Jaki ślad węglowy ma pojedynczy e-mail, sms i wyszukiwanie w Google? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

47
0
Podziel się:
data center

Jaki ślad węglowy ma szklanka wody, a jaki ta sama woda, tylko kupiona w plastikowej butelce? Co oznacza dla planety nasz lot z Londynu do Hongkongu i z powrotem? Jak wiele dwutlenku węgla zostałoby pochłonięte, gdyby każdy zasadził las wielkości czterech kortów tenisowych? Brytyjski badacz i aktywista klimatyczny, Mike Berners-Lee, w książce „Sorry. Taki mamy ślad węglowy” pomaga zrozumieć, jak nasze codzienne działania wpływają na zmianę klimatu.

Poniżej publikujemy wybrane fragmenty książki, w tłumaczeniu Aleksandry Czwojdrak związane z emisjami generowanymi przez nas podczas korzystania z dobrodziejstw najnowszych technologii.

E-mail

  • 0,03 g CO2 (ekwiwalentu dwutlenku węgla – dalej „CO2 e”) spam wychwycony przez filtry
  • 0,2 g CO2 e krótki e-mail z telefonu na telefon
  • 0,3 g CO2 e krótki e-mail z laptopa na laptop
  • 17 g CO2 e długi e-mail, którego napisanie zajmuje 10 min., a przeczytanie 3 min., wysłany z laptopa na laptop
  • 26 g CO2 e e-mail, którego napisanie zajmuje 10 min., wysłany do 100 osób, z których 99 po 3 sek. uświadamia sobie, że należy go zignorować, a jedna osoba go przeczyta

Nasz przeciętny ruch e-mailowy odpowiada przejechaniu niewielkim samochodem na benzynę odległości od 16 do 206 km.

Ślad węglowy e-maila wynika z energii elektrycznej potrzebnej do funkcjonowania urządzeń na każdym etapie tego procesu – urządzenia, na którym wiadomość jest pisana, sieci, która ją wysyła, centrum danych, gdzie jest ona przechowywana, wreszcie urządzenia, na którym ją odczytujemy. Najważniejszymi czynnikami są urządzenia końcowe po obu stronach, nawet jeśli wysyłamy duże załączniki. Jak widać na wykresie poniżej, emisje wbudowane w smartfonie odpowiadają za 84 proc. śladu węglowego krótkiego e-maila. Procent byłby wyższy w przypadku laptopa, a jeszcze wyższy przy komputerze stacjonarnym.

W 2019 roku 3,9 mld globalnych użytkowników poczty elektronicznej wysyłało codziennie 294 mld e-maili, z czego 55 proc. stanowił spam. A zatem przeciętny użytkownik poczty elektronicznej otrzymywał codziennie 75 e-maili (z których 41 było spamem). Jeśli otrzymywaliśmy taką liczbę wiadomości, przy założeniu, że napisanie każdej wiadomości niebędącej spamem zajęło nadawcy jedynie 10 sek., a nam przeczytanie jej zaledwie 5 sek., to ślad węglowy pisania, wysyłania i czytania e-maili wyniósłby ok. 3 kg CO2 e rocznie, czyli globalnie 12 mln t CO2 e. Jeśli natomiast były to e-maile bardziej absorbujące, wymagające 3 min., aby je napisać, i całej minuty, aby je przeczytać, oznaczałoby to 37 kg rocznie, a w skali globalnej 150 mln t. Poczta elektroniczna musiałaby wówczas stanowić ok. 0,3 proc. światowego śladu węglowego. Na szczęście tak nie jest.

Wykres z książki „Sorry, taki mamy ślad węglowy”

Choć większość otrzymywanych przez nas e-maili to spam, wiadomości te stanowią zaledwie ok. 2 proc. całkowitego śladu węglowego naszej poczty elektronicznej, ponieważ – choć są uciążliwe – prędko się z nimi rozprawiamy. Większości nawet wcale nie oglądamy, jeśli mamy zainstalowane porządne filtry. Autentyczna wiadomość w poczcie elektronicznej ma większy ślad węglowy z tego prostego powodu, że jest bardziej czasochłonna. Jeśli więc należymy do tej grupy osób, które bez potrzeby, lecz dla świętego spokoju, wklejają do e-maili adresy wielu osób, to ślad węglowy jest kolejnym dobrym powodem, aby zaprzestać tych praktyk. Po jakimś czasie być może przekonamy się też, że koledzy w biurze spoglądają na nas jakby z nieco większą sympatią.

Podatek od „dziękuję”

Długi e-mail wysłany z laptopa generuje 1/20 śladu węglowego tradycyjnego listu, wydaje się to więc oszczędnością na emisjach – pod warunkiem że nie wysyłamy 30 razy tyle e-maili co dawniej listów. Mnóstwo osób tak właśnie postępuje, a do tego od czasu do czasu nie stroni też od wysyłania zwykłych listów. To dobry przykład efektu odbicia – tego, jak bardziej wydajna technologia często prowadzi do jeszcze wyższych emisji, ponieważ nasza konsumpcja na ogół rośnie jeszcze szybciej niż poprawa efektywności.

Skoro trwają wielkie poszukiwania sposobów poprawy jakości naszego życia przy jednoczesnym ograniczeniu emisyjności, to spam i zbędne e-maile zajmują na pewno wysoką pozycję na czarnej liście, podobnie jak staromodne papierowe materiały reklamowe zapychające tradycyjne skrzynki na listy. W roku 2019 firma Ovo Energy przeprowadziła kampanię informacyjną, mającą przekonać ludzi do niewysyłania zbędnych e-maili z samym podziękowaniem. Wspierałem tę kampanię jako świetny sposób na rozpoczęcie szerszej dyskusji o stanie zagrożenia klimatycznego i uświadomienie ludziom, że wszystko generuje emisje i że rezygnacja z tego, co zbędne w naszym życiu, przynosi wiele korzyści. Oczywiście emisje, jakich możemy sobie zaoszczędzić, rezygnując z najkrótszych e-maili, wydają się nieistotne statystycznie, jednakże niekiedy samo powiedzenie komuś krótkiego „dziękuję” nabiera niezwykłej wagi!

Gdybyż tylko e-maile opodatkowano! Nawet jeden pens (ok. 5-6 groszy) od jednej wiadomości niewątpliwie położyłby kres większości spamu. Zebrane w ten sposób środki mogłyby zostać przeznaczone na zwalczanie ubóstwa albo choćby na energię odnawialną. Globalny ślad węglowy spadłby o 2,4 mln t, przeciętny użytkownik internetu zyskałby codziennie parę minut, a przy okazji powstałby fundusz o rocznych przychodach 480 mld funtów. Gdyby jeden pens zdołał nas skłonić do większej dyscypliny w użytkowaniu poczty elektronicznej i ograniczenia liczby wysyłanych e-maili być może o połowę, to fundusz na zwalczanie ubóstwa zmniejszyłby się wprawdzie o połowę, lecz znacznie poprawiłaby się jakość naszego życia. A oszczędność na emisjach – choć niewielka – stanowiłaby dodatkowy bonus.

Pojedyncze wyszukiwanie w Google

  • 0,5 g CO2 e jedno proste wyszukiwanie
  • 5,6 g CO2 e 5 min. surfowania w sieci na smartfonie
  • 8,2 g CO2 e 5 min. surfowania w sieci na laptopie

Dobrze być dobrze poinformowanym.

Na podstawie oszacowanej przez Google wielkości energii zużywanej po ich stronie (oraz po dodaniu co nieco za nasz telefon bądź komputer i za sieć) ustaliłem, że jedno proste wyszukiwanie to ok. 3 sek. z 5-tonowego śladu węglowego, a 5-minutowe przeglądanie sieci na laptopie to ok. 50 sek.

Wyszedłem od szacunkowych danych Google za rok 2009, które wynosiły 0,2 g CO2 e za energię elektryczną zużywaną po ich stronie, gdy wykonujemy pojedyncze wyszukiwanie, i przyjąłem, że ich wydajność wzrosła od tamtego czasu dwukrotnie. Dodałem 30 sek. na korzystanie ze smartfona – gdy rozpoczynamy wyszukiwanie, czekamy na wynik i przeglądamy go w poszukiwaniu pożądanych informacji – co objęło zużytą energię i emisje wbudowane. Sieć (przy założeniu, że korzystamy z danych komórkowych) dorzuca kolejne 0,4 g, co daje łącznie 0,5 g. Szacując wartość maksymalną, przyjąłem, że korzystam ze stosunkowo wydajnego laptopa, zużywającego więcej energii niż telefon oraz (co ważniejsze) mającego znacznie większy ślad węglowy wbudowany w jego produkcję. Prawie 1/4 wyszukiwania na laptopie to udział Wi-Fi.

Okładka książki „Sorry, taki mamy ślad węglowy”

Poszukując informacji o śladzie węglowym korzystania z wyszukiwarek internetowych, przekonamy się, że na blogach i w różnych artykułach podaje się odmienne wartości oparte na rozmaitych założeniach. Badacze nie zawsze są co do nich zgodni, lecz liczby w tym przypadku powinny się mieścić w odpowiednim przedziale.

Szacuje się, że Google musi się każdego dnia uporać z 3,5 mld wyszukiwań (wzrost z poziomu 200–500 mln w 2010 r.). Jeśli trzymamy się wielkości śladu węglowego pojedynczego wyszukiwania na smartfonie przy wykorzystaniu danych komórkowych, to wyszukiwanie w Google odpowiada za blisko 630 tys. t CO2 e rocznie. Liczba wydaje się ogromna, lecz to niespełna 0,0001 proc. śladu węglowego ludzkości. Prawdopodobnie nie powinniśmy się tym zamartwiać. Za to czytanie tego, co wyszukaliśmy, jest znacznie bardziej cieplarniorodne.

Esemes

  • 0,8 g CO2 e pojedynczy esemes

Esemes to nic wielkiego – globalna suma 9,5 bln esemesów odpowiada zaledwie za 0,01% globalnych emisji.


Na całym świecie wysyła się rocznie ok. 9,5 bln wiadomości tekstowych. Najoczywistszą składową śladu węglowego esemesa jest energia zużywana przez nasz telefon, gdy piszemy, i przez telefon adresata, gdy odczytuje, co napisaliśmy. Jeśli przyjmiemy, że napisanie i odczytanie wiadomości trwa łącznie 1 min. oraz że obie strony mają telefony pochłaniające 2 W energii podczas korzystania z nich, to ślad węglowy wykorzystanej energii elektrycznej wyniesie ok. 1/50 g. Lecz to zaledwie 2 proc. całej historii. Również i tu główną składową śladu węglowego są emisje wbudowane w same telefony oraz fakt, że przy każdym korzystaniu z nich odrobinę je zużywamy. Transmisja esemesa liczącego 140 znaków za pośrednictwem sieci okazuje się znikoma – ok. 0,001 g.

Przeciętny brytyjski użytkownik telefonu komórkowego wysyła każdego dnia 2,5 esemesa, cała zaś Wielka Brytania – 74 mld wiadomości tekstowych rocznie, z kolei przeciętny dorosły Amerykanin wysyła 15 esemesów dziennie. Poza tym coraz częściej przechodzimy na wysyłanie wiadomości online za pomocą takich aplikacji, jak WhatsApp, Facebook Messenger czy WeChat, o bardzo podobnych śladach węglowych do esemesów, acz ślad węglowy sieci internetowej jest nieznacznie większy. Ogólnie jednak one również sprowadzają się do 0,8 g na jedną wiadomość, jeśli zarówno napisanie, jak i przeczytanie wiadomości zajmuje 30 sek.

A gdy zsumujemy to wszystko? Otrzymamy globalny ślad węglowy o wielkości 7 mln t. Robi wrażenie, lecz tak naprawdę to jedynie nieco ponad 0,01 proc. światowego śladu węglowego. Innymi słowy, esemesy nie mają większego wpływu.

Korzystanie ze smartfona

  • 63 kg CO2 e rocznie, jeśli korzystamy ze smartfona przez godzinę dziennie
  • 69 kg CO2 e przy typowym użytkowaniu 195 min. dziennie przez cały rok
  • 86 kg CO2 e rocznie, jeśli korzystamy ze smartfona przez 10 godzin dziennie
  • 690 mln t CO2 e globalne korzystanie z telefonów komórkowych

Typowe wykorzystanie telefonu komórkowego do połączeń z internetem emituje 1 g CO2 e/min., mniej więcej tyle samo, co wielki haust piwa co godzina.

Telefony komórkowe odpowiadają za mniej więcej 1 proc. globalnych emisji, jednak – nie wiadomo, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie – zazwyczaj zajmują nam 20 proc. naszego czasu (nie licząc snu). Podane tutaj liczby obejmują zużywaną przez nie energię elektryczną, ich wytworzenie oraz sieci i centra danych, z którymi się łączą.

Zdecydowana większość emisyjności smartfona wiąże się z jego produkcją i transportem do użytkownika, a zwłaszcza z cennymi metalami i pierwiastkami ziem rzadkich, które trzeba wydobywać w kopalniach, aby możliwa była produkcja procesora i płyty głównej, oraz z tym że ludzie często wymieniają telefon na nowy dużo wcześniej niż to konieczne. Potrzeba by aż 34 lat przeciętnego użytkowania, aby ślad węglowy zużywanej przez nas energii elektrycznej dorównał śladowi węglowemu samego telefonu. Jeśli więc zatrzymamy telefon przez okres dwa razy dłuższy, jego całkowity roczny ślad węglowy zmniejszy się prawie o połowę.

W Apple przeprowadza się szczegółowe środowiskowe oceny cyklu życia produktów pod względem ich emisyjności. Oszacowano, że emisje wynikające z produkcji i transportu iPhone’a 11 wynoszą 63 kg CO2 e. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, podejście stosowane przez Apple ma paskudną wadę „przeciekania”, pomijania drobin śladu węglowego. Ślad węglowy telefonu (bądź komputera) wynika ze skomplikowanego ogółu czynności, poczynając od wydobycia minerałów. Za każdym komponentem kryje się cały cykl życia złożony z procesów prawie niemożliwych do precyzyjnego przedstawienia. Niektóre procesy będziemy musieli pominąć dla uproszczenia obliczeń, czego skutkiem będą braki w naszych obliczeniach śladu węglowego, zwane błędem zaokrąglenia. W podanych przeze mnie wartościach ten błąd zaokrąglenia został skorygowany, szacuję jego wielkość na poziomie 40 proc. emisji wbudowanych.

Skorygowany w ten sposób wbudowany ślad węglowy iPhone’a 11 wynosi 105 kg CO2 e, co daje 35 kg rocznie, jeśli będziemy użytkować telefon przez 3 lata, bądź 52,5 kg, jeśli jak większość ludzi wyrzucimy go po dwóch latach. Natomiast korzystanie z jednego iPhone’a przez 10 lat zmniejszyłoby jego wbudowany ślad węglowy do 10,5 kg rocznie. Po uwzględnieniu zużycia energii (96 kg CO2 e) oraz transmisji danych (30 kg CO2 e) otrzymujemy ostateczną wartość 137 kg w ciągu 2 lat bądź 69 kg w ciągu roku.

W roku 2020 użytkowanych było 7,7 mld telefonów komórkowych o całkowitym śladzie węglowym ok. 580 mln t CO2 e, co stanowi w przybliżeniu 1 proc. globalnych emisji. Liczba ta będzie prawdopodobnie rosnąć, ponieważ dziś wciąż kilka miliardów osób nie ma smartfona.

Wykres z książki „Sorry, taki mamy ślad węglowy”

Jeśli chcemy redukować ślad węglowy naszych nawyków komunikacyjnych, to esemesy są rozwiązaniem nieznacznie mniej emisyjnym, a rozmowy przez telefon mają nieco mniejszy ślad węglowy niż rozmowy przez internet, ponieważ sieci komórkowe zużywają mniej energii. Lecz różnice są stosunkowo nieduże.

Jeśli chcemy mieć realny wpływ na emisyjność, kupmy telefon używany i użytkujmy go jak najdłużej. Jeśli chcemy wymienić telefon na nowy, mimo że dotychczasowy wciąż nadaje się do użytku, podarujmy go komuś albo oddajmy do sklepu jakiejś organizacji pozarządowej (organizacja Oxfam przyjmuje wszystkie telefony komórkowe i tablety). Zanieśmy wszystkie nieprzydatne rzeczy do punktu zbiórki surowców wtórnych albo zapytajmy jakąś organizację charytatywną, czy nie będą jej przydatne.

Chmura i globalne centra danych

  • 160 mln t CO2 e (2020 r.)

Centra danych zużywają ok. 1 proc. globalnej energii elektrycznej oraz 0,25 proc. jej śladu węglowego.

Centra danych to budynki wypakowane od góry do dołu komputerami umożliwiającymi trwanie naszej ery informacji. Przechowują one chmurę wraz ze wszystkimi jej stronami internetowymi, bazami danych, aplikacjami, zdjęciami, treścią wideo i innymi plikami. Jak można się spodziewać, zużywają mnóstwo energii elektrycznej (zarówno do funkcjonowania urządzeń, które się w nich mieszczą, jak i do ich chłodzenia za pomocą klimatyzacji), ponieważ zaś ludzie korzystają z coraz większej ilości treści cyfrowych, znaczny już w tej chwili ślad węglowy centrów danych nie przestaje rosnąć.

Dziesięć lat temu, gdy pisałem tekst do pierwszego wydania tej książki, oszacowałem emisyjność centrów danych na 130 mln t CO2 e i oceniłem, że przy uwzględnieniu ówczesnych tendencji wzrostowych wartość ta w ciągu dekady przynajmniej się podwoi. W rzeczywistości ślad węglowy wzrósł o niespełna 1/4, ponieważ wzrost korzystania z tych usług tylko nieznacznie prześcignął poprawę ich efektywności oraz wykorzystanie odnawialnych źródeł energii elektrycznej. Przewiduję, że wobec braku globalnych ograniczeń emisyjności tendencja ta będzie się utrzymywać.

Tymczasem warto zauważyć, że ślad węglowy Wielkiej Brytanii odpowiadający wydawnictwom drukowanym wynosi ok. 1 proc. Bezpośrednie porównywanie jest skomplikowane, można by jednak oczekiwać, że w miarę wypierania druku przez informację cyfrową emisyjność będzie spadać. Tak się jednak dziać nie musi, a to wskutek tak zwanego efektu odbicia – koncepcji, według której jeśli coś (w tym przypadku dane cyfrowe) staje się tańsze i bardziej efektywne pod względem emisji, to robimy tego coraz więcej. Tak właśnie może się dziać z danymi. Nie tylko niesamowicie szybko rośnie ich globalna ilość, ale i rosną nasze oczekiwania, aby móc je sobie błyskawicznie przeglądać. Robimy, wysyłamy i przechowujemy mnóstwo zdjęć i wideo o wysokiej rozdzielczości, prawie się nad tym nie zastanawiając, streamujemy treści wideo, ilekroć taka myśl przyjdzie nam do głowy. A w miejsce księgarni,do których w godzinach szczytu ustawiały się kolejki klientów, pojawił się Amazon, spełniający nasze oczekiwania dzięki przepustowości swojego centrum danych, tak że w dowolnym czasie możemy przeglądać w okamgnieniu materiały publikowane na całym świecie.

Oczywiście jeśli postawimy na informację cyfrową, nie wyrzekając się jednocześnie papieru, i będziemy pobierać pliki tylko po to, żeby je potem wydrukować, to skończymy w najbardziej wysokoemisyjnym ze światów. Świat cyfrowy zrobił wyłom w świecie papierowym, ale go całkiem nie zastąpił.
Centra danych to tylko jeden składnik śladu węglowego świata cyfrowego.

Źródło:

„Sorry. Taki mamy ślad węglowy”, Mike Berners-Lee, tłum. Aleksandra Czwojdrak, Wydawnictwo Dolnośląskie

Zdjęcie: Shutterstock/mkfilm

Podziel się: