Wojna na Bliskim Wschodzie najprawdopodobniej ograniczy globalną produkcję żywności. Przyczyna może być dla wielu osób zaskakująca, ale problem jest bardzo poważny. W wielu miejscach na świecie (USA, Indie, Bangladesz, Gaza) pierwsze symptomy tego narastającego kryzysu odczuwalne są już dziś.
W sytuacji, gdy wciąż jesteśmy tak bardzo – jako cywilizacja – uzależnieni od paliw kopalnych, wojna między USA i Izraelem a Iranem ma łatwy do zrozumienia wpływ na bezpieczeństwo energetyczne, a szerzej: na gospodarkę. Blokada cieśniny Ormuz, a także zniszczenie lub uszkodzenie przez Iran szeregu instalacji przemysłowych w Katarze i innych państwach Zatoki Perskiej spowodowały przecież gwałtowny wzrost cen ropy naftowej i gazu ziemnego.
Mniej oczywiste, ale nie mniej poważne jest jednak to, że obecny konflikt na Bliskim Wschodzie zagraża światowemu bezpieczeństwu żywnościowemu.
Nie eksportują żywności, ale za to coś, co jest niezbędne do jej produkcji
W pierwszej chwili może się to wydać dziwne: państwa leżące nad Zatoką Perską są raczej importerami, a nie eksporterami żywności. I to – ze względu na warunki naturalne – jednymi z najbardziej uzależnionych od importu żywności krajów na świecie.
Jasne – powiecie. Pewnie chodzi o to, że współczesne rolnictwo bez paliw produkowanych z ropy naftowej nie jest możliwe. Rosnące ceny ropy mogą więc spowodować wyższe ceny żywności. Tak, na pewno można spodziewać się tego efektu, jednak nie to jest głównym problemem.
Państwa Zatoki, choć same żywności nie produkują wystarczająco dużo, eksportują też coś innego niż ropa – coś, co pozwala produkować żywność innym. Chodzi o nawozy, przede wszystkim zaś o mocznik (CO(NH2)2).
Substancja, która odegrała bardzo ważną rolę w historii chemii
Mocznik jest dla rolnictwa bardzo istotny. Spośród wszystkich powszechnie stosowanych nawozów azotowych ma najwyższą zawartość azotu, dzięki czemu koszty transportu (w przeliczeniu na jednostkę składnika odżywczego) są stosunkowo niskie.
Jak sugeruje zwyczajowa nazwa tej substancji, występuje on w moczu zwierząt, w tym ludzi. Mocznik jest końcowym produktem rozpadu białek, wytwarzanym głównie w wątrobie. Wydalany jest nie tylko z moczem – w niewielkich ilościach również z potem.
Jednak mocznik można syntetyzować w laboratorium, zupełnie inaczej niż robią to organizmy zwierząt. Tego przełomowego dla chemii odkrycia dokonał prawie dwieście lat temu niemiecki chemik Friedrich Wöhler. Otrzymał on mocznik ogrzewając związek nieorganiczny – cyjanian amonu. Wöhler obalił w ten sposób teorię siły życiowej (vis vitalis), twierdzącą, że substancji organicznych nie da się odtworzyć sztucznie.
Aby wytworzyć mocznik, potrzeba tylko kilku gazów
Również dzisiejsza przemysłowa produkcja mocznika na potrzeby rolnictwa w ogóle nie korzysta z pomocy żywych organizmów. Mocznik produkuje się jednak nie tak, jak zrobił to Wöhler, ale z amoniaku (NH3) i dwutlenku węgla (CO2). Z kolei amoniak powstaje, gdy wodór łączy się z azotem z powietrza w obecności odpowiedniego katalizatora (to słynny proces opracowany przed pierwszą Wojną Światową przez innych niemieckich chemików: Fritza Habera i Carla Boscha). A skąd bierze się wodór? Najczęściej z reakcji metanu (CH4) z parą wodną. I tu dochodzimy do sedna problemu.
Metan jest głównym składnikiem gazu ziemnego, więc gaz jest niezbędnym surowcem chemicznym w syntezie mocznika. Ale to nie koniec. Produkcja amoniaku i mocznika jest bardzo energochłonna: wymaga wysokich temperatur i ciśnienia. Źródłem energii najczęściej jest właśnie spalanie gazu ziemnego. Przy okazji powstaje dwutlenek węgla, również niezbędny do produkcji mocznika.
Bez taniego gazu nie ma tanich nawozów
Widzicie więc, w czym leży problem. Obecne realia technologiczne i ekonomiczne sprawiają, że bez taniego gazu ziemnego nie ma taniego wodoru, amoniaku ani mocznika.
Dlatego w naszym zglobalizowanym świecie, w którym optymalizuje się zwykle wyłącznie zyski i koszty finansowe, duża część produkcji mocznika koncentruje się w państwach dysponujących złożami gazu ziemnego – takich jak Rosja, Kanada czy USA, a także w krajach Zatoki Perskiej. Te ostatnie odpowiadają za około 15 procent globalnej produkcji oraz za bardzo dużą część światowego eksportu mocznika (w niektórych szacunkach nawet za połowę), a także za znaczną część eksportu innych nawozów.
Sam Katar odpowiada za ok. 14 proc. globalnego handlu mocznikiem, a kilka krajów regionu (poza Katarem także Arabia Saudyjska, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie) należy do globalnej czołówki eksporterów.
Indie sprowadzają z tego regionu świata ponad 40 proc. mocznika. Brazylia jest niemal całkowicie uzależniona od importu nawozów, z czego blisko połowa trafia do niej właśnie z rejonu Zatoki Perskiej. W podobnej sytuacji jest również Australia. Kraje Zatoki należą także do głównych dostawców dla Stanów Zjednoczonych.
Wkrótce po wybuchu wojny ceny mocznika dostarczanego przez port w Nowym Orleanie wzrosły o 17 proc., a koszt kontraktów terminowych na jego zakup zwiększył się w ciągu dwóch tygodni o 35 proc. W USA już teraz odnotowuje się niedobór nawozów sięgający około jednej czwartej zapotrzebowania o tej porze roku.
Wąskie gardło, które łatwo zdusić
Transport mocznika i innych nawozów, podobnie jak w przypadku ropy i gazu, odbywa się w normalnych okolicznościach przez Cieśninę Ormuz. Tę jednak stosunkowo łatwo zablokować, czego właśnie od kilku tygodni jesteśmy świadkami. W ten sposób można skutecznie odciąć kraje Zatoki Perskiej od reszty świata, przynajmniej pod względem gospodarczym.
Problemem jest jednak nie tylko blokada Cieśniny Ormuz, a zakłócenia na światowym rynku nawozów nie ograniczają się jedynie do transportu. Po atakach na instalacje LNG w Katarze wstrzymano produkcję w jednym z największych zakładów wytwarzających mocznik na świecie. A przecież jeszcze niedawno eksport syntetycznych nawozów azotowych z Kataru umożliwiał wyżywienie dziesiątek milionów ludzi w Stanach Zjednoczonych, Brazylii i Indiach.
Wyzwaniem są zresztą nie tylko zaburzenia w produkcji i eksporcie samego mocznika, ale też podstawowego surowca potrzebnego do jego wytwarzania. Zakłócenia w dostawach gazu ziemnego z Kataru odbiły się także na innych krajach. Indie ograniczyły produkcję w trzech własnych zakładach, a Bangladesz zamknął cztery z pięciu fabryk nawozów.
Rosnące ceny
Rynek reaguje na wszystkie te zaburzenia w łatwy do przewidzenia sposób. Ceny eksportowe mocznika z Bliskiego Wschodu wzrosły o około 40 procent, osiągając poziom ponad 700 dolarów za tonę metryczną. Oznacza to poziom o blisko 60 procent wyższy niż rok wcześniej. Prognozy rynkowe sugerują, że ceny nawozów azotowych mogą się podwoić względem obecnych poziomów.
Obecna sytuacja przypomina wcześniejsze wstrząsy na rynku nawozów, w tym te wywołane rosyjską inwazją na Ukrainę. Skala obecnych zakłóceń może być jednak jeszcze większa. Choć trudno przewidzieć rozwój wydarzeń, przedłużające się niedobory i rosnące ceny nawozów mogą mieć poważne konsekwencje.
Z perspektywy rolników, wojna wybuchła w najgorszym momencie
Tym bardziej, że moment zakłóceń w łańcuchach dostaw nawozów jest szczególnie niekorzystny – przypada na okres siewów na półkuli północnej, trwający od połowy lutego do początku maja. W rolnictwie nawozy są niezbędne dla niemal wszystkich upraw, choć różne rośliny wymagają odmiennych ich ilości i rodzajów.
Konsekwencje obecnych zakłóceń mogą być daleko idące, bo największymi importerami nawozów z regionu Zatoki są jednocześnie jedni z największych producentów żywności na świecie. Indie należą do czołowych producentów ryżu, pszenicy, roślin strączkowych i owoców, a ich eksport ryżu stanowi około jednej czwartej światowego rynku. Brazylia odpowiada za blisko 60 procent globalnego eksportu soi, a także jest ważnym eksporterem cukru i kukurydzy.
Przedłużający się niedobór nawozów oraz ich wysokie ceny mogą skłonić część rolników do ograniczenia ich stosowania lub całkowitej rezygnacji, co bezpośrednio przełoży się na niższe plony.
W efekcie może ucierpieć globalne bezpieczeństwo żywnościowe. Spadek produkcji podstawowych upraw, takich jak ryż, pszenica, kukurydza czy soja, ograniczyłby podaż na świecie. To z kolei prowadziłoby do wzrostu cen żywności i potencjalnych niedoborów, szczególnie w krajach silnie uzależnionych od importu. Wzrostu cen i niedobory widzimy zresztą już dziś w miejscu, gdzie bezpieczeństwo żywnościowe jest szczególnie kruche – w zniszczonej wojną Strefie Gazy.
Przedłużające się problemy z produkcją i eksportem nawozów z państw Zatoki Perskiej, a także problemy z eksportem gazu ziemnego z tego regionu grożą więc nawet nasileniem głodu.
„Zielone” nawozy syntetyczne przyszłością rolnictwa?
Trwający właśnie kryzys skłania wiele krajów do poszukiwania bardziej zrównoważonego systemu produkcji nawozów – zarówno pod względem ich dostępności, niezakłócanej przez aktualną sytuację geopolityczną, jak i wpływu na klimat.
Zwykle jest tak, że dopiero właśnie w okresach kryzysowych rośnie zainteresowanie zdecentralizowaną produkcją oraz unowocześnionymi metodami syntezy niezbędnego do produkcji nawozów amoniaku. Na przykład metodami, które mogą wykorzystywać energię odnawialną zamiast gazu ziemnego. Obecna sytuacja prawdopodobnie nie będzie pod tym względem wyjątkiem. Kierunek jest więc z grubsza ten sam, co w przypadku bezpieczeństwa energetycznego.
Niektóre państwa, ucząc się na wcześniejszych kryzysach i gwałtownych wzrostach cen nawozów oraz żywności, zaczęły już rozwijać nowocześniejsze formy produkcji. Indie, które szybko zwiększają udział energii odnawialnej, wprowadzają zmiany umożliwiające wykorzystanie jej do lokalnej produkcji nawozów. Podobne działania podejmuje Brazylia.
Pieniędzmi trudno się najeść
Ludzie zwykle nie lubią zmieniać czegoś, co jest sprawdzone i działa. Dotychczasowe metody produkcji nawozów działały bardzo dobrze (o ile pominiemy ich destrukcyjny wpływ na klimat). Dopiero zakłócenia w łańcuchach dostaw sprawiają, że najprostsze i najtańsze metody produkcji i dystrybucji zaczynają być postrzegane jako problematyczne. I skłaniają nas do ponownego przemyślenia całego systemu.
Okazuje się wtedy na przykład, że metody tańsze w warunkach stabilności i pokoju na świecie stają się znacznie droższe w warunkach chaosu i wojen. Zresztą, jak wiemy, pieniądze to przecież nie wszystko. A w ostatecznym rozrachunku bezpieczeństwa żywnościowego nie da się zastąpić wzrostem PKB.
- Czytaj także: Europejskie firmy eksportują pestycydy zakazane w UE. Część toksyn wraca na europejskie stoły
–
Zdjęcie tytułowe: shutterstock/oticki



