Nie ma “pokojowych” i “niepokojowych” źródeł energii [POLEMIKA]

Podziel się:
oze jangcy tama trzech przełomów

W maju na łamach Onetu ukazał się artykuł autorstwa Dominiki Lasoty. Poruszał on problem finansowania rosyjskiej inwazji na Ukrainę przez państwa Europy, oraz kierunku, w którym powinna podążyć Polska aby przestać przykładać rękę do tego procederu. O ile Autorce nie sposób odmówić racji w pierwszym z zagadnień, o tyle postulowane przez nią ograniczenie transformacji energetycznej jedynie do ścieżki odnawialności może wywieść nas prosto na manowce – piszą Michał Alberski i Julia Gałosz w polemice, którą publikujemy na łamach SmogLabu.

  • Nie ma “pokojowych” i “niepokojowych” źródeł energii. Cechy te nie wynikają z charakteru technologii, lecz są wypadkową okoliczności politycznych i sposobu organizacji systemu. 
  • Surowce kluczowe dla rozwoju OZE są w rękach Chin i państw Afryki. Może to w przyszłości stanowić element nacisku na Europę.
  • OZE również mogą mieć dewastujący wpływ na środowisko. Przykładem jest przepalanie unijnych lasów jako biomasy, wielkie uprawy monokulturowe, czy elektrownie wodne zmieniające ekosystemy rzek.
  • Zamykanie elektrowni atomowych sprawia, że OZE zastępują niskoemisyjną energię, zamiast ograniczać wydobycie paliw kopalnych.
  • Mamy coraz mniej czasu na działanie. Od dzisiejszych decyzji zależy rzeczywistość, w jakiej będą musiały sobie radzić nasze dzieci i wnuki.

Kryzys klimatyczny sprawi, że konfliktów zbrojnych będzie więcej

Rosyjska inwazja na Ukrainę to niewyobrażalna tragedia. Niczym grom z jasnego nieba spadła na Europę, żyjącą dotychczas w błogim przeświadczeniu, że epoka wojen na naszym kontynencie dobiegła końca. To również do pewnego stopnia rezultat długotrwałego traktowania Putina jako poczciwego autorytarnego władykę. Dyktatora, który być może na koncie kilka zbrodni na przeciwnikach politycznych, ale z którym da się porozumieć i stworzyć dochodowy interes. Za tę naiwność, której najdorodniejszym owocem jest uzależnienie wielu krajów od rosyjskiego gazu, węgla i ropy, najwyższą cenę płaci dziś niewinna ludność Ukrainy. Jak słusznie wskazuje Dominika Lasota, imperialne zapędy Rosji można ukrócić. Nie stanie się to jednak bez transformacji w kierunku niskoemisyjnych źródeł energii i trwałego odcięcia od rosyjskich paliw kopalnych, którymi Europa finansuje bomby spadające na ukraińskie domy i szpitale; każdego dnia do Moskwy trafia niemal 600 mln euro.

Rezygnacja z paliw kopalnych nie tylko przyczyni się do szybszego zwycięstwa Ukrainy. Przede wszystkim doskonale wpisze w zmagania ludzkości z największym wyzwaniem w historii cywilizacji ‒ kryzysem klimatycznym. Ten, jeśli nie zostanie rozwiązany, sam legnie u podstaw narastającej liczby konfliktów zbrojnych. Niestety, po przejściu od entuzjastycznych słów do czynów i zajrzeniu do polskich planów rządowych mających przestawić nasz kraj na tory neutralności klimatycznej, spotka nas jedynie gorzki zawód. 

Polska nie podejmuje rękawicy

Obowiązująca strategia transformacji polskiej energetyki jest zawarta w dokumencie Polityka Energetyczna Polski do 2040. Całkowicie rozmija się z koniecznymi celami redukcji emisji gazów cieplarnianych, zakładając spadek emisji dwutlenku węgla do 2040 o ledwie 35 proc. W swym najnowszym raporcie Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC) wyraźnie stwierdza, że antropogeniczne emisje dwutlenku węgla muszą zostać zmniejszone do tego roku o 80 proc., jeżeli ludzkość ma mieć przynajmniej 50 proc. szans na ograniczenie wzrostu średnich temperatur do 1,5°C. 50 proc. szans, czyli rzut monetą, to granica między życiem a śmiercią dla milionów osób. Jak wielu z nas byłoby w stanie zawierzyć rzutowi monetą życie swoje i swoich bliskich?

Praprzyczyną kryzysu migracyjnego w Europie była susza w Syrii. fot. Fishman64/Shutterstock

Polski rząd nie podejmuje nawet tej rękawicy, oddając walkowerem niepewne 50 proc. Zamiast tego od razu wybiera czołowe zderzenie z katastrofą klimatyczną. Jej konsekwencje, w postaci wielomilionowych migracji, nasilenia niszczycielskich klęsk żywiołowych, windujących ceny żywności, czy pojawienia dotychczas nieznanych chorób, nasi potomkowie będą odczuwać przez dziesiątki pokoleń. Przed skutkami kryzysu klimatycznego nie sposób uchronić się wyprowadzając na wieś ani gromadząc w piwnicy zapas konserw, bo nie ustąpią samoczynnie po dekadzie czy dwóch. Wiele z nich będzie się utrzymywało przez kolejne stulecia, nieodwracalnie zmieniając świat naszych dzieci i wnuków. To od decyzji podjętych przez nas, w najbliższych latach, zależy, jak ten świat będzie wyglądał.

Nie ma “pokojowych” i “niepokojowych” źródeł energii

Ze względu na tak wielką odpowiedzialność spoczywającą na naszych barkach, transformacja klimatyczna której początku jesteśmy świadkami musi opierać się przede wszystkim na najbardziej optymalnym doborze narzędzi, poprzedzonym pragmatyczną kalkulacją korzyści i strat. Odnawialność źródeł energii, proponowana przez Dominikę Lasotę jako główne kryterium wyboru, w rzeczywistości okazuje się cechą wtórną. W świetle jej słów odnawialne źródła energii zdają się być nieomal panaceum, mającym udźwignąć nie tylko ciężar walki z katastrofą klimatyczną i finansowaniem rosyjskich zbrodni, ale na dodatek oddać energetykę w ręce społeczeństwa i zaprowadzić pokój na świecie. Tymczasem nadawanie źródłom energii takich cech jak pokojowość i niepokojowość czy demokratyczność i niedemokratyczność jest bardzo problematyczne. Cechy te nie wynikają z wewnętrznej natury tych technologii, lecz są wypadkową okoliczności politycznych i sposobu organizacji systemu. 

Spółdzielnie, powszechnie utożsamiane z demokracją energetyczną, są jedynie strukturą własności, na którą energia wiatrowa i słoneczna nie posiadają wyłączności. Choć z całą pewnością właśnie im zawdzięczamy popularyzację tej formy organizacji, demokracja energetyczna sama w sobie nie jest niczym nowym. Na przykładzie Stanów Zjednoczonych warto odnotować, że spółdzielnie energetyczne funkcjonują tam od przeszło ośmiu dekad. Obsługują niemal 20 milionów odbiorców i wytwarzają z węgla i gazu ziemnego 66 proc. sprzedawanej energii elektrycznej. 15 proc. ze źródeł jądrowych, zaś z odnawialnych jedynie 17 proc. Demokratyczność, wbrew sugestiom Lasoty, jest więc cechą oderwaną od fizycznego rozproszenia lub skoncentrowania instalacji. 

Nierównomierne rozmieszczenie złóż może stać się problemem dla OZE

Z jednej strony w Finlandii i USA możemy podziwiać budowę bloków jądrowych ze znacznym udziałem społecznym. Z drugiej strony docierają do nas wiadomości o monumentalnych farmach fotowoltaicznych i wiatrowych planowanych nie przez wspólnoty, a przez koncerny energetyczne, takie jak Tauron czy PGE. Przemierzając Polskę nie unikniemy widoku fotowoltaiki na prywatnych domach, dotowanej przecież przez wszystkie grupy społeczne, a obdarowujące zyskiem ze sprzedaży prądu jedynie posiadaczy dachów. Widząc, że demokratyczność może być związana z właściwie każdą formą pozyskiwania energii, wypada zadać pytanie: dlaczego bywa konsekwentnie utożsamiana jedynie z fotowoltaiką i turbinami wiatrowymi, a inne są jej wręcz przeciwstawiane? 

Produkcja turbin wiatrowych jest uzależniona od metali ziem rzadkich. Wydobycie ich w 60 proc. kontrolują Chiny. fot. Ingo Bartussek/Shutterstock

Nierównomierne rozmieszczenie złóż jest problemem który nie dotyka wyłącznie paliw kopalnych. Dotyka również innych surowców, w tym i tych odgrywających ważną rolę w transformacji energetycznej. Dla przykładu, Chiny skupiają w swych rękach 64 proc. globalnego wydobycia grafitu, niezbędnego do produkcji baterii. Kontrolują także 60 proc. wydobycia metali ziem rzadkich, wykorzystywanych w turbinach wiatrowych. Z kolei Demokratyczna Republika Konga odpowiada za 69 proc. wydobycia kobaltu, również stosowanego w bateriach. Baterie trafiają później m.in. do samochodów elektrycznych lub służą za magazyny energii dla OZE.

OZE mogą przestać kojarzyć się z pokojem

Nie posiadamy żadnej gwarancji, że pewnego dnia niektóre z państw dysponujących tą geograficzną przewagą nie uznają, że nadeszła godzina w której warto wykorzystać swoją pozycję do wywarcia wpływu politycznego na pozbawione własnych zasobów kraje Europy, podobnie, jak to obecnie ma miejsce z paliwami kopalnymi. Przedsmak tego problemu obserwujemy już dziś. Odcięcie Rosji od globalnego rynku jest jednym z czynników składających się na wzrost cen turbin wiatrowych i modułów fotowoltaicznych, który, choć na razie niewielki, przeczy wieloletniemu trendowi spadkowemu. I tak jak obecnie utożsamiamy paliwa kopalne z finansowaniem wojny, a energię słoneczną i wiatrową z pokojem, ten obraz może ulec zmianie. Wystarczy, że Chiny, kraj nieszczególnie dbający o przestrzeganie praw człowieka i międzynarodowego prawa, pokuszą się o aneksję któregoś z terytoriów należących do ich sąsiadów. 

Masowa, globalna transformacja energetyczna drastycznie zwiększy popyt na te surowce, potencjalnie prowadząc do konfliktów i neokolonialnej polityki względem słabszych graczy. Szczególnie widoczne będzie to po uwzględnieniu perspektywy niechybnego kryzysu relacji międzynarodowych, wywołanych załamaniem dotychczasowej koniunktury i narastającą konkurencją o zasoby. Które społeczeństwa będą zaprzątały sobie głowę suwerennością innych, poniewieraną przez ich państwo, gdy stawką agresji stanie się zabezpieczenie dostaw wody, żywności lub kluczowych surowców? Czy, podążając logiką proponowaną przez Dominikę Lasotę, wówczas będzie się należało posunąć do nazwania OZE energią wojny? Jeżeli takie głosy się pojawią, warto zapytać, jaki to będzie miało wpływ na postrzeganie energii wiatrowej i słonecznej, a co za tym idzie, na społeczną akceptację transformacji energetycznej i zaufanie do ruchów klimatycznych. 

Lasy do spalenia

Wreszcie, pojęcie OZE z samej definicji obejmuje jedno z najbardziej destrukcyjnych źródeł energii ‒ biomasę drzewną. Dziesiątki miliardów euro z funduszy Unii Europejskiej są przeznaczane na dotowanie elektrowni i elektrociepłowni spalających drewno. Do kotłów, w świetle prawa, każdego dnia trafiają tak wiekowe drzewa o wymiarach pomnikowych, jak i setki hektarów naturalnych lasów. Ma to poważne konsekwencje dla klimatu, ponieważ drzewo rosnąc przez lata gromadzi w swych tkankach tony węgla absorbowanego z atmosfery. Równie poważne konsekwencje dotyczą przyrody. Pozbawia się siedlisk kolejne gatunki niezdolne do egzystencji w monokulturowych plantacjach, w które zamieniają się polskie lasy. Takie zjawiska będą narastać, jeśli nie przewartościujemy i nie przedefiniujemy pojęć, których używamy do opisu narzędzi mających położyć kres kryzysowi klimatycznemu. 

To nie pierwszy raz w historii, kiedy pogoń za środkiem przysłoniła pierwotny cel. Na podobnie surową ocenę zasługuje uprawa pod biopaliwa wielkich monokultur roślin, czyniącą z pól uprawnych jałowe pustynie biologiczne. Podobnie jest z budową Zapory Trzech Przełomów w Chinach – elektrowni wodnej, która odcisnęła ogromne piętno na ekosystemie rzeki Yangcy. Widząc te przykłady niszczycielskiego wpływu na środowisko możemy zaklinać się i mówić że biomasa to nie prawdziwe OZE, w dalszym ciągu bezrefleksyjne posługując się prostą esencją odnawialności, by za rok, dwa lub pięć napotkać kolejny problem wynikły z tak wąskiego kryterium wyboru. Możemy też podejść do tego zagadnienia pragmatycznie, uwzględniając szerszą analizę potencjalnych korzyści i strat każdej z możliwych opcji, nie wzbraniając się przed ewentualną rezygnacją z niektórych z nich, takich jak biomasa, jeżeli pomimo ich odnawialności ogólny bilans środowiskowy i klimatyczny okaże się negatywny, lub przed implementacją nowych, pomimo ich nieodnawialności

oze jako biomasa
Traktownie OZE jako biomasy powoduje, że drewno zasila elektrownie. fot. Tarcisio Schnaider/Shutterstock

OZE i atom mogą współtworzyć zbalansowany miks energetyczny

Bynajmniej nie chodzi o odarcie odnawialnych energii z zalet. Niepodważalnie istnieje cały szereg powodów, dla których ich masowy rozwój jest kluczowy, na czele z łatwością i szybkością budowy. Według wspomnianego już raportu IPCC, aby możliwe było ograniczenie wzrostu średnich globalnych temperatur do 1,5°C, niezbędne jest zmniejszenie globalnych emisji dwutlenku węgla o 48 proc. do 2030 roku. Tak błyskawiczne redukcje w obszarze energetyki umożliwiają jedynie wielkoskalowe inwestycje w OZE i efektywność energetyczną, połączone z przedłużaniem działania już istniejących niskoemisyjnych źródeł energii. 

Zarazem IPCC wskazuje, że ze względu na szereg wyzwań, między innymi technologicznych, zasilenie globalnego systemu energetycznego w 100 proc. odnawialnymi źródłami energii, jakkolwiek wykonalne, nie stanowi optymalnego rozwiązania. W dłuższej perspektywie będziemy potrzebować szerszego zestawu dalekosiężnych, sprawdzonych środków. Należy pod nie kłaść grunt już dziś, aby zaczęły działać w przeznaczonym im czasie i stworzyły pole pod głęboką dekarbonizację po roku 2030. Jednym z takich rozwiązań jest energetyka jądrowa. Wbrew fałszywej, kreowanej niekiedy trychotomii, nasze możliwości nie ograniczają się do wyboru między pozostaniem przy węglu i gazie, stworzeniem 100 proc. atomowego monolitu lub podążeniem ścieżką 100 proc. OZE, sugerowaną przez Dominikę Lasotę. Energetyka jądrowa i niskoemisyjne odnawialne źródła energii, tak często sobie przeciwstawiane, pełnią zupełnie odmienne funkcje systemowe i uzupełniają się nawzajem. Mogą więc współtworzyć zbalansowany miks energetyczny, połączony wspólną cechą ‒ niskoemisyjnością. 

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) od pewnego czasu ostrzega przed przedwczesnym zamykaniem sprawnych elektrowni jądrowych. Obecnie flota jądrowa odpowiada w Unii Europejskiej za niemal połowę produkcji niskoemisyjnej energii. Jest to ponad jedna czwarta produkcji energii elektrycznej w ogóle. Mimo tych zasług nie może liczyć na żadne wsparcie przysługujące odnawialnym źródłom energii, w tym biomasie. Należą do nich choćby pierwszeństwo w sprzedaży wytworzonej energii czy wielomiliardowe dotacje z funduszy unijnych.

OZE, zamiast paliw kopalnych, zastępuje niskoemisyjny atom

Bez inwestycji przedłużających żywotność istniejącej floty jądrowej ponad dotychczas licencjonowany czas pracy, aż 80 proc. tych mocy w samej UE zostanie bezpowrotnie utraconych. Nie mówimy przy tym o jakimś odległym, abstrakcyjnym problemie. Niektóre państwa, takie jak Niemcy, Belgia czy Hiszpania, zamykają swoje reaktory już teraz lub uczynią to w najbliższych latach. Powstała w ten sposób luka w produkcji energii jest wypełniana albo przez węgiel i gaz, albo przez OZE, które zamiast wypierać paliwa kopalne są marnowane na zastępowanie innego niskoemisyjnego źródła energii.

Zamykanie istniejących elektrowni jądrowych, już ukończonych i o spłaconych kosztach budowy, to dosłowna (i nierzadko celowa) destrukcja skromnego dorobku, jakim może się pochwalić ludzkość w walce z kryzysem klimatycznym. Sytuację tę można porównać do budowy statku mającego ocalić nas przed nadchodzącym potopem. Z jednej strony statek jest pieczołowicie i wielkim kosztem konstruowany przez państwa dopiero się dekarbonizujące. Z drugiej strony jest rąbany na kawałki przez zamykanie już istniejących mocy niskoemisyjnych. Dziś stoimy przed wyborem ‒ możemy potraktować stępkę tego statku jako punkt wyjściowy do dalszej dekarbonizacji… albo pozwolić na jej całkowite zniszczenie, dodatkowo utrudniając sobie to dziejowe zadanie. 

Wyburzenie elektrowni Muelheim-Kaerlich w Niemczech. Do końca 2022 roku nad Renem zostaną zamknięte trzy ostatnie reaktory. fot. Jokue-photography/Shutterstock

Czas na działanie kurczy się z każdym dniem

Odpowiedź na kryzys klimatyczny tkwi w obniżeniu emisji, a więc niskoemisyjności. Odnawialne źródła energii nie posiadają na nią monopolu, a czasami wręcz nie mieszczą się w jej ramach. Odnawialność nie jest ani celem, ani panaceum. Sama w sobie nie rozwiązuje problemów wojny w Ukrainie, kryzysu klimatycznego czy demokratyczności energetyki. Jednocześnie zamyka drogę do wykorzystania szeregu innych technologii, przykładowo energetyki jądrowej, wprawdzie nieodnawialnych, lecz stanowiących ważny element dekarbonizacyjnej układanki. Spuszczanie zasłony milczenia na te narzędzia być może pozwoli utrwalić wątpliwie korzystny stereotyp pokojowego, demokratycznego OZE, ale ludzkość poniesie za to słoną cenę. Rozbieżność między hasłami a niekoniecznie demokratyczną i usłaną różami transformacją aktywiści i aktywistki klimatyczne przypłacą w najlepszym przypadku utratą społecznego zaufania i wiarygodności. Natomiast nasze dzieci i wnuki zapłacą odziedziczeniem znacznie bardziej nieprzyjaznego świata, którego nie będzie się dało od tak naprawić. 

Czas na działanie kurczy się z każdym dniem i nie możemy marnować go na błądzenie po omacku. Dyskusja o drodze którą obierzemy nie może być dłużej konkursem idei, którego uczestnicy i uczestniczki niczym obwoźni sklepikarze przekrzykują się zachwalając swoje produkty i starając się uatrakcyjnić je zestawem bajkowych zalet. Musi być poważną i rzetelną analizą opartą na dowodach, których autorki i autorzy zdają sobie sprawę do jakich konsekwencji naprawdę może doprowadzić realizacja ich propozycji. Bądźmy początkiem tej zmiany i weźmy faktyczną odpowiedzialność za to, jak rzeczywistość zmieni się za sprawą realizacji naszych postulatów. Nasza ręka dzierży pióro zapisujące karty historii. Pozwólmy sobie zostać zapamiętanymi jako pokolenie, które w obliczu tego egzystencjalnego zagrożenia, wiszącego nad całą ludzkością, stanęło na wysokości zadania. 

Autorzy:

Michał Alberski ‒ aktywista na rzecz klimatu i praw człowieka, student energetyki na Politechnice Wrocławskiej.

Julia Gałosz ‒ aktywistka na rzecz klimatu i środowiska, studentka biologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Zdjęcie tytułowe: Tama Trzech Przełomów na rzecze Jangcy. Energia z elektrowni wodnej stanowi odnawialne źródło energii. Jednocześnie budowa tamy zmieniła radykalnie okoliczny ekosystem. Fot. Thomas Barrat/Shutterstock

Podziel się: