Zalanie Sahary pomoże Ziemi i Egiptowi? Pierwsze plany sięgają XIX w.

Podziel się:

Tworzenie mórz to koncepcja mniej szalona, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. W dodatku niesie ze sobą liczne korzyści i ma niewiele wad. Wyjaśniamy, na czym polega.

Światowe oceany zajmują 71 proc. powierzchni Ziemi i zawierają ponad 1,3 mld km3 wody – ok. 97 proc. całkowitych zasobów wodnych naszej planety. Gdyby uszczknąć z tego zbiornika skromne kilka trylionów litrów H2O, życie oceaniczne specjalnie by nie ucierpiało. Mogłoby się natomiast bujnie rozwinąć życie morskie i lądowe – zakładając, że wodę z oceanu (lub dużego morza) dałoby się wyprowadzić do śródlądowego zbiornika.

Wizja jest ambitna, ale nie tak nierealistyczna, jak mogłoby się wydawać – a przynajmniej wielokrotnie była rozważana na poważnie. Niedawno temat odświeżył Tomas Pueyo, francusko-kalifornijski przedsiębiorca, doradca firm technologicznych i autor bloga Uncharted Territories, poświęconego wyzwaniom współczesności.

Kluczowe zalety seafloodingu

Pueyo opisał pomysł we wpisie na swojej stronie oraz w długim wątku na Twitterze. Tekst zaczął bardzo zachęcająco, bo od listy korzyści. Obietnice brzmią cudownie i obejmują:

  • złagodzenie skutków zmian klimatycznych,
  • stworzenie nowych warunków do rozwoju życia,
  • warunków do wzrostu gospodarczego,
  • a przy okazji zarobienia dużych pieniędzy.

Koncepcję, którą Pueyo ochrzcił mianem „seaflooding”, realizowała już sama natura. Według ustaleń hiszpańskich naukowców w ten sposób miało powstać Morze Śródziemne. Obszar niegdyś suchy i całkowicie odizolowany od Atlantyku został zalany wskutek katastrofalnej powodzi, wywołanej ruchami tektonicznymi w rejonie Gibraltaru. Z początku proces był powolny. Woda o objętości 10 proc. obecnej kubatury akwenu „sączyła się” przez kilka tysięcy lat. Dopiero potem miał nastąpić potop na skalę biblijną, który dokumentnie zalał cały region.

Gdzie najlepiej stworzyć morze?

Pueyo uważa, że ten proces da się powtórzyć na innym pustynnym terenie – choć niekoniecznie na taką skalę, ale też nie w tak powolnym tempie. Zalety wydają się oczywiste. „Wraz ze wzrostem wilgotności pojawiają się opady, wraz z nimi pojawia się roślinność, a w ślad za nią zwierzęta i rozwój gospodarczy” – pisze autor posta. Na dobry początek trzeba znaleźć odpowiednie miejsce.

Powinno ono spełniać następujące kryteria:

  • położenie poniżej poziomu morza,
  • wysokie ciśnienie,
  • wysoka temperatura,
  • niska wilgotność,
  • odpowiednie warunki do odzyskiwania soli z wody, by uniknąć stężeń zagrażających rozwojowi życia morskiego.

Kandydatem do realizacji takiego projektu mógłby być region Morza Martwego – największa na świecie depresja (ok. 430 m p.p.m.). Zapewnienie dopływu świeżej morskiej wody miałoby kolosalne zalety. Różnica poziomów umożliwiłaby wytwarzanie prądu, który pozwoliłby na zasilenie systemów odsalania i irygację okolicznych, pustynnych terenów. To oznacza rozwój rolnictwa i stopniowe ukształtowanie się nowego, bujnego ekosystemu, pełnego roślin i zwierząt. Dodatkowym plusem – przynajmniej z czysto finansowego punktu widzenia – byłby rozwój turystyki.

Co ciekawe, takie przedsięwzięcie rozważała już Jordania, ale kilka lat temu, z powodów politycznych, z niego zrezygnowała. Kraj współdzieli Morze Martwe z Izraelem, który nie był zainteresowany współpracą w tym zakresie, ponieważ… ma podobny plan. Tyle że wolałby skorzystać z zasobów Morza Śródziemnego, do którego ma bliżej. Sprawy komplikuje jednak fakt, że kanał prowadziłby przez Zachodni Brzeg Jordanu – rejon niespokojny i niesprzyjający wielkoskalowym inwestycjom. Z kolei Jordania nie zamierza być zależna od sąsiada i wolałaby przekopać się do Morza Czerwonego.

Źródło: Tomas Pueyo/Twitter

Sposób na zalanie Sahary: eksplozja jądrowa

Na szczęście istnieją alternatywne lokalizacje. Jedna z nich znajduje się całkiem niedaleko od wyżej wymienionej, bo w północno-zachodniej części sąsiedniego Egiptu. Chodzi o depresję Kattara z najniższym punktem na głębokości 133 m p.p.m. W tym przypadku proces seafloodingu zainicjowała już natura. Wody Morza Śródziemnego przesączają się do doliny, tworząc solniska, czyli słone „bagna” uniemożliwiające prowadzenie upraw. Pomysły, by wykopać kanał prowadzący do morza i zalać depresję, pojawiają się od ponad stu lat. W XIX w. takie rozwiązanie sugerował francuski geograf François Élie Roudaire.

Nieco później pojawiły się propozycje utworzenia elektrowni wodnej na terenie depresji. W 1957 r. CIA w briefie do prezydenta Dwighta Eisenhowera argumentowała, że taki projekt mógłby przyczynić się do zapewnienia pokoju na Bliskim Wchodzie. Koncepcja była w późniejszych latach wielokrotnie rozważana, jednak rozbijała się o koszty i wyzwania techniczne. Sprawę utrudniał fakt, że w regionie znajduje się duża ilość niewybuchów z czasów II wojny światowej.

Jeden z najbardziej szokujących pomysłów na realizację przedsięwzięcia zakładał detonację ładunków jądrowych umieszczonych w ponad 200 odwiertach. Łączna siła eksplozji miałaby przekraczać stukrotnie siłę pocisku zrzuconego na Hiroshimę.

Obecnie pod uwagę brane są mniej drastyczne środki, choć projekt wciąż pozostaje w sferze teorii. Pueyo przypomina o nim w dalszej części swojego wpisu, przekonując, że miejsce jest idealne do tego typu eksperymentów.

Przede wszystkim dlatego, że:

  • depresja znajduje się w całości w granicach jednego państwa i nie stanowi terenu spornego,
  • jest obszarem wybitnie pustynnym,
  • jest położona na bardzo dużej powierzchni,
  • a jej zalanie zmniejszyłoby poziom oceanów o 3 mm (rzekomo – Pueyo nie podaje źródeł tego wyliczenia), co ma niebagatelne znaczenie w kontekście trwającego odwrotnego procesu, związanego z topnieniem lodowców.

Tego typu przedsięwzięcie pomogłoby również zapewnić Egiptowi dodatkowe, obfite źródło żywności, co przełożyłoby się na zwiększenie stabilności politycznej w regionie. W dodatku, jak informuje Pueyo, wstępne ekspertyzy ekologiczne nie wykazują żadnych istotnych skutków ubocznych tego typu przedsięwzięcia.

W seafloodingu może nas wyprzedzić natura

Wpis spotkał się z pozytywnym przyjęciem. Sceptycy zwracają jednak uwagę na wyzwania techniczne związane ze skalą tego typu projektów i koniecznością odsalenia wody morskiej. Pueyo odpowiada, że współczesne rozwiązania technologiczne czynią takie przedsięwzięcie znacznie łatwiejszymi, niż pół wieku temu, a sól można odzyskiwać dzięki odsalarniom zasilanym przez elektrownie wodne.

Jeśli na seaflooding nie zdecydują się kraje, które posiadają dogodne do tego celu warunki, być może zrobi to sama natura. Scenariusze dotyczące zmian klimatu przewidują, że śródlądowe morza mogą powstać m.in. w Australii i Kalifornii.

Zdjęcie tytułowe: PHOTO JUNCTION/Shutterstock

Podziel się: