Strażak wspomina powódź: „Krzyczał na mnie polityk. Nie jesteś tu od rządzenia” [WYWIAD]

80
0
Podziel się:

Zmiany przez dwa miesiące trwały po 24 godziny. Woda wypłukiwała kanalizację i kontakt z nią był bardzo niebezpieczny. Wokół pomagających ludzi próbowali kręcić się politycy. Nie można było za to narzekać na pomoc i gesty sympatii ze strony mieszkańców Wrocławia. To strażacy sprawili, że powódź w 1997 roku miała łagodniejsze skutki.

Emerytowany strażak, pan Andrzej J., który walczył wtedy o miasto na pierwszej linii frontu, opowiedział SmogLabowi, co robili strażacy, gdy powódź dotarła do Wrocławia. Pan Andrzej podkreśla, że pracy było bardzo dużo, ale nie brakowało chętnych do pomocy. Miasto uratowało ogromne zaangażowanie służb oraz samych mieszkańców Wrocławia. Opowiedział nam, z czym musieli się wtedy zmierzyć strażacy.

Klaudia Urban: Proszę opowiedzieć jak to się zaczęło.

Andrzej J.: W lipcu 1997 r. ściągnięto mnie z urlopu z miejscowości pod Wrocławiem. Sam początek, kiedy nie było mnie jeszcze w pracy, znam więc z opowiadań starszych kolegów. Było wtedy pełne skoszarowanie. Na początku siedzieliśmy tzw. „cięgiem” w jednostce i była pełna mobilizacja. Ja służyłem na Borowskiej, jednak przypadło mi akurat w udziale trafić na wrocławski Kozanów. Tam w pewnym miejscu woda sięgała drugiego, a nawet trzeciego piętra.

Czytaj także: Ćwierć wieku temu wielka woda zalała Dolny Śląsk. Czy „powódź tysiąclecia” to prawidłowe określenie?

Strażacy ratowali mieszkańców, powódź szalała

Był pan więc na pierwszej linii frontu. Czym w takim razie zajmowali się strażacy w czasie powodzi 1997 r.?

Tam, gdzie dało się dojechać samochodem pożarniczym, to jeździliśmy i pomagaliśmy. To była cały czas pomoc przy usypywaniu tych worków z piaskiem wałów. Tam natomiast, gdzie nie dało się dojechać, pływaliśmy łodziami i ściągaliśmy ludzi, chcących wyjść z budynków i miejsc realnie zagrożonych powodzią.

Przy ul. Teatralnej jest jednostka wodna. Tam są łodzie, motorówki, pontony. Na początku pływaliśmy łodziami. Udzielaliśmy pomocy, dostarczaliśmy mieszkańcom jedzenie, podstawowe środki do życia, medykamenty (poza antybiotykami) czy bandaże. Czasem opatrywałem im drobne rany lub otarcia. Właściwie cały czas na tym polegała nasza praca.

Były też akcje, podczas których śmigłowiec policyjny ściągał ludzi z dachów na Księżu Małym. Działaliśmy praktycznie na terenie całego miasta. Byliśmy wyznaczani do pomocy innym jednostkom. Byłem tym, który w woderach chodził między ludźmi i jeździł tam, gdzie go rzucali. Przyjechali nam na pomoc Niemcy – oddziały przygraniczne i Francuzi z dużymi motopompami. To wszystko skoszarowano u nas, na Borowskiej. Na naszej jednostce była więc wtedy taka zbiórka.

Powódź 97: na Kozanowie woda sięgała drugiego piętra, a strażacy pracowali 24 godziny na dobę, fot. B. Pawliszewska

Panowie, jako strażacy, również byliście cały ten czas skoszarowani?

Koszary były przez cały czas, jakieś 2-3 tygodnie nie byliśmy w domach. Później podzieliliśmy się na pół, bo nie da rady pracować ciągle. Połowa przyszła na zmianę, połowa odpoczywała. Jeszcze przez dwa miesiące chodziliśmy na służbę 24/24, póki nie zrobiliśmy porządku z wodą, nie wypompowało się piwnic oraz tych rozlewisk najbardziej napełnionych wodą. Później sprzątali już sami mieszkańcy i służby komunalne.

Wrocławianie okazywali straży pożarnej wdzięczność i wsparcie

Czy mieszkańcy okazywali Wam wtedy wdzięczność? Można usłyszeć różne historie na ten temat.

Ogólnie rzecz biorąc służba strażacka ma bardzo duże, jeśli nie największe spośród służb mundurowych, poparcie społeczeństwa. Tam, gdzie dopływało się z pomocą, ludzie byli wdzięczni, że jesteśmy, pomagamy i bierzemy czynny udział w ratowaniu miasta. Ludzie jeszcze nam pomagali – to była wzajemna pomoc. Nie martwiliśmy się o kawę, kanapki. Mieszkańcy fantastycznie i empatycznie do nas podchodzili.

Później przeszliśmy w system służby 24/24. Pakowaliśmy pompy, węże strażackie i jeździliśmy na pomoc. Jak woda opadła i zaczęliśmy jeździć z pompami pompować piwnice, było też widać wdzięczność. Mieliśmy jeszcze te stare pompki po5 na silniku syrenki, choć gdzieniegdzie pojawiały się już nowe pompki lub te o dużej wydajności 1500 l/min., brało się kanistry z paliwem, strażaków na auto – ja cały czas wracam do tego Kozanowa – nie było tam żadnego problemu z mieszkańcami.

Czasem brakowało doby na wszystkie wyjazdy

A więc wrocławianie pomagali służbom i sami zawzięcie walczyli o miasto.

To prawda. Oni sami też intensywnie działali, mocno walczyli z tymi workami z piaskiem. Na tzw. Trójkącie Bermudzkim, na Legnickiej czy Kozanowie nie było mowy, żeby ludzie czegoś nie zrobili. To był wyczyn i nie można tu pominąć zasług mieszkańców.

Po 5-6 latach ktoś próbował te wszystkie działania jakoś usystematyzować i określić, czy były dobre. Moim zdaniem nie powinno się czegoś takiego robić. Ta woda weszła do Wrocławia. My jako służba działaliśmy z rozkazu-narzutu. Mieszkańcy broniący swojego dobytku i miasta też działali. Rzeczywiście działania straży pożarnej i ludności gdzieś tam się w pewnym momencie zderzyły, i to spowodowało rozjechanie obrony Wrocławia, ale tam gdzie ja byłem nikt nie miał do nas pretensji.

Dopiero po zakończeniu akcji, kiedy wyjechali Niemcy, Francuzi i nie było pomp, my pompowaliśmy piwnice. Jednak natura naszej służby ma bardzo szerokie spektrum. Strażacy przychodząc do służby składają przysięgę, że ryzykując własne życie będą chronić życie innych, a później mienie. Gasimy pożary, jeździmy do wypadków komunikacyjnych, gdzie jesteśmy pierwsi i ściągamy przysłowiowe koty z drzew.

Kiedy przyjechałem do służby, to jeśli w przeciągu 24 godzin było 5-6 wyjazdów, można było powiedzieć, że to dużo. A kiedy odchodziłem na emeryturę, to czasem tej doby brakowało na wyjazdy.

Zanieczyszczona woda zawierała wszystko. Groziło to sepsą

Co było realnym zagrożeniem z powodu stojącej w mieście, bardzo zanieczyszczonej wody?

Ta woda była brudna. Jeżeli woda dostała się do kanalizacji (nie tylko deszczowej, bo przy starym budownictwie też były wypłukiwane np. odchody) i wypłukała wszystko, co w niej siedziało, zagrożenie było bardzo duże. Gdy ktoś się np. skaleczył, złamał nogę, czy podtopił się popijając wodę, to mieliśmy w pierwszej kolejności zagrożenie sepsą. Jak woda wypłukała stację benzynową, to były tam zanieczyszczenia chemiczne. Do tego pływały w niej potopione, rozkładające się zwierzęta, podmywało cmentarze.

Siły i środki w owym czasie były spore. Dużo straży pożarnej przyjechało nam do pomocy. Ale głównie to my byliśmy działającymi we Wrocławiu jednostkami, czyli stali rezydenci – jednostki 1-9.  Nieśliśmy pomoc z każdej strony we Wrocławiu.

Skrzyżowanie al. Podwale i ul. Piotra Skargi, fot. B. Pawliszewska

Strażacy mogli liczyć na innych, gdy przyszła powódź. Pomógł Dolny Śląsk, ale stolica już nie

Które regiony Polski pomagały wtedy najbardziej?

Dolny Śląsk jest spory – pojawiali się z Kudowy, Wałbrzycha, Poznania. Nie przypominam sobie natomiast, żeby Warszawa była, a my za jakiś czas do nich pojechaliśmy z pomocą.

Później w Kotlinie Kłodzkiej czy Bolesławcu mieliśmy dosyć „pokazowe”, jeśli można to tak ująć, akcje. Lataliśmy pod śmigłowcem po dachach  i ściągaliśmy z nich ludzi. We Wrocławiu nie było to jeszcze wtedy tak dobrze rozwinięte, więc tam działała policja i wojsko.

Próby uprawiania polityki i kombinatorstwo w czasach katastrofy

A czy zachowania mieszkańców bywały zaskoczeniem?

Przy mnie na Kozanowie (jak o nim mówiono, „Koza nostra”), który jest specyficzną dzielnicą, w krytycznych sytuacjach Ci ludzie się konsolidowali i byli naprawdę pomocni. Tam również bardzo prężnie działała policja.

Zdarzały się też paranoiczne sytuacje. Będąc jeszcze na urlopie, przyjechałem swoim prywatnym półciężkim autem Avią na wrocławski Wojnów. Uszczelniłem układ ssący na maksa, jak w ruskim czołgu, załadowałem na pakę zbiornik 3 tys. l wody i przyjechałem tam, żeby każdy mógł sobie z tej wody skorzystać. Hydranty były wtedy po prostu pozalewane, więc przywiozłem im ze wsi czystą wodę. Nagle pojawił się pewien polityk i krzyczy: „Zajeżdżaj do mnie, ja będę im racjonował tą wodę!”. A ja na to: „Chłopie, to ja ją przywiozłem, a ty nie jesteś tutaj od rządzenia i racjonowania wody. Tyle ile mam, tyle wyleję dla ludzi i pojadę po następną beczkę!”. Wydarzyła się katastrofa, ludzie byli w potrzebie i nie było tam miejsca na politykę. Wtedy się skończyło jego rządzenie, ale to nie tylko on taki był. Kombinatorów wtedy nie brakowało. Między całą pomocą i zgraniem, okazywało się nagle, że brakuje jakiegoś sprzętu czy czegoś innego. To poszło w straty.

Brakowało wody. Później nadeszła plaga komarów

A słynny paradoks braku wody podczas powodzi?

Na początku na straży mieliśmy dwie duże cysterny na wodę i to one ciągle jeździły tam, gdzie przepompownie nie były zalane i pobierały wodę z hydrantów. Stamtąd wracały na miasto i rozwoziły wodę. Na Niskich Łąkach Wrocław ma największa przepompownię, która czerpie wodę z Odry. Woda była wtedy bardzo wysoko, tam się wtedy wszystko odstawało. Nie było więc wody pitnej. Dwa razy widziałem też cysternę wojskową na czystą wodę,

Świadkowie mówią o wielkiej pladze komarów, która nadeszła wraz z ustępowaniem wielkiej wody.

Na Kozanowie, kiedy woda już opadła, to jak staliśmy, trzeba było rozpalać „ogniska antykomarowe”, bo inaczej nie dało się wytrzymać. Komary rozniosły się też poza Wrocław. Były wszędzie dookoła – Wojnów, Gajków, Kamienic Wrocławski. Nie dało się ustać nawet 5 sekund na zewnątrz, bo one „zjadały żywcem”. Przynoszono nam jakieś środki przeciw komarom, ale wieczorem czy w nocy, ciągle  w ruchu, człowiek się jeszcze spoci w tym mundurze i komary lecą jak do miodu.

Jeszcze bardzo długo po powodzi woda stała pod mostami. Np. około 2 m wody pod wiaduktem przy Borowskiej, gdzie podczas zwykłych opadów potrafi być 0,5 m. Pozalewane były też przejścia podziemne, do których podostawała się woda.

Woda w przejściu podziemnym, fot. A. Żelazowska

Strażacy ponad rok usuwali skutki powodzi

Jakie kadry z czasów powodzi utkwiły Panu szczególnie w pamięci?

Sprawdziłem sobie wtedy na mapach geologicznych, że moja miejscowość to najwyższy punkt, jako taki płaskowyż, w okolicy. Miałem więc na podwórku samochody pozwożone z całej rodziny.

I jeszcze jedna – śmigłowiec miał odciągnąć ludzi od wału w Łanach. Tam była taka główna obrona wału, ludzie byli bardzo zdeterminowani. Gdyby ten wał puścił, to cała woda poszłaby nie tylko do tyłu na Kamieniec Wrocławski, ale weszłaby jeszcze przez Wojnów do Wrocławia i cały Biskupin by utopiło.

Borykaliśmy się później ponad rok, żeby dojść z tym wszystkim do ładu. Tak naprawdę od Jelcza przyszła jedna woda i tam pozalewało. Np. łącznik Jelcz-Oława – tam były 3 m wody. Nie było tam wału, a w lesie puścił. Kolega mi opowiadał jak na początku powodzi, kiedy szła fala, uciekali naszym autem i widział w lusterku jak idzie za nim woda. Śluza w Janowicach też była wypełniona wodą. Zatrzymali nawet elektrownię wodną w Janowicach. U nas na wsi brakowało 10 cm, żeby się przelało do nas.  Wszystkie dopływy Odry szalały. Z nieoficjalnych informacji dowiedzieliśmy się, że podczas dużych opadów Czesi spuścili wodę ze zbiorników retencyjnych i to przyszło do nas.

Zalany Kozanów, fot. B. Pawliszewska

Strażacy to kompania braci

A wracając do służby strażaków. Czy czuliście się, nie tylko podczas powodzi 1997 r., jak kompania braci?

Zdecydowanie można tak powiedzieć. To jest bardzo istotne, bo w straży pożarnej jeden strażak nie jest tak ważny jak dwóch strażaków. A to dlatego, że jak jeden nie da rady, to ten drugi jest właśnie po to, żeby mu pomóc. Strażacy muszą mieć wsparcie. Na przykład (technicznie mówiąc) jak idzie do pożaru linia wodna, to idzie strażak trzymający prądownicę i ten, który podąża za nim i trzyma węża strażackiego. Wtedy właśnie we dwóch dają radę. Zawsze musi być tandem.

Kiedyś z ciekawości policzyliśmy, ile czasu ze sobą spędziliśmy, siedząc razem tzw. cięgiem. Wyszło nam tyle, ile byśmy spędzili siedząc razem 7 lat w więzieniu (śmiech). Ale dzięki temu nasze zmiany się zżywały. Spotykaliśmy się z naszymi rodzinami, z którymi też zawsze świętowaliśmy Dzień Strażaka. Do dziś utrzymujemy kontakt.

Kiedyś, jako młody adept, przyszedłem na moją ówczesną pierwszą zmianę. Wtedy mój szef zmiany powiedział mi: „Pamiętaj, że wchodząc do straży pożarnej zostajesz strażakiem, a wychodząc z niej nie zostawiasz tego za sobą, tylko tym strażakiem jesteś już do końca.” I tak faktycznie jest, bo niejednokrotnie będąc już na emeryturze miałem udział w uratowaniu ludzkiego życia.

Czytaj także: Gdy wielka fala zalała Wrocław: „Pamiętam jak baliśmy się zasnąć”

W ramach akcji „Powódź 97. Ćwierć wieku później” opisujemy dramatyczne wydarzenia sprzed 25 lat.

Zdjęcie tytułowe: B. Pawliszewska

Podziel się: