Pożary składowisk odpadów. Dlaczego płoną śmieci w całej Polsce?

– Brakuje miejsc zajmujących się utylizacją odpadów. W efekcie firmy, które je pozyskują, nie mają gdzie ich oddawać. Trzeba więc coś z tymi odpadami zrobić – najprościej jest wynająć halę, wypełnić ją po brzegi i poczekać na samozapłon albo samemu hałdy podpalić i problem się rozwiązuje – mówi dr Maciej Gliniak z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

Od początku roku spłonęło już ponad 70 składowisk odpadów. Co się dzieje?

Temat gospodarki odpadami, od którego musimy zacząć, jest bardzo skomplikowany. Najpierw musimy odpowiedzieć na pytanie, czym jest składowisko.

W takim razie – czym jest składowisko?

Europejska dyrektywa odpadowa z 2008 roku narzuciła na kraje członkowskie ujednolicone przepisy w zakresie gospodarowania nimi. Od 2013 roku Polska także stopniowo się do nich dostosowuje. W tych przepisach istnieje pojęcie instalacji – są to zakłady, które zajmują się przetwarzaniem i unieszkodliwianiem odpadów. Działają w stu procentach legalnie i są określane typem 1. To są właśnie składowiska. Są jeszcze zakłady, które my nazywamy typem 2, czyli przedsiębiorstwa, które mają pozwolenie na zbieranie i przewożenie odpadów – ale nie na ich przetwarzanie. Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem, każda firma może przechowywać zgromadzone odpady przez dwa lata od daty ich zebrania. Po tym okresie ma obowiązek przekazać je do unieszkodliwienia. Jeśli po tych dwóch latach odpady nie zostaną zutylizowane i nadal będą zalegać w tym samym miejscu, staje się ono składowiskiem. Jeżeli składowisko powstało i funkcjonuje bez odpowiednich decyzji środowiskowych, właścicielowi grozi kara grzywny albo nawet pozbawieniem wolności. I tu docieramy do kwestii pożarów – wydaje mi się, że możemy mieć do czynienia z tego rodzaju zakładami. Mijają dwa lata, jest problem z przetwarzaniem odpadów, więc najprościej jest je spalić.

A problem z przetwarzaniem pojawił się bo…

Bo zmieniło się prawo. Do 2013 roku bez problemu można było oddawać odpady do spalarni, cementowani, hut, zakładów energetyki zawodowej. Przepisy dotyczące gospodarki odpadami zaczęły się zmieniać – mieszkańcy odczuli to m.in. przez wprowadzenie obowiązkowej segregacji odpadów. Z czasem i w następstwie tych przepisów elektrownie, choć mają techniczne możliwości, przestały przyjmować odpady, a cementowanie wprowadziły opłatę za ich przyjęcie. Opłata za przyjęcie odpadów corocznie rośnie, bo rosną kwoty, które takie zakłady muszą zapłacić za wypuszczanie gazów i pyłów do atmosfery. Zaczęło brakować miejsc zajmujących się utylizacją odpadów. W efekcie firmy, które je pozyskują, nie mają gdzie ich oddawać. Trzeba więc coś z tymi odpadami zrobić – najprościej jest wynająć halę, wypełnić ją po brzegi i poczekać na samozapłon albo samemu hałdy podpalić i problem się rozwiązuje. A formalnie właściciel nie ma na to wpływu, że jego zakład spłonął. Problem ma straż pożarna, która jest zobowiązana do uporządkowania terenu – a w Polsce nie ma wielu punktów, gdzie przyjmuje się nadpalone odpady. Szacuje się, że koszt ich utylizacji jest pięciokrotnie wyższy niż utylizacja „zwykłych” odpadów.

Ale te wszystkie pożary nie mogą być przypadkowe. To byłby zbyt duży zbieg okoliczności.

Być może, ale trudno tu cokolwiek komukolwiek udowodnić. Z punktu widzenia przepisów BHP i  przeciwpożarowych, pożar składowiska jest uważany za przypadek lub nieumyślne spowodowanie wypadku. Trudno jest wskazać winnego, szczególnie kiedy mówimy o odpadach komunalnych. Niektóre typy odpadów mają tendencje do tego, że mogą się samoistnie mocno nagrzewać i po przekroczeniu temperatury 85-90 stopni tworzywa sztuczne zaczynają mięknąć. A stąd już niedaleka droga do samozapłonu. Odpady mają taką cechę, że są materiałem luźnym, więc taka hałda zachowuje się jak komin i powietrze zasysane od dołu podsyca ogień. Inna sprawa – kiedy zakład się pali, jego właścicieli nie ma już zazwyczaj w Polsce. Ukaranie jest wręcz niemożliwe. Nie da się również sprawdzić, w którym miejscy doszło do zapłonu, bo jeśli już do niego dochodzi, płonie cała hala. Zazwyczaj na terenie zakładu nie ma monitoringu. Co więcej, takie zakłady są najczęściej na uboczu, więc nie tylko nie możemy ustalić nic z nagrań, ale także nie ma świadków. Dlatego tak trudno jest określić, czy pożary to działalność typu mafijnego czy zmowa przedsiębiorstw. Brakuje dowodów.

Według danych Ministerstwa Środowiska w zeszłym roku spłonęło 37 składowisk. Tymczasem mamy czerwiec i już się mówi o 70 pożarach w tym roku. Co się zmieniło?

Po pierwsze problem pożarów w tym roku jest wyjątkowo nagłaśniany. Czy w zeszłym roku faktycznie było ich tak mało? To trudno stwierdzić, bo dane podawane przez Ministerstwo Środowiska często są zaokrąglone albo niedoszacowane. Wystarczy, że dostaną zgłoszenie o pożarze hali, bez precyzowania, czy była wypełniona odpadami czy nie, i kwalifikują to jako pożar budynku a nie składowiska. Ale generalnie liczba podpaleń rośnie od czasu wprowadzenia nowych przepisów, kiedy mijają dwa lata od wydania pozwoleń i zakład się musi pozbyć odpadów. A miejsc utylizacji albo brakuje, albo koszt tej utylizacji jest tak wysoki, że to się zakładom przestaje opłacać.

Zmiany w przepisach by pomogły?

Przepisy są dobre. Nasze prawo odpadowe jest stosunkowo spójne. Jedyna rzecz, która wymagałaby uściślenia i myślę, że Ministerstwo Środowiska sobie z tego zdaje sprawę, to katalog odpadów, czyli ich podział na grupy, podgrupy i rodzaje. Obecnie kod odpadu nadaje wytwórca i w efekcie zdarzają się sytuacje, że w obrębie jednego kodu mamy kilka różnych odpadów. To ma również wpływ na późniejsze zagospodarowanie tych odpadów, dlatego jest to tak ważne w kontekście tematu, o którym rozmawiamy. Problemem jest również to, że brakuje obiektów, w których termicznie przetwarza się odpady – jak w krakowskiej Ekospalarni. Jednocześnie, jak już mówiłem wcześniej, koszty przyjęcia odpadów do spalarni rosną i jednocześnie rosną nasze, mieszkańców, koszty odbierania odpadów. A przecież nie można obywateli w nieskończoność obciążać dodatkowymi opłatami. Ja myślę, że trzeba by było nakłonić zakłady energetyczne, aby rozważyły powrót do spalania odpadów.

Przy okazji pożarów składowisk mówi się także często o tym, że do Polski przyjeżdżają odpady z całej Europy Zachodniej. Przez to mamy ich tak dużo i rodzi się problem. Dlaczego trafiają do nas, a nie do Bułgarii, Rumunii, czy któregokolwiek innego kraju?

Nasz kraj  nie odbiega od krajów Zachodu, jeśli chodzi o przepisy, ale relatywnie najłatwiej jest dostać pozwolenie na obrót międzynarodowy odpadami. Przywożenie odpadów do Polski z różnych krajów ma swój uzasadniony efekt ekonomiczny – przedsiębiorstwo, które dostarcza odpady musi zapłacić polskiemu zakładowi za ich przyjęcie. To zysk. Problem pojawia się, jeśli polska firma myśli chciwie i chce przyjąć jak najwięcej odpadów. Wydaje jej się, że przyjmie kilkaset ton, zarobi, a później łatwo je zutylizuje. A okazuje się, że trudno znaleźć spalarnię i robi się problem. Tu nie chodzi o to, że te transporty są nielegalne czy niezgodne z przepisami. Żeby coś przywieźć do Polski, trzeba mieć stosowne pozwolenia. Polskim przedsiębiorstwom nie opłaca się oszukiwać, bo jeśli coś będzie nie tak, to zapłacą karę, a właściciel odpadów poniesie konsekwencje w kraju, z którego pochodziły odpady – a więc zachodnią, wysoką stawkę. A dlaczego odpady nie trafiają do Bułgarii, Rumunii czy Serbii? Bo tam w zasadzie nie ma przemysłu. Te kraje borykają się z problemem zagospodarowania własnych odpadów, nie poradziłyby sobie z utylizowaniem jeszcze tych zagranicznych.

A dlaczego Francja czy Niemcy nie mogą składować i utylizować swoich odpadów w swoich krajach?

Mogą, ale przywiezienie ich do Polski  wynika z dobrej woli obu stron. U nas te koszty są o wiele niższe niż na zachodzie, nawet jeśli doliczy się transport. To powoduje atrakcyjność naszego kraju.

I wszyscy są zadowoleni, bo Polak na takiej transakcji zarobi…

… a Francuz czy Niemiec zaoszczędzi. Chociaż to zjawisko już trochę hamuje, bo coraz większa ilość opłat w Polsce powoduje wzrost cen zagospodarowania odpadów i koszty powoli dorównują tym z zachodu. Obecnie zakłady przyjmują odpady dostając np. 240 zł za tonę. 70 zł z tego idzie na pokrycie opłaty marszałkowskiej, czyli pewnego rodzaju daniny, jaką zakład płaci urzędowi za prowadzenie swojej działalności. Kolejne 70 to koszt zagospodarowania odpadu, zważenie samochodu, zdeponowanie odpadów na składowisku i ich zabezpieczenie. Zostaje 100 zł na utrzymanie pracowników, infrastrukturę, badania środowiskowe i rekultywację terenu. Jak to podliczymy sobie, z 240 nie zostaje nic, a nawet zaczyna brakować. Mówi się, że opłata marszałkowska ma wzrosnąć do nawet 240 zł. Jeśli tak się stanie, to cena przyjęcia tony będzie musiała wzrosnąć. Jednocześnie będzie tak wysoka, że mało kto zapłaci, więc wrócimy do dzikich wysypisk, które dziś są pieśnią przeszłości i pojawiają się sporadycznie w naszym otoczeniu. Po prostu nikogo nie będzie stać na oddawanie odpadów i prowadzenie składowiska. Wtedy zaczną się jeszcze większe problemy niż te, które mamy dziś.

Dr Maciej Gliniak – kierownik Laboratorium Fizyko-Chemicznych i Mikrobiologicznych Analiz Odpadów
w Instytucie Inżynierii Rolniczej i Informatyki (Uniwersytet Rolniczy, Kraków).

Fot. United Nations Photo/Flickr.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o