Nordhaus i Romer. Fot. Khuroshvili Ilya

Ekonomiczne Noble za dalekowzroczność. Jeden za zmianę klimatu, drugi za znaczenie wiedzy i innowacji

Jednym z dzisiejszych wyzwań jest to, że ludzie uważają, iż ochrona środowiska będzie kosztowna i tak trudna, że wolą ignorować problem i udawać, że ten nie istnieje”, mówił magazynowi „New Scientist Paul Romer, laureat tegorocznego ekonomicznego Nobla*, po otrzymaniu nagrody”. I dodawał jeszcze: „Ludzie są zdolni do niezwykłych osiągnięć, jeżeli skupią na nich uwagę”.

Szwedzka akademia ogłosiła wczoraj dwóch laureatów nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Zostali nimi William Nordhaus, który od lat 70. ubiegłego wieku bada zależności pomiędzy gospodarczą aktywnością człowieka oraz zmianą klimatu i Paul Romer. Ten drugi myślenie ekonomiczne wzbogaca o świadomość znaczenia wiedzy i technologicznych innowacji. W laudacjach podkreślano, że chodzi o to, że obaj panowie wzbogacili tę dziedzinę nauki o najważniejsze kwestie współczesnego świata. Ale obie da się też podsumować i streścić, pisząc, że nagrody zostały przyznane za dalekowzroczność.

Badania tego, jak ludzkość radzi sobie z ograniczonymi zasobami są w centrum ekonomii i odkąd ta stała się nauką, uznaje, że najważniejsze ograniczenia na ich wykorzystanie nakładają natura oraz wiedza. Natura dyktuje warunki w jakich żyjemy, a wiedza określa naszą zdolność do zarządzania tymi warunkami”, uzasadniano przyznanie nagrody Romerowi i Nordhausowi, podkreślając jednocześnie, że obaj dostarczyli narzędzi pozwalających lepiej zrozumieć te sprawy.

Podatek węglowy

Nordhaus – nawiasem mówiąc autor popularnego także na polskich uczelniach podręcznika do podstaw ekonomii – nagrodę otrzymał za to, że znalazł w makroekonomicznych modelach miejsce dla skutków zmiany klimatu i szkód powodowanych przez emisje gazów cieplarnianych. To ważne między innymi dlatego, że wcześniej traktowano je jako efekt zewnętrzny, uboczny skutek pracy fabryk i produkcji, z którym nie trzeba nic robić. Idee Nordhausa zmieniły to i dziś coraz częściej myśli się o emisjach, jako o wyrządzanych całemu społeczeństwu szkodach, które firmy muszą refundować i kalkulować w swoich budżetach oraz kosztach prowadzenia działalności.

Dlatego wykładowca Uniwersytetu Yale – zwracał na to uwagę między innymi New York Times – wiele razy argumentował, że przedsiębiorstwa spalające paliwa kopalne, powinny zostać opodatkowane na poziomie odzwierciedlającym szkodę, którą wyrządzają reszcie świata. A rolą stworzonych przez niego modeli ma być i to, by dało się określić taki poziom tzw. podatku węglowego, który rzeczywiście pozwoli je zrefundować. Przy czym rolą podatku, Noblista zalicza się do jego najgorętszych adwokatów, ma być nie tyle karanie „złych”, co zachęcanie ich do tego, by stali się lepsi.

New York Times po ogłoszeniu laureatów nagrody tak pisał o ideach Nordhausa: „Ekonomiści od dawna są entuzjastyczni, kiedy chodzi o opodatkowanie węgla, ze względu na efektywność takiej polityki. Kiedy da się firmom finansową motywację do zmniejszania zużycia paliw kopalnych, te bez potrzeby wprowadzania twardych regulacji rządowych znajdą kreatywne i niskokosztowe metody zrobienia tego.” Celem ma być więc po prostu stopniowa transformacja gospodarki w kierunku czystych źródeł energii, które stałyby się znacząco tańsze. Jako takie stopniowo wyparłyby paliwa kopalne, jednocześnie zapewniając godziwe zyski oraz miejsca pracy w nowych sektorach gospodarki.

Nie brzmi to – musicie przyznać – źle, choć sam Nordhaus mówił w rozmowie z Komitetem Noblowskim, że polityki są obecnie bardzo, bardzo – mile,  mile i mile,  miał powiedzieć – daleko za nauką i dopiero trzeba coś zrobić, by to się zmieniło. Dziś koszt ponoszony przez emiterów jest, przekonywał ekonomista przy inne okazji, praktycznie żaden, więc motywacja do zmiany też jest niewielka. Główną przeszkodą na drodze do wykorzystania podatku w roli zachęty do transformacji, jest to, że w chwili obecnej są to pomysły mało popularne, a większość polityków niczego nie boi się tak bardzo, jak idei, które jeszcze nie zdobyły społecznego uznania. Te bowiem rzadko wygrywają wybory.

Do tego rzecz wymaga działań na poziomie globalnym, co – przepraszam za truizm – nigdy nie jest sprawą łatwą i efekty przynosi zwykle po bardzo wielu latach prac, konferencji i uzgodnień. Tymczasem jak wskazują eksperci czasu na ich przeprowadzenie zostało nam bardzo mało. Co przypomina także o jednej z największych wad modelu Nordhausa. Ten jest bowiem mniej więcej liniowy i nie uwzględnia punktów przełomowych globalnego ocieplenia i tego, że koszty mogą gwałtownie wzrosnąć po przekroczeniu kolejnych progów klimatycznego „bezpieczeństwa”. Co, jak sprawy potoczą się dalej w tym kierunku, w którym toczą się dziś, może czekać nas całkiem niedługo.

Nieograniczone innowacje

Jedną z istotnych rzecz, na które zwrócił uwagę Romer, było to jak niewielkie różnice kumulują się w czasie. Wystarczy, wyliczał, by jedna gospodarka rosła od drugiej szybciej o 4 proc. rocznie, by po 40 latach stać się pięć razy zamożniejszą. Dwuprocentowa różnica w tempie wzrostu spowoduje, że po 40 latach będzie dwa razy bogatsza. Małe zmiany konsekwentnie nawarstwiają się, co zresztą ma znaczenie nie tylko, kiedy chodzi o pieniądze, ale też wszystko co jest związane ze środowiskiem. Dwuprocentowy roczny wzrost zużycia plastiku? Po 40 latach będziemy go mieć dwa razy więcej. Zużycie większe o cztery procent rocznie? Po 40 latach utoniemy pod górą tworzyw sztucznych.

Itd… Itp… Jednak to nie to, choć skrupulatnie wyliczone w przygotowanym przez szwedzką akademię uzasadnieniu, było powodem przyznania Romerowi nagrody. Otrzymał ją ponieważ widząc znaczenie tych niewielkich różnic, zaczął pytać  i dociekać, skąd się one biorą. A na pytania odpowiedział w sposób oryginalny i otwierający nowy sposób myślenia. Do ekonomicznych modeli – wcześniej traktujących jedno i drugie jako niezależne i przychodzące z zewnątrz – wprowadził technologiczną zmianę i innowacje. I co ważne zwrócił uwagę na to, że idee nie są zwykłym towarem i wymagają odmiennego podejścia, a także osobnej ekonomicznej refleksji i szytych na miarę zachęt. Ich odmienny charakter polega też na tym, że inaczej od zasobów materialnych nie wyczerpują się, a koszt opartych na nich produktów szybko spada. To powoduje, że mogą zapewnić trwały wzrost.

Romer zwraca uwagę także na nieadekwatność makroekonomicznych modeli do współczesnego świata. Te, jak przekonuje, straciły kontakt z rzeczywistością, którą mają opisywać, a makroekonomia cofa się z ich powodu. Nie biorą bowiem pod uwagę wielu zmiennych wywierających dziś ogromny wpływ na świat oraz działalność gospodarczą człowieka. Za przykład podaje choćby to, jak internet połączył ludzi pozwalając im rozwijać interesy i dzielić się ideami. Praktycznie żaden z liczących się modeli makroekonomicznych nie brał tego pod uwagę, więc i rezultaty „wyrzucał” z siebie błędne.

Podsumowując, Romer pokazał, że niedoregulowane rynki tworzą technologiczną zmianę, ale mają tendencje do niedofinansowywania działalności badawczo-rozwojowej i nowych dóbr, które ta kreuje. Zaadresowanie tego problemu wymaga rządowej interwencji, takiej jak dotacje na badania i rozwój oraz regulacja patentów. Jego analizy mówią, że takie polityki są niezbędne dla długoterminowego wzrostu nie tylko w poszczególnych krajach, ale też globalnie. To zapewnia wytyczne dla tworzenia nowych polityk: prawa patentowe powinny wyznaczać właściwą równowagę między motywacją do tworzenia nowych idei, przez zapewnianie ich twórcom pewnego prawa do monopolu, i daniem innym możliwości korzystania z nich, przez ograniczenie tych praw w miejscu i czasie”, napisano w ściągawce dla dziennikarzy, którą przygotowała szwedzka akademia.

A jedno z drugim, a więc klimat i innowacje, łączy się bardziej niż przywykliśmy w Polsce myśleć. Na ogół postrzegamy bowiem działania, których celem jest ochrona tego pierwszego, jakie idące w kontrze do rozwoju gospodarczego. Dlatego, myślę, że przywykliśmy przez dziesięciolecia do traktowania industrializacji i wielkiego przemysłu jako miernika stopnia gospodarczego rozwoju. Tymczasem świat się zmienia i wraz z nim zmienia się charakter gospodarczego rozwoju.

O czym każe pomyśleć na przykład to, że deklarowanym celem podatku węglowego jest wymuszenie technologicznej innowacji, która stworzy cały nowy sektor gospodarki. Sektor gotowy przyjąć tych, którzy będą odchodzić z pracy w przestarzałych i emitujących duże ilości gazów cieplarnianych przedsiębiorstwach. Kolejne raporty wskazują, że jego potencjał jak chodzi o zatrudnienie jest ogromny. A niemal wszystko wskazuje dziś, że jego znaczenie będzie rosło w miarę podejmowania prób ucieczki przed katastrofalnym ociepleniem światowego klimatu. W potencjał gospodarczy branży trudno zresztą wątpić – jest to przecież energetyka. Nie jest to walka z rozwojem gospodarki. Jest to raczej walka o rozwój gospodarki i – przechodząc na poziom krajowy – to, by ta nie została w tyle za konkurencją, która dzięki inwestycjom w nowe technologie, będzie zyskiwać tanie źródła energii.

Rzecz bowiem w tym, że wszystko wskazuje na to, że zmiana będzie tutaj konieczna, a sprawne zarządzanie nią, wymaga rozsądnego planowania i doboru narzędzi oraz wizji celu, który się chce osiągnąć. Sprawna innowacja, patrz: Romer, wymaga w końcu zapewnienia odpowiednich warunków.

My jednak zdajemy się uważać, że będzie zbyt kosztowna i trudna, i pozostajemy tu daleko w tyle. Co zapewne odbije nam się czkawką za lat kilka lub najdalej kilkanaście, kiedy to co dało się zrobić dziś mądrze, spokojnie i bez społecznych kosztów, trzeba będzie robić szybko i bez zastanowienia, na hura.

Choć może taka jest po prostu nasza narodowa dusza, że inaczej nie potrafimy się do sprawy zabrać.

I trzeba się z tym pogodzić?

* Tak, wiem, że ekonomiczny Nobel to tak naprawdę nie Nobel. Nie trzeba przypominać.

Fot. Khuroshvili Ilya/Flickr.

Dodaj komentarz