„Po co mi nowa rzecz, skoro stara dobrze działa”, to najbardziej rewolucyjne pytanie współczesnego świata

5125
0
Podziel się:
Himilsbach Cytaty

– Aby przeżyć, współczesna kapitalistyczna gospodarka musi stale podnosić poziom produkcji. Niczym rekin, który do życia potrzebuje wody, ludzkość musi produkować, inaczej bowiem czeka ją upadek. Nie wystarczy jednak tylko produkować. Ktoś musi kupować towary, w przeciwnym razie przemysłowcy i inwestorzy pójdą z torbami. Zapobieganiu tej katastrofie i gwarantowaniu, że ludzie zawsze będą kupować wszystkie nowe wytwory przemysłu, służy nowa postać etyki: konsumpcjonizm. – można przeczytać w „Sapiens” Yuvala Harariego.

– Konsumpcjonizm ciężko się napracował, ręka w rękę z popularną psychologią („Rób to, na co masz ochotę!”), by przekonać ludzi, że folgowanie przyjemnościom dobrze im robi, podczas gdy oszczędność jest samoumartwianiem. I dopiął swego. Wszyscy jesteśmy porządnymi konsumentami. Kupujemy nieprzeliczone mnóstwo produktów, których tak naprawdę nie potrzebujemy i o których do niedawna nie wiedzieliśmy, że w ogóle istnieją. Producenci celowo wprowadzają na rynek produkty o krótkim cyklu życia i wymyślają coraz to nowsze i całkowicie niepotrzebne modele zastępujące zupełnie zadowalające nas produkty, które musimy kupować, żeby „nie zostać w tyle”. – rozwijał tę myśl dalej, opisując zaklęty krąg, w którym daliśmy się uwięzić.

Te kilka zdań to bardzo sensowna diagnoza tego, co jest nie w porządku ze współczesnym światem. W opowieści Harariego – ten generalnie docenia żywotność kapitalizmu – wiara w nieustający wzrost gospodarczy, doprowadziła do uzależnienia ludzkości od kredytu. A że jest to kredyt oprocentowany, to jedyną metodą, by system się nie zawalił i długi były spłacane, jest nieustający wzrost gospodarczy. Ten z kolei wymaga, by stale rosła konsumpcja. A ta może rosnąć tylko, kiedy kupujemy coraz więcej. Dba się więc o to, żebyśmy chcieli coraz więcej kupować i konsumować.

Kup sobie szczęście

Wszystko jest w porządku, kiedy namawia się nas do kupowania rzeczy przydatnych. Dajmy na to pierwszego telewizora, smartfona i potrzebnego samochodu. Jednak w bogatszych częściach świata, w gospodarce ludzi jako tako sytych i wyposażonych w rzeczy, które są do życia potrzebne, musi to oznaczać, że trzeba im sprzedawać rzeczy, które potrzebne nie są. To może wydawać się być zadaniem trudnym i nieco bezsensownym. Mimo to ludzi udało się przekonać, że poświęcanie czasu na zarabianie pieniędzy, za które później kupuje się niepotrzebne rzeczy, jest czymś oczywistym. Pracujemy więc, żeby kupić trzeci telewizor, szybszego smartfona i nowy samochód, chociaż stary jest jeszcze zupełnie dobry. Nie zastanawiając się nad tym, czy ma to w ogóle sens. Na zastanowienie bowiem nie starcza nam czasu. Musimy przecież zarabiać na niepotrzebne rzeczy.

Potwierdzenie tej tezy widać na każdym kroku. Sam Harari wskazywał między innymi plagę otyłości, która dotyka kraje Zachodu. Rozsądną odpowiedzią na nią, byłoby po prostu mniej jeść. Dzisiejszy świat odpowiada jednak zupełnie inaczej – sprzedając diety oraz pigułki na odchudzanie. W samych Stanach Zjednoczonych jest to rynek wart tyle, że gdyby te pieniądze przeznaczyć na jedzenie, dałoby się wyżywić wszystkich głodujących świata. Nie robi się tego jednak, bo na otyłości konsumpcjonizm zyskuje dwukrotnie. Za pierwszym razem, kiedy omotanym przez marketing i ideologię „rzeczy dają szczęście” ludziom sprzedaje więcej niż potrzebują. Za drugim razem, kiedy sprzedaje im coś, czego nie potrzebują – środki na odchudzanie i wymyślne diety.

W Polsce efekty tej ideologii widać inaczej, ale też widać. Najlepiej chyba w bezsensownym, ale widocznym zapi***olu, od którego zbyt wielu z nas się uzależniło. Co ciekawe cała opowieść, która pozwala zapędzić nas w kierat, żeby później móc sprzedawać nam niepotrzebne rzeczy, jest bardzo prosta. Sprowadzona do jednego zdania brzmi mniej więcej tak: Jeżeli nie masz czegoś, czego pragniesz, to coś z pewnością czyni cię nieszczęśliwym. A jak tak, to najlepszą metodą, by zyskać szczęście jest kupienie tego. Można ją także odwrócić i opowiedzieć tak: Jeżeli jesteś nieszczęśliwy, to z pewnością dlatego, że czegoś ci brakuje. Jeżeli to kupisz, to będziesz szczęśliwym człowiekiem.

Problem z tą opowieścią jest tylko jeden. Jest bzdurą.

Do szczęścia nie trzeba dużo, tylko dość

O ile bowiem brak środków do życia rzeczywiście powoduje lęk i sytuację życiową, w której trudno być szczęśliwym, to posiadanie ich w nadmiarze szczęścia nie zapewnia. Od bardzo wielu stuleci przekonują o tym wytrawni znawcy ludzkiej natury oraz filozofowie, którzy na badanie natury człowieka oraz refleksję nad istotą szczęścia strawili życie. Na przykład Chińczycy mają takie bardzo mądre przysłowie, które brzmi: „Żeby być szczęśliwym trzeba albo dużo mieć, albo mało potrzebować.” Z czego wyciąga się wniosek taki, że skoro „dużo mieć” może być udziałem nielicznych, to lepszą metodą, by być człowiekiem w miarę szczęśliwym są rozsądne potrzeby.

Do podobnych wniosków doszli też zresztą filozofowie buddyjscy, którzy od 2,5 tys. lat poświęcają się refleksji nad naturą szczęścia i za każdym razem dochodzą do tych samych wniosków: szczęście odnajduje się nie w tym, że się ma, ale w tym, że nie chce się mieć. Co w nieco łagodniejszej wersji można opowiedzieć, mówiąc, że rzecz w tym, by nie chcieć dużo więcej niż ma się w danej chwili.

Nie ma jednak potrzeby, by zostawać w Azji i przy filozofii, która jest u nas kojarzona z New Age. Podobny sposób myślenia da się bowiem odnaleźć w każdej kulturze, a także w bardzo wielu religiach na całym świecie. W Europie także nie brakowało mądrych ludzi, którzy doszli do takiego wniosku. Najważniejszymi z nich są zapewne stoicy, którzy już 2 tys. lat temu kładli podwaliny pod europejską kulturę, a których filozofia wraca ostatnio do łask. Wraca, bo jest doskonałą i bardzo mądrą odpowiedzią na wszechobecny konsumpcjonizm. Czytając ich zresztą i porównując z zalewem bzdur, w którym żyjemy ostatnio, łatwo dojść do wniosku, że wszystko co ważne powiedziano o ludzkiej naturze już setki lat temu. A nowoczesność to już tylko szum informacyjny.

Szczęście, mówili stoicy, nie tkwi w posiadaniu. Gonitwa za niepotrzebnymi rzeczami jest pewną metodą, by stracić spokój umysłu – tymczasem to on, nie rzeczy, jest najważniejszym źródłem szczęścia. Seneka zwracał na przykład uwagę, że mieć wszystko, czego się pragnie, nie leży w możliwościach żadnego człowieka. Za to każdy człowiek ma władzę pozwalającą na to, by przestać pragnąć tego, czego nie ma, ale radośnie przyjmować to, co do niego przychodzi. Przy czym, to sprawa bardzo ważna, nie chodzi tutaj o jakieś dramatyczne wyrzeczenia w stylu średniowiecznego chrześcijaństwa. Stoicy nie byli bowiem zwolennikami umartwiania, choć zdarzało im się demonstrować swój brak przywiązania do rzeczy materialnych. Tak jak Katonowi, który na co dzień przyzwyczajony do purpury rzymski Senat odwiedzał w prostych ubraniach, a nawet bez butów, co jednak nie przeszkadzało w tym, że z dużą uwagą słuchano tego, co ma do powiedzenia.

Filozofią stoików był umiar i rozsądek. Było nią docenianie rzeczy prostych, ale ważnych. Prostego jedzenia, prostych przyjemności, prostych i prawdziwych relacji z ludźmi, panowania nad pożądaniami, które kierują człowieka na manowce. Prostotę cenili tak bardzo, że żałowali tych, którzy dali się ponieść konsumpcji i kupując kolejne niepotrzebne rzeczy, uzależniali się od zbędnego luksusu. Żałowali, bo patrząc na nich widzieli nie to, co ludzie obnoszący się z tym, że cieszy ich tylko najlepsze i najdroższe, zyskują, ale to co tracą. A tracą – pisali – zdolność czerpania radości z tego co najprostsze i najłatwiej dostępne, a więc też w życiu spotykane najczęściej.

Psychologia szczęścia

Jeżeli ktoś nie ma w poważaniu starożytnych filozofów, to warto jeszcze wspomnieć, że współczesna psychologia dość przekonująco dowiodła, że były to intuicje słuszne. Pokazuje bowiem, że o ile posiadanie zbyt mało, powoduje, że człowiek staje się nieszczęśliwy, to do szczęścia nie trzeba dużo, ale po prostu dość. A dość to przyzwoita wypłata, która daje jakie takie poczucie materialnego bezpieczeństwa i dostęp do rzeczy zapewniających podstawowy komfort.

Na przykład badania ludzi, którzy wygrali na loterii, jasno pokazują, że „szóstka w totka” daje sporo radości i krótkotrwałego poczucia szczęścia, ale to ostatnie nie utrzymuje się w długim okresie. Coraz więcej wskazuje na to, że jako ludzie mamy po prostu stały poziom odczuwanego szczęścia, który – przynajmniej w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb – dużo bardziej niż od okoliczności zewnętrznych, zależy do biochemii naszego mózgu. Ale też od tego, jak o nią dbamy i tego na przykład, czy damy się wpędzić w bezsensowny, ale widoczny zapierdol, który pozwala nam kupić kolejne rzeczy, których nie potrzebujemy. Czy pojedziemy odpocząć do lasu.

Król jest nagi

Wszystko to oznacza dokładnie tyle, że głośno wypowiedziane pytanie, czy naprawdę potrzebujemy nowego telewizora, kiedy stary jest jeszcze całkiem dobry, to najbardziej rewolucyjne zdanie współczesnego świata. Odpowiedź na to proste pytanie – ta brzmi przecież „nie” – równa się powiedzeniu, że „król jest nagi”, a obecny system społeczno-ekonomiczny pozbawiony sensu.

Moim zdaniem to właśnie w tym pytaniu, w przeciwstawieniu się bezsensownego konsumpcjonizmowi, tkwi siła idei opowiadanych przez nowe ruchy na rzecz obrony klimatu. Rzecz bowiem nawet nie w tym, że naciągamy granice planety [o tych przy innej okazji, bo istnienie „granic planety” to nie zielony bon mot, a udokumentowana teoria naukowa]. Rzecz w tym, że naciągamy je po to, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujemy, ale ktoś chce je sprzedać, żeby zarobić.

Przy okazji tracąc życie na bezsensowny, ale widoczny zapi**dol, który stał się świętością.

Podziel się:
Wesprzyj nas!

Ładowanie danych zbiórki...

Wesprzyj SmogLab!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o