Pozostałości po kopalni Polska w Świętochłowicach. Dwie unikatowe wieże kopalniane to jedyne co pozostało po działającej tu do 1995 roku kopalni. Można je zobaczyć z pociągu między stacjami Świętochłowice i Chorzów Batory.

Po lekturze raportu IBS: jeżeli to troska o górnicze etaty jest hamulcowym zmian w energetyce, to pora podnieść nogę z hamulca

Do nowego raportu Instytutu Badań Strukturalnych, którego tematem były skutki stopniowego odchodzenia od węgla dla polskiego rynku pracy, zabrałem się z kilkudniowym opóźnieniem. Dlatego z jego treścią zapoznałem się najpierw za pośrednictwem prasowych nagłówków donoszących, że jest mało optymistycznie. Czytając je pomyślałem to, co zwykle myśli się u nas w kontekście węgla, górnictwa i zmian w energetyce. Że odchodzenie od węgla, czytaj uzupełnianie miksu energetycznego o inne, w tym odnawialne źródła energii, skończy się katastrofą dla wielu tysięcy ludzi zatrudnionych w górnictwie i katastrofą dla regionu. Taki schemat myślenia jest u nas dość naturalny, bo przez lata słyszeliśmy go jak mantrę, więc zakorzenił się bardzo głęboko.

Później jednak przeczytałem raport. I okazało się, że da się w nim wyczytać zupełnie co innego, niż sugerowały prasowe nagłówki. Wniosek z zaprezentowanych danych może być bowiem taki, że sytuacja jest optymistyczna, a głęboko zakorzenione przekonanie, że nawet stopniowa i częściowa dekarbonizacja musi oznaczać problemy dla polskiej gospodarki oraz rynku pracy, jest błędne. Mało tego, sytuacja przy podjęciu kilku sensownych decyzji może stać się klasycznym „win – win”, w którym wygra kraj, bo zyska choć trochę energetycznego bezpieczeństwa i finansowy oddech oraz górnicy albo raczej ich dzieci, którzy zyskają dobrą pracę, o którą nie trzeba drżeć i walczyć pod Sejmem. Dzieci, bo tutaj pytaniem równie dobrym, a może lepszym niż to, o przyszłość tych, którzy dzisiaj fedrują w kopalniach, co jest pracą ciężką i godną szacunku, jest to, czy na pewno chcą oni, żeby ich dzieciaki robiły to samo. Coraz bardziej drżąc przy tym o zatrudnienie, bo węgiel – niezależnie zupełnie od tego, jak mocno zaklinamy rzeczywistość – będzie coraz mniej atrakcyjny.

Dwa wyzwania…

Zrobić można to całkiem łatwo. Łącząc dwa wyzwania, przed którymi stoi nasz kraj. Jednym, kluczowym dla bezpieczeństwa naszych portfeli i dostaw energii, jest zmiana miksu energetycznego. Co oznacza tyle, że teraz stoimy na jednej, węglowej, a więc kruszejącej nodze. Kruszejącej, bo wydobycie spada i paliwo musimy importować w coraz większych ilościach.

A do tego ceny emisji, które rosną i prawdopodobnie będą rosnąć, powodują, że jest to i raczej będzie paliwo coraz mniej opłacalne. Musimy więc stanąć przynajmniej na jeszcze jednej nodze, którą może być atom, ale może być też OZE, które ma pewną znaczącą przewagę, będącą jednocześnie jego największą wadą. Chodzi o to, że ten pierwszy wymaga gigantycznych inwestycji publicznych. Co równie dobrze jak wadą może być też zaletą. Zaletą, bo jest to coś, co zwykle zapewnia wielką sympatię i determinację ludzi, którzy mają takie inwestycje nadzorować. Nie od dziś wiadomo przecież – cytując mistrza Bareję – że prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na dużych inwestycjach.

Rozwój OZE takich nakładów nie wymaga, bo sektor da się w znacznym stopniu oprzeć o inwestycje prywatne. Pod warunkiem oczywiście, że zapewnieni się odpowiednie zachęty oraz zagwarantuje stałość prawa, które teraz zmienia się często i według nie do końca zrozumiałych kaprysów. Co utrudnia lub uniemożliwia rozwijanie firm. Oraz uzupełnienia pieniędzy prywatnych celowymi inwestycjami oraz dotacjami tam, gdzie sektor prywatny nie daje rady, a jest – na przykład społeczna – potrzeba rozwijania nowych źródeł energii. Normalnie to, że rzecz da się zrealizować poprzez zmiany w prawie i ograniczone inwestycje publiczne, byłoby zaletą, ale mam ostatnio wrażenie, że w Polsce jest to wada. Wada, bo prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na…

…ale jedno rozwiązanie

Wracając jednak do tego, co to ma wspólnego z czarną przyszłością górnictwa. Z raportu IBS wynika, że w 2015 roku zatrudnienie w sektorze wydobycia węgla kamiennego znajdowały 93 tys. osób. Prognoza – w przypadku realizacji zobowiązań z porozumienia paryskiego – jest taka, że w 2030 roku będą to 63 tys. osób, a w 2050 – 27 tys. osób. Realizacja zobowiązań to właśnie scenariusz, w którym zmieniamy skład miksu energetycznego i uzupełniamy go o źródła energii inne od węgla. W procentach ten spadek zatrudnienia wygląda imponująco. Jednak w liczbach bezwzględnych zdecydowanie nie. W pierwszych 12 latach chodzi o 2500 osób rocznie. 20 lat temu, kiedy szalało bezrobocie, mogłoby to być problemem. Teraz mówimy o gospodarce, która w ciągu dwóch lat przyjęła około miliona imigrantów.

Koniunktura może się oczywiście zmienić, na pewno nie poprawią jej wysokie ceny energii, ale sam IBS podkreśla, iż tylko naturalne odejścia z pracy sprowadziłyby zatrudnienie niżej. Oznacza to tyle, że cele porozumienia paryskiego możemy osiągnąć nie zwalniając z pracy nikogo. Oznacza też, że jeżeli hamulcowym transformacji energetycznej Polski, jest troska o etaty górników, to śmiało można podnieść nogę z hamulca. Nikt nie straci. Wszyscy zyskają. Pod warunkiem oczywiście, że zrobi się to ze społecznym wyczuciem.

Będzie o to tym łatwiej, że rozwiązanie nasuwa się samo.

IBS pisze, że górnicy mają zestaw umiejętności, który utrudnia przekwalifikowanie oraz wymagania finansowe powodujące, że często trudno je spełnić. I proponuje indywidualne podejście: „Taka indywidualna diagnoza pracowników umożliwiałaby przekwalifikowanie szyte na miarę, uwzględniające konkretne luki w umiejętnościach i rozwijające odpowiednie posiadane umiejętności.” Dodając jeszcze kilka sensownych rozwiązań i parę słów o wolontariacie oraz pracach na rzecz lokalnej społeczności. Te ostatnie brzmią oczywiście zacnie, ale sytuacja jest taka, że nie trzeba zajmować ludziom czasu pomysłami, które nasuwają na myśl rozwiązania proponowane dla Śląska dawno temu przez Leszka Balcerowicza. Tym bardziej, że te – jak być może pamiętacie – nie cieszyły się i nadal nie cieszą wśród górników wielkim zaufaniem. Choćby dlatego, że kiedy je proponowano, to do ludzi podchodzono z lekceważeniem, a nie szacunkiem.

Nie trzeba, bo da się sprawę rozwiązać systemowo i z pożytkiem dla wszystkich. Także dla kraju i regionu. Jest bowiem taka branża, gdzie płaci się dobrze, a górnicze umiejętności mogłyby łatwo znaleźć zastosowanie. To energetyka. Tyle tylko, że odnawialna. Nie ma żadnego powodu, by w opisanej powyżej sytuacji, w której zmieniamy skład naszego miksu energetycznego, nie zadbać o taki poziom inwestycji na Śląsku, który pozwoli zrobić wszystko bezboleśnie.

Skoro można wkładać miliardy w nowy blok węglowy w Ostrołęce, który przede wszystkim ma pomóc kilku politykom wygrać wybory, to kiedy może to pomóc znacznie większej grupie ludzi, można zainwestować setki milionów w śląskie OZE. Tym bardziej, że o dzisiejszym polskim rządzie można powiedzieć wiele złego, ale nie to, że boi się dużych projektów. A tutaj są do ugrania dwie pieczenie na jednym ogniu. Plus takiego rozwiązania byłby i taki, że gdyby społeczność skupiona wokół kopalń, znalazła wspólne zatrudnienie w energetyce, to mogłaby zachować kulturę górniczą, która nie ogranicza się do miejsca pracy i jest czymś wyjątkowym i ważnym dla regionu.

A o dwóch pieczeniach mówię dlatego, że generalnie doskonale wiadomo, iż trzeba zacząć zmieniać polski miks energetyczny.

Czy tego bowiem chcemy, czy nie chcemy, wszystko idzie w taką stronę, że węgiel będzie coraz bardziej obciążający dla gospodarki. Jego spalanie będzie prawdopodobnie drożeć, bo w górę będą szły ceny emisji, a mówi się przecież i o tzw. podatku węglowym. Do tego opieranie się tylko na nim i zwiększanie zużycia, będzie coraz bardziej ryzykowne, jak chodzi o bezpieczeństwo energetyczne. Jeżeli więc zachowamy dzisiejszy kurs, to najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że we wspomnianym już 2030 roku będziemy wybierać między zakupami energii elektrycznej np. w Niemczech lub importem węgla z Rosji.

Oddając tym samym potencjalnie polskie miejsca pracy Niemcom i Rosjanom.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest to perspektywa umiarkowanie optymistyczna.

New Climate Economy

Tym bardziej, że jest trzecia droga. Taka, w której energię produkujemy sami, pracę przy tym – i to dobrą – znajdują ludzie w Polsce, a jedyne co się zmienia i to stopniowo, to skład miksu energetycznego. I nie jest to żadne odkrywanie Ameryki. Ale proces, który da się zauważyć w paru miejscach na świecie, który postępuje i na przeprowadzenie którego jest spora presja, bo i przyszłe korzyści wydają się spore. Wyszedł niedawno taki raport, który nosi tytuł „New Climate Economy: Unlocking The Inclusive Growth Story od the 21st Century”. Więcej o nim jeszcze napiszę, na pewno z kilkudniowym opóźnieniem, ale tutaj zacytuję tylko króciutki fragment z podsumowania:

„Podjęcie ambitnych działań dla ochrony klimatu może wygenerować ponad 65 milionów nowych miejsc pracy do 2030 roku. To ekwiwalent łącznej siły roboczej Zjednoczonego Królestwa i Egiptu. A można także uniknąć ponad 700 tys. przedwczesnych zgonów spowodowanych przez zanieczyszczenie powietrza, kiedy porównać to z sytuacją, kiedy biznes prowadzimy jak zawsze.”

Co jest o tyle istotne, że mówi o jednej rzeczy, której my się boimy. Transformacja energetyczna, do której i tak w końcu dojdzie, to nie tyle koszt i zagrożenie, co szansa na zarobek. Prąd – obojętne czy z węgla, słońca, wody, czy wiatru – będzie niezmiennie potrzebny. Jeżeli nie będziemy go w stanie wyprodukować sami lub zrobimy to za drogo, będziemy musieli go kupić. Wtedy na jego produkcji zarobi ktoś inny. Jeżeli będziemy w stanie zrobić to u siebie, to my będziemy mogli zarobić.

A poza tym lód na Grenlandii stopi się trochę później.

Fot. Kris Duda/Flickr.

Dodaj komentarz