierdzenie WAS jest uprawnione? Szerzej, czy warto patrzeć na kwestie ochrony środowiska w kategoriach klasowych? Być może tak, ale to zależy od tego jak się to zrobi.

Jest faktem, że wielu polityków, artystów i osób ze świata mediów (na przykład Łukasz Warzecha, Dominik Zdort, Patryk Jaki, Jacek Władysław Bartyzel, Tomasz Lis czy Katarzyna Gryga) zajmuje silnie pro-samochodowe stanowisko. A to domagają się budowy nowych dróg w mieście i poszerzania istniejących (najlepiej, jeśli będzie to trasa często przez nich używana), a to budowy parkingów. Oczywiście, nie akceptują działań w przeciwnym kierunku: ograniczeń wjazdu do centrum miasta czy uspokajania ruchu, a osoby proponujące tego typu rozwiązania wyzywają od „różnej maści lewaków, oderwanych od rzeczywistości aktywistów ruchów miejskich” (fenomenalny Zdort!), „eko- i cykloterrorystów” (Gryga, Lis). Zwężanie ulic to „cywilizacja śmierci” (!) i oczywiście skrajne, roszczeniowe lewactwo.

Wymienione Osoby to niewątpliwie przedstawiciele zamożnej klasy średniej. Do tej samej klasy należą też jednak opisani przez Jacka Dehnela Jego sąsiedzi, którzy samochodów z wyboru nie używają – przynajmniej do jazdy po mieście [TUTAJ]. Do klasy średniej należy też część z walczących o czystsze środowisko osób (choćby sami członkowie Warszawskiego Alarmu Smogowego).

Więc czy należy całą klasę średnią wrzucać do jednego worka? To raczej obrona tego „przyjemnego i bezpiecznego kokonu” jednoczy osoby tak różne, i zapewne nie przepadające za sobą, jak redaktor Warzecha i redaktor Lis. Może też z oczywistych powodów głośniej słyszymy głos przedstawicieli mediów (podkreślmy, warszawskich!), niż głos anonimowego posiadacza kotła węglowego z Karczewa, Ząbkowic Śląskich lub Jordanowa?

Zjawisko zwalania przez kierowców (niekoniecznie tych z klasy średniej!) „winy za smog” na właścicieli pieców jest faktem. Działa to zresztą w obie strony: po prostu cudzą odpowiedzialność lub winę dostrzegamy zwykle znacznie łatwiej niż własną. Dobrze ujmuje to komentarz z profilu Krakowskiego Alarmu Smogowego: „Jak zapytasz posiadacza pieca węglowego, to powie Ci, że smog powodują samochody, zabudowywanie korytarzy powietrznych, fabryki, Katowice i Śląsk, wszystko, tylko nie jego piec. Jak zapytasz kierowcy diesla, to powie że niska emisja (to akurat prawda), ale wykluczy/umniejszy udział samochodów. Ludzie są fascynujący”. Nic dodać, nic ująć.

Czy osoby mniej zamożne nie jeżdżą samochodami? Oczywiście że jeżdżą, nie tylko na prowincji (gdzie nastąpił upadek publiczny transportu i nie bardzo jest jakaś alternatywa), ale i w miastach. Przecież auto już dawno nie jest towarem luksusowym. W dodatku, można podejrzewać, że (statystycznie) im ktoś biedniejszy, tym bardziej zanieczyszczający powietrze samochód posiada. Oczywiście, nie musi tak być. Jeśli chodzi o wpływ na jakość powietrza, stare i tanie auto na benzynę (a tym bardziej na gaz) jest zwykle dużo lepsze niż samochód z silnikiem Diesla – także niż ten nowoczesny. I to nawet wtedy, jeśli zamożny przedstawiciel klasy średniej przypadkiem nie usunął z niego filtra DPF. Niemniej, to właśnie „klasowe” i dość demagogiczne argumenty troski o ubogich zostały użyte dwa lata temu do storpedowania zmian w prawie ochrony środowiska, mających na celu regulacje emisji z motoryzacji. Oczywiście, mało realne jest by wszyscy zmotoryzowani przesiedli się do nowych, „ekologicznych” aut. Nie ma też takiej potrzeby.

A z drugiej strony, gdyby choć każdy względnie zamożny kierowca z klasy średniej zmienił auto na hybrydę? (Takim autem chciałaby jeździć Katarzyna Gryga, ale niestety nikt Jej biednej nie dopłaci, więc sobie nie kupi, bo „ekonomia, głupcze!” [TUTAJ].) Albo samochód elektryczny? Czy wtedy należy dać im spokój i przestać się czepiać? Nie! (Ach, to wiecznie roszczeniowe ekolewactwo…). Czemu? Bo elektryk w Polsce póki co jeździ na „brudny” prąd z węgla? Tak, niestety… Ścieranie opon? Tak. Unos zalegającego na jezdni pyłu? Owszem! Ale przede wszystkim dlatego, że każde auto współtworzy korki, w których tkwią i te pojazdy, które emitują dużo zanieczyszczeń. A korki będą, bo aut jest za dużo – tak, to jest aż tak proste. Więc bez ograniczeń ruchu i/lub eliminacji najbardziej zanieczyszczających pojazdów się nie obejdzie. Sorry.

Z pewnością istnieje korelacja między paleniem węglem a niższymi niż średnia dochodami. A czy przedstawiciele klasy średniej nie palą węglem? W Warszawie, i innych dużych miastach faktycznie zdarza się to raczej rzadko. Ale już na prowincji w mojej rodzinnej Małopolsce jak najbardziej. Bo chyba trudno rodzinę posiadającą duży dom z kutym ogrodzeniem i kilka dobrych samochodów uznać za ubogą, prawda? Jak już bardzo chcemy gdzieś się tych klasowych podziałów dopatrzyć, to najprędzej jeśli chodzi o kominki. Zanieczyszczają powietrze często nie mniej niż kotły węglowe, ale w przeciwieństwie do kotłów i pieców na węgiel, posiadają je raczej osoby ponadprzeciętnie zamożne. I wiele z nich faktycznie dość alergicznie reaguje na sugestie, że ich kominek może komuś szkodzić.

Pomijam także zupełnie to, jak naprawdę odpowiedzialność za jakość powietrza rozkłada się (ilościowo) pomiędzy motoryzację i ogrzewanie naszych domów. Jak słusznie zauważa Redaktor Bendyk, jest chyba jasne, że konkretne liczby zależą bardzo silnie od tego o jakiej substancji mówimy, od konkretnego miejsca, pory roku, i pory dnia. Większość Czytelników zgodzi się też zapewne z tym, że zanieczyszczenia z jednego i drugie źródła są szkodliwe dla naszego zdrowia, że są poważnym problemem, i że trzeba z nimi walczyć.

Jedyne istotny z punktu widzenia ochrony podział w każdym społeczeństwie to rozróżnienie na tych, dla których najważniejsze jest życie i zdrowie (tak swoje, jak i cudze), i tych, dla których ważniejszy jest ich własny czas, wygoda, pieniądze (Ci drudzy mogą jednak zmienić swoje nastawienie, a my możemy i powinniśmy im w tym pomóc). Ten podział biegnie jednak w poprzek podziałów klasowych.

Warto więc unikać jakiejkolwiek ideologii oraz stwarzania lub wzmacniania sztucznych podziałów, polaryzujących i tak już bardzo spolaryzowane polskie społeczeństwo. Tym bardziej że kwestia walki ze „smogiem” jest jedną z nielicznych, które (póki co) bardziej Polaków jednoczą niż dzielą.

5 komentarze(y)

  1. No właśnie. Tak jakby zwalenie winy na jakąkolwiek stronę ratowało jednych czy drugich przed skutkami. Chorujemy i umieramy od tego wszyscy – niezależnie od klasy. My i nasze dzieci. No, może tych bogatszych bardziej stać na leki, wyjazdy i terapię…

  2. Świetny artykuł. Odpowiedzialność za smog niestety “rozmywa się w powietrzu”, ale to nie znaczy, że jej nie ma. Odpowiedzialni jesteśmy wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu. Warto o tym pamiętać. Zmieniajmy priorytety: zdrowie ponad wszystko!
    . Dobry piec zamiast wakacji w Tunezji. Spacerek do pracy, zamiast płatnej siłowni, albo biegania wieczorem.

  3. Problem leży po stronie silnego przywiązania do własnej wartości i próby jej obrony przed innymi połączony z rzeczywistą i szczerą chęcią ograniczenia smogu. Nie da się rozwiązać problemu smogu, bez głębszego spojrzenia na jego “klasowość”, co może mieć pozytywny wpływ na rozwiązywanie również innych problemów społecznych
    Cóż, coś takiego jak pomniejszanie swojej jednostkowej winy, czynnika zawsze się będzie pojawiać i nie ma się co na tym skupiać, ale może warto się zastanowić jak te procesy “obrony własnego ja”, “własnego wizerunku” wykorzystać, ukierunkować do rozwiązania problemu smogu, by nie stało się to tylko szczytnym idealem (samoograniczenie się w produkcji smogu), ale pewnym elementem procesu.

  4. Nie posiadam samochodu. Jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską, głównie metrem. Polacy to naród dorobkiewiczów, którzy kupując samochód musza pokazać wszystkim swój status społeczny.
    ” Patrzcie biedaki na jaką furę mnie stać”. To jest buractwo na maksa. Albo: “Po co mam się męczyć jadąc rowerem, wolę wygodny fotel w ciepłym autku. Zasuwam szyby i nie czuję smrodu, niech inni go wdychają i się trują”. Ci pieprzeni egoisci myślą tylko o sobie. Nie interesuje ich, że w ten sposób trują i doprowadzają do smierci innych ludzi. Wsydzcie się. Ja nigdy nie kupię samochidu, bo nie chcę żyć ze świadomością że kogoś truję.

    1. A TEN TWÓJ AUTOBUS TO NA WODĘ JEŹDZI? NIE WYBIELAJ SIĘ.TEŻ TRUJESZ JEŻDŻĄC NIM.
      A POZA TYM NIE WSZYSCY MIESZKAJĄ W ZASIĘGU KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ, METRA, A PRACOWAĆ GDZIEŚ MUSZĄ ŻEBY ŻYĆ WIĘC MUSZĄ DO TEJ PRACY DOJECHAĆ TAK? CZY NIE?
      NIE OBRAŻAJ ICH. CHYBA , ŻE ONI WG CIEBIE ŻYĆ NIE MOGĄ. I KTO TU JEST EGOISTĄ???

Dodaj komentarz