Podróż po kraju, który stawia na OZE. Wiatraki aż po horyzont

Podziel się:

Przemierzając kraj naszych zachodnich sąsiadów nie sposób ich nie zauważyć. Są większe, mniejsze, starej generacji, a także te produkowane według najnowszej technologii. Niemcy garściami czerpią z dobrodziejstwa wiatru, co szczególnie popłaca w obliczu aktualnej sytuacji geopolitycznej. Do tego procesu angażują swoich obywateli. Sprawdziliśmy, jak sytuacja wygląda za zachodnią granicą i co z doświadczenia Niemców możemy wyciągnąć dla Polski.

Na początku podkreślmy: nasi sąsiedzi zmagają się z podobnymi problemami co Polska. Rządząca do niedawna ekipa skutecznie hamowała rozwój energetyki wiatrowej, likwidując jednocześnie tysiące miejsc pracy, które powstały w trakcie boomu inwestycyjnego w latach 2014-2017. Nowe inwestycje są także blokowane przez restrykcyjne przepisy związane z ochroną przyrody, głównie ptaków. Lokalne społeczności podnoszą protesty przeciwko budowaniu wiatraków na ich podwórku, a biurokracja przeciąga proces inwestycyjny na lata.


Tekst jest częścią naszego nowego cyklu „Na lądzie”, w którym będziemy przyglądać się rozwojowi polskich farm wiatrowych, rozwiązaniom europejskim i potencjałowi energii z wiatru. Pokażemy miejsca, gdzie takie farmy już powstały. Porozmawiamy z samorządowcami, ekspertami i mieszkańcami. Wszystkie teksty będzie można znaleźć pod TYM LINKIEM.


Po drugiej stronie szali leży bezpieczeństwo energetyczne, odejście od paliw kopalnych i redukcja wpływu człowieka na zmiany klimatu. To szczególnie ważne w kraju takim, jak Niemcy, którzy do końca roku chcieli wygasić trzy ostatnie elektrownie atomowe.

Tymczasem niemiecki mix energetyczny wciąż wygląda miernie. Na potęgę spala się tam węgiel, a do niedawna duże nadzieje pokładano w gazie. Wobec tego, jak bumerang wraca pytanie: czym stabilizować OZE w przypadku niepogody? Zapytamy o to podczas naszej podróży.

Niemiecki mix energetyczny, dane za 2021 rok, 23 proc. – energia wiatrowa, 9,9 proc. – fotowoltaika, 8,8 proc. – biomasa, 4 proc. energia wodna, 20,2 proc. – węgiel brunatny, 9,5 proc. – węgiel kamienny, 10,5 proc. – gaz ziemny, 13,3 proc. – energia jądrowa – źródło: strom-report.de

Europejski lider energetyki wiatrowej

RFN jest niekwestionowanym liderem pod względem mocy zainstalowanej w elektrowniach wiatrowych w Unii Europejskiej. Posiadając niemal 30 tys. turbin wiatrowych z ok. 64 GW zainstalowanej mocy zdecydowanie wyprzedza Hiszpanię (28 GW) oraz zamykającą podium Francję (19 GW). Dla porównania w Polsce w energetyce wiatrowej zainstalowane jest nieco ponad 7 GW mocy.

W ubiegłym roku energia wiatrowa dostarczyła 23 proc., czyli 112,7 TWh niemieckiego zapotrzebowania na energię elektryczną. Łącznie, źródła odnawialne dostarczyły 224 Twh, czyli 45,7%. Ze wszystkich odnawialnych źródeł energii energetyka wiatrowa ma największy udział.

Ron Schumann – doradca ds. polityk w Niemieckim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej (BWE)

Energetyka wiatrowa to także impuls dla gospodarki. Tysiące miejsc pracy, fabryki, a potem zatrudnienie związane z serwisem i konserwacją urządzeń. Do końca 2019 r. w tym sektorze pracowało w Niemczech 105 tys. osób. Tylko w 2021 r. w nowych elektrowniach wiatrowych na terenie Europy ulokowano 41 miliardów euro, które przekłada się na 25 GW zainstalowanej mocy z czego 19 GW na terenie krajów UE. Jeśli jednak kraje wspólnoty chcą wypełnić cele stawiane przez UE powinny rocznie instalować 35 GW nowej mocy wiatrowej.

O szczegóły dotyczące lądowej energetyki wiatrowej pytamy w wiodącym niemieckim think-tanku związanym z transformacją energetyczną. Agora Energiewende od 2012 r. tworzy raporty, strategie i analizy, którymi często podpierają się rządzący. Poprzedni szefowie Agory byli zresztą wciągani do struktur rządowych na wysokie stanowiska.

Inwestycje w energetykę wiatrową w Europie (w mld euro) – źródło: windeurope.org

Wolny rynek vs. ceny regulowane

W biurze położonym w samym centrum Berlina wita nas dr Gerd Rosenkranz. To jeden z najbardziej doświadczonych niemieckich ekspertów ds. OZE, dziennikarz opisujący niemiecką transformację energetyczną przez ponad 20 lat m.in dla Der Spiegel. Dziś związany z think-tankiem Agory jako starszy doradca.

– Rozmowy dotyczące zmian klimatu rozpoczęły się w okolicach połowy lat 80. Od tego momentu coraz większa część niemieckiego społeczeństwa chciała pozbyć się nie tylko elektrowni jądrowych, lecz także tych wykorzystujących paliwa kopalne. W konsekwencji oznaczało to, że w dłuższej perspektywie będziemy musieli wykorzystywać wyłącznie źródła odnawialne – mówi nam Rosenkranz. Taka kolej rzeczy spowodowała dynamiczny rozwój przemysłu związanego z OZE. – Wtedy powstawało też nasze pierwsze prawo energetyczne zorientowane na energetykę odnawialną. W północno-zachodnich Niemczech powstała jedna z największych dziś firm z tego obszaru – Enercon (trzeci największy producent turbin wiatrowych na Świecie – red.). Fundamentem dynamicznego rozwoju w tamtym okresie była gwarantowana cena za energię produkowaną z wiatru oraz możliwość przesyłu energii do sieci niezależnie od momentu, w którym była produkowana – wylicza ekspert.

10 GW rocznie

Dr Rosenkranz przypomina, że obecny cel na 2030 r. to 80 proc. energii z OZE. Największy rozwój energetyki wiatrowej miał miejsce w latach 2014-2017. Do tego czasu prawo określało płacenie stałych taryf dla producentów energii z wiatru. Wynagrodzenie za kilowatogodzinę było regulowane przez rząd.

– Jednak szczególnie liberalni ekonomiści wskazywali, że odgórnie regulowana cena nie jest dobrym rozwiązaniem oraz, że powinien za to odpowiadać wolny rynek. System stałych stawek został zmieniony na system przetargowy. Od tego czasu każdy, kto chciał postawić nowe turbiny, musiał z góry oferować cenę za kilowatogodzinę. To zakłóciło funkcjonujący system. W tym samym czasie, gdy wprowadzono przetargi na cenę prądu, załamała się budowa nowych inwestycji wiatrowych. Tymczasem dziś powinniśmy w Niemczech instalować ok. 10 GW energii wiatrowej rocznie, żeby spełnić cele klimatyczne stawiane w perspektywie 2030 roku – mówi. Przyczyn kryzysu na rynku budowy farm wiatrowych było zdaniem naszego rozmówcy wiele. To m.in. postępująca biurokracja w procesie uzyskiwania pozwoleń i brak dostępnych obszarów inwestycyjnych.

dr Gerd Rosenkranz z niemieckiego think-tanku Agora Energiewende – fot. Maciej Fijak

Magazyny energii, rozproszone elektrownie i wodór

Czym stabilizować OZE w przypadku braku potrzebnej “na już” produkcji – jeśli nie atomem i węglem? – pytamy. – Potrzebujemy sezonowych magazynów energii, ale także systemów zdolnych do obsługi wodoru (chodzi o dzisiejsze elektrownie gazowe – red.). Wiemy, że produkcja wodoru z odnawialnych źródeł energii poprzez elektrolizę wody i wytwarzanie z niego energii elektrycznej są potrzebne do stabilizacji systemu. Aktualna infrastruktura gazowa może także zapewnić przesył wodoru w przyszłości. Szczególnie w zimie, gdy nie ma tak dużo słońca, potrzebujemy milionów pomp ciepła do ogrzania naszych domów i podgrzania wody. Gaz jest w Niemczech używany głównie do ogrzewania gospodarstw domowych. Z kolei wodór jest nam potrzebny dla zapewnienia bezpieczeństwa dostaw prądu i dekarbonizacji naszego przemysłu. Być może będzie czasami wykorzystywany także w dużych elektrociepłowniach w miastach. Ale nie dla indywidualnych odbiorców, gdzie dużo bardziej sprawdzają się pompy ciepła – zastrzega Rosenkranz.

O sektor energetyki odnawialnej pytamy także Reenie Vietheer, ekspertkę ds. OZE w niemieckim Greenpeace. – Wciąż musimy rozwijać energetykę wiatrową w Niemczech, ponieważ zapotrzebowanie na prąd nadal rośnie.

Poza tym, przez ostatnie 16 lat to się nie działo, ponieważ partia sprawująca władzę nie angażowała się w lądową energetykę wiatrową. Sama pracowałam w tym sektorze, jednak w 2018 r. musieliśmy zamknąć firmę.

Można powiedzieć, że straciłam pracę przez politykę rządu wobec wiatraków – mówi nam.

Wiatraki na lądzie i na morzu

Zdaniem Vietheer należy odejść od toku myślenia, w którym potrzeba jednej centralnej elektrowni, na rzecz modelu z wieloma, rozproszonymi elektrowniami bazującymi na OZE.

– Potrzebujemy miksu różnych instrumentów. Energetyka wiatrowa odgrywa kluczową rolę. Uzupełniają ją panele fotowoltaiczne i magazyny energii. Do tego coś co nazywamy łączeniem sektorów (ang. sector coupling). Nie ma jednej kluczowej odpowiedzi na pytanie, jak stabilizować system. Również morska energetyka wiatrowa odgrywa rolę w tej stabilizacji, ponieważ tam warunki są nieco bardziej przewidywalne. Jednocześnie trzeba myśleć o tym, jak zmniejszać nasze zapotrzebowanie na energię. To dzieje się poprzez zwiększanie efektywności energetycznej – wylicza ekspertka Greenpeace’u. Podobnie, jak Rosenkranz, Vietheer wskazuje na rosnące znaczenie wodoru. Podnosi też kwestie gazu.

– Wodór będzie odgrywał pewną rolę, ale jego produkcja – elektroliza wody, też opiera się na energii elektrycznej. Wodór ma odgrywać rolę stabilizującą, szczególnie zastępując gaz ziemny, lecz z naszego punktu widzenia gaz wciąż będzie potrzebny. Oczywiście nie ten pochodzący z Rosji, a jego zużycie musi być zdecydowanie ograniczone w perspektywie do 2040 r. – zastrzega ekspertka.

Typowy niemiecki krajobraz – w oddali farmy wiatrowe – fot. Maciej Fijak

Technologia przychodzi z pomocą

Ron Schumann z BWE mówi, że prognozy dotyczące siły i kierunku wiatru na 24 godziny do przodu, sprawdzają się w 90 proc. Dzięki temu operatorzy sieci wiedzą wcześniej, czego można się spodziewać następnego dnia.

– Do tej pory zapasem były elektrownie gazowe. Energia jądrowa, jak wiadomo, nie ma u nas poparcia opinii publicznej i nie jest tak elastyczna, jak jest to potrzebne w energetyce zdominowanej przez energetykę odnawialną. Gdy gaz nie jest dłużej możliwą opcją, z powodu wojny Rosji z Ukrainą, rząd chce wrócić do elektrowni węglowych – wskazuje. Pytamy Schumanna, jak ocenia taki ruch. – Naszym zdaniem może to być tylko rozwiązanie krótkoterminowe. Potrzebujemy znacznie więcej odnawialnych źródeł energii i musimy magazynować nadwyżki energii. Sposobem na osiągnięcie tego może być wodór – podkreśla Schumann.

Przestoje wiatraków krótkie i nieznaczące

Kwestię “niepogody” w kontekście niemieckiej energetyki wiatrowej zbadali w 2020 r. Nils Olhendorf i Wolf-Peter Schill. Efektem swoich badań podzielili się na łamach “Enviromental Research Letters”. Naukowcy przeanalizowali częstotliwość i czas trwania zjawiska, podczas którego wiatr wiał z niewielką siłą. Pod lupę wzięli 40-letnie odczyty. Z wyników ich pracy dowiadujemy się, że takie epizody występują częściej latem niż zimą, ale generalnie rozkładają się one równomiernie między wszystkimi miesiącami. Co roku występuje okres około pięciu kolejnych dni, które powodują przestój w pracy wiatraków. Co dziesięć lat zdarza się okres nieco dłuższy, bo ośmiodniowy. W ciągu 40 lat odczytów najdłuższy taki przestój trwał 10 dni.

– Dochodzimy do wniosku, że obawy opinii publicznej dotyczące słabego wiatru zimą są przeceniane – czytamy w podsumowaniu badania.

Strefy prędkości wiatru w Niemczech. Najkorzystniejsze warunki są na północy kraju, najmniej korzystne na południu. Źródło: Nils Ohlendorf and Wolf-Peter Schill 2020 Environ. Res. Lett. 15 084045

“Ptaki giną, ale…”

Jednym z najczęściej podnoszonych argumentów przeciwko elektrowniom wiatrowym są kwestie ekologiczne.

– Przez ostatnie dwa lata pracowałem nad kwestią ochrony przyrody związaną z turbinami wiatrowymi. Zagrożone ptactwo bardzo rzadko umiera przez zderzenia z turbinami. Nie da się znaleźć jednego miejsca, gdzie można powiedzieć: populacja zmalała przez energetykę wiatrową. Niektóre obserwacje pokazały, że populacje zagrożonych ptaków odradzają się nawet w regionach, gdzie ekspansja wiatraków jest duża. – mówi ekspert z Agory. Według Rosenkranza należy robić równocześnie dwie kluczowe rzeczy. Rozwijać regiony, w których energetyka wiatrowa będzie maksymalnie skoncentrowana oraz rozwijać regiony, w których ptactwo będzie miało odpowiednie warunki bytowania.

– Oczywiście najwięcej obaw dotyczy ochrony przyrody. Tak, turbiny wiatrowe zabijają ptaki. Ale sto razy więcej ptaków zabijają szklane powierzchnie i samochody. Nikt jednak nie mówi o tym, żeby je likwidować. Trzeba uważnie decydować o tym, gdzie budujemy farmy. To naprawdę ważne, aby upewnić się, że przyroda jest chroniona – mówi Reenie Vietheer z Greenpeace.

– Ludzie rzeczywiście obawiają się nowych inwestycji, a to wykorzystują czasem politycy. Społeczność musi być włączona w cały proces, aby zrozumieć, że nie ma się czego bać. Głównym wyzwaniem jest ciągłe zwiększanie akceptacji społecznej dla turbin wiatrowych. W moich projektach oferowaliśmy instrumenty inwestycyjne dla prywatnych osób, które mogły włożyć swój kapitał i uzyskać część z dochodów. W ten sposób włącza się społeczeństwo w proces – wyjaśnia działaczka.

Turbina wiatrowa wśród drzew – fot. Maciej Fijak

Pieniądze dla lokalnych społeczności

Doktor Rosenkranz z Agora Energiewende mówi nam, że wielu ludzi nie chce wiatraków tuż przy ich domach. – Ale ogólna zasada odległości, taka jak zasada 10H, która jest stosowana u nas tylko w Bawarii, nie może być stosowana w gęsto zaludnionym kraju, takim jak Niemcy. Zwłaszcza jeśli zdecydowana większość niemieckiego społeczeństwa zdecydowała, że nie chce kontynuować używania energii jądrowej, ani szkodliwych dla klimatu paliw kopalnych. Ogólne zasady dotyczące odległości nie powinny utrudniać ekspansji OZE. Po postawieniu nowych wiatraków wiele osób, które były przeciwne wiatrakom w swojej okolicy, mówi, że ostatecznie jest to w porządku – zapewnia doświadczony działacz.

Duże znaczenie mają u naszych zachodnich sąsiadów regulacje, które pomagają budować nowe turbiny. Są one zorientowane na lokalne społeczności. Gdy ludzie wiedzą, że wiatraki, które widzą na horyzoncie produkują prąd dla ich gospodarstw, a ich miejscowość otrzymuje za to dodatkowe pieniądze, jest im łatwiej to zaakceptować.

– Z tych pieniędzy są finansowane na przykład przedszkola, baseny czy nowe parki.

Istnieją upusty w cenach energii, które producenci dają lokalnym społecznościom w zamian za zgodę na lokalizację nowych turbin. Takie rozwiązanie jest wpisane w nowe prawo dotyczące OZE. 0,2 eurocenta za każdą wyprodukowaną kilowatogodzinę trafia do budżetu lokalnej gminy.

To funkcjonuje całkiem nieźle, gdy ludzie są częścią przedsięwzięcia, które ich dotyka. Szczególnie w bogatszych regionach zachodniej i południowej części kraju, niektóre osoby uczestniczą w procesie inwestycyjnym – wskazuje Rosenkranz.

Chodzi o energetykę społeczną. Pionierska, rodzinna firma, która buduje elektrownie społeczne właśnie w tym modelu, to kolejny etap naszej podróży.

Moc zainstalowana w turbinach wiatrowych. Ciemniejszym kolorem – turbiny lądowe, jaśniejszym – morskie. źródło: strom-report.de

Ludzie zrzucają się na wiatraki

Udajemy się do Koblencji (niem. Koblenz). To sześć godzin szybkim pociągiem z Berlina i 600 kilometrów na zachód. Po drodze widać setki, jeśli nie tysiące wiatraków. Są szczególnie liczne w północnej części kraju, która posiada lepsze warunki wietrzne niż południe. Koblencja to średnie, stutysięczne miasto. W jego centrum, na trzecim piętrze niepozornej kamieniczki działa rodzinna firma Höhenwind-Park GmbH. Została założona w 1994, niedawno świętowała ćwierć wieku działalności i jest pierwszym w kraju projektem w modelu społecznym.

– Kilka szalonych osób zdecydowało się ulokować pieniądze w tym pomyśle. Ktoś to musiał zrobić, jako pierwszy. Działamy od 27 lat. Te projekty wyprzedzały obowiązujące prawo. Nie chodziło o zarabianie pieniędzy, a o pozbycie się węgla i ropy. Stały za tym zielone ideały. To, co było i jest nadal unikatowe to nasi udziałowcy – głównie prywatne osoby. Wtedy można było nabyć udziały już za 5 tys. marek (ok. 2,5 tys. euro – red.). Dziś “crowdfunding” jest popularny, ale wtedy było to coś niespotykanego – mówi nam Dominic Vogt, syn założyciela, który dziś współzarządza firmą.

Jedziemy razem na wycieczkę po okolicznych wzgórzach, aby zobaczyć należące do spółdzielni energetycznej wiatraki. Dołącza do nas Werner Vogt – założyciel firmy. Każda z ferm wiatrowych posiada osobnych właścicieli, a firma Vogta jest najpierw odpowiedzialna za uzyskanie wszelkich dokumentów, pozwoleń, następnie budowę wiatraków, a na końcu zarządza nimi w imieniu rozproszonych właścicieli.

– Czasem to pojedyncza turbina, a czasem duża farma również z panelami słonecznymi – opowiada Dominic.

Rok 1994 – miejsce budowy pierwszej turbiny. Po lewej dorosły dziś Dominic Vogt, który współzarządza firmą. Fot. archiwum Hoehenwind

Lobbyści i polityka

Młodszy Vogt również przypomina, że rządy z udziałem CDU i Angeli Merkel trwały 16 lat. – Przez ten okres energetyka wiatrowa i fotowoltaika były zaniedbywane. Straciliśmy w tym okresie 300 tys. pracowników. Dlaczego? Przez lobbystów. Mamy ogromne firmy, które chcą dostarczać energię. One nie mają interesu w tym, żeby pozbywać się węgla. To wciąż się dzieje. Gdy nie mogą dłużej opierać się na węglu, próbują wchłonąć mniejszych graczy, takich jak my – mówi nam przedsiębiorca.

W 2020 w regionie, który odwiedzamy, powstało tylko 15 nowych turbin. To zdaniem rodziny zaangażowanej w budowę społecznych elektrowni ekstremalnie mało. – Nowy rząd zdecydowanie chce to poprawić. Było dużo demonstracji w ostatnich latach. Na przykład ruch Friday For Future (w Polsce znany jako Młodzieżowy Strajk Klimatyczny – red.), który miał jeden z największych udziałów w tej zmianie. Generalna idea, aby pokryć 2 proc. powierzchni kraju jest dobrym krokiem. Głównym wyzwaniem jest biurokracja. Czasem potrzeba nawet 10 lat, aby wybudować turbinę. Przeciętnie zajmuje to siedem lat – mówi Vogt.

Wiatraki zmieniają krajobraz. Ale nie tak, jak kryzys

Obaj nasi rozmówcy przyznają, że protesty są i należy ich słuchać. Jedną kwestią jest ochrona przyrody, głównie ptaków. Druga to sprawy związane z lotnictwem. – W naszym regionie jest dużo baz wojskowych, a ruch lotniczy nad turbinami jest ograniczony, więc ich wysokość jest przez to ograniczana. Turbiny mogą także zakłócać lotniskowe radary. Trzeci element to protesty społeczności. Tak, turbiny wiatrowe zmieniają Twój widok za oknem. Pytanie – co się stanie bez nich, kiedy zmiany klimatu dotkną Twoich dzieci? – mówi młodszy Vogt.

Vogtowie podkreślają, że region, który odwiedzamy jest zeroemisyjny. Posiada ponad 300 turbin wiatrowych, a nadwyżki z produkcji trafiają do okolicznych regionów administracyjnych. Jak poradzono sobie z protestami? Przedsiębiorcy odpowiadają: włączając mieszkańców do całego procesu, także ekonomicznie.

– Jeśli twoja wioska zapewnia ziemię pod nowe turbiny, zyskuje na tym finansowo. Zazwyczaj jest to stała, ustalona stawka roczna obliczana na podstawie produkcji energii, na przykład 10 proc. zysków. To całkiem spore sumy, co roku. Niektóre wioski otrzymują 100, a nawet 200 tys. euro rocznie. Dzięki temu finansowane są kolejne inwestycje na przykład w fotowoltaikę, transport publiczny czy systemy carsharingu. Kolejne miejscowości chcą dołączać do tego modelu, bo widzą konkretne zyski – przekonuje Dominic.

Krajobraz regionu Koblencji – fot. hoehenwind.com

“Straciliśmy 60 milionów kubików drzew”

Jak działa model społecznych elektrowni wiatrowych?

– Wpłacasz na konkretny projekt, który ma powstać w twoim sąsiedztwie. Zazwyczaj jest to do 20 osób. Wpłacają przynajmniej między 10, a 20 tys. euro. Czasem więcej. Reszta finansowana jest przez bank. Każdego roku otrzymujesz swój udział z zysku. Teraz, gdy ceny prądu są naprawdę wysokie można zarobić spore sumy. Jednak dwa lata temu mieliśmy tylko 75 proc. wietrznych dni – wtedy zyski były mniejsze. Podczas corocznych spotkań przedstawiamy wszystkie sprawy techniczne, administracyjne i finansowe – wyjaśnia Dominic, zapraszając do odwiedzenia najnowszego projektu firmy.

– Powinien być gotowy w ciągu kilku miesięcy, ale przy obecnych problemach z dostawami nie jesteśmy pewni, kiedy przyjadą do nas turbiny. Tutaj budujemy pięć nowych. Żeby powstała nowa inwestycja, trzeba było wyciąć drzewa. Jednak większość z nich była martwa i sucha, co widać po sporej części tych, które zostały – Dominic oprowadza nas po inwestycji.

– W zeszłym roku straciliśmy 60 milionów kubików drzew przez suszę i choroby. – To, co widzimy to oczywiście nie jest romantyczny las – to las przemysłowy. Mimo, że wycięliśmy suche drzewa to prawo nakazuje nam odtworzenie tego lasu. Dla jednej turbiny potrzebujemy obszaru o wielkości 1 hektara. Jeśli porównasz to z ilością oszczędzonych emisji CO2 to warto poświęcić ten jeden zadrzewiony hektar lasu gospodarczego. Mówią nam to przyrodnicy związani z leśnictwem – róbcie więcej turbin, bo to zmiany klimatu naprawdę zagrażają naszym lasom – wyjaśnia.

Jedziemy dalej, a Werner Vogt specjalnie zbacza z trasy, aby pokazać nam kolejną fermę wiatrową. Wiatraki imponująco prezentują się w świetle zachodzącego słońca. Widać, że Vogt jest jednocześnie dumny i wzruszony, gdy patrzy na projekt, który wymyślił jako pierwszy w latach 90. W całej geopolitycznej zawierusze i wobec postępujących zmian klimatu, projekty takie, jak te, pokazują, jak bardzo wyprzedziły czasy, w których powstawały.

Dominic i Werner Vogt na placu budowy nowych turbin wiatrowych – fot. Maciej Fijak

“Turbiny wiatrowe nigdy się nie sprawdzą”

Na koniec naszego objazdu po okolicach Koblencji udaje nam się wejść do wnętrza jednej z turbin. W środku jest naprawdę głośno. Dźwięk jest porównywalny do odgłosów z silnika samolotu podczas kołowania na pasie startowym. – Jak widzisz nie ma teraz dużo wiatru, ale produkcja energii trwa i jest jej dużo. Ta turbina pracuje już ponad 15 tys. godzin i wyprodukowała ponad 48 tys. MWh. To niesamowicie dużo! – ekscytuje się Dominic.

– Koszty produkcji energii są bardzo ważne. Jeśli porównasz energetykę solarną i wiatrową do innych, okaże się, że jest to najlepszy, z punktu widzenia ekonomicznego, sposób produkcji energii. Kiedyś było to kwestionowane. W biurze mamy zachowany wycinek gazety z początków naszej działalności. Jeden z regionalnych szefów dużej firmy energetycznej sponsorował tę gazetę. Tytuł artykułu brzmiał: Turbiny wiatrowe nigdy nie się nie sprawdzą. Zawsze znajdą się niedowiarki. Albo lobbyści – mówi Werner.

Choć ich przedsięwzięcia są niewielkiej skali, robią różnicę w regionie. Są też świetnym modelem promowania energetyki wiatrowej. Każda strona zyskuje. Uprzejmi Vogtowie odwożą nas na dworzec w pobliskim Boppard, skąd łapiemy pociąg powrotny do Berlina. Tory prowadzą przez malowniczą dolinę Renu.

Biurokracja jest wszędzie, akceptacja dla turbin rośnie

Gerd Rosenkranz z Agory uczestniczył w wielu panelach obywatelskich, gdzie toczyły się dyskusje o elektrowniach wiatrowych. Panele obywatelskie to forma pogłębionej demokracji, proces na końcu którego stoją decyzje podejmowane przez konsensus.

– To nie są łatwe i przyjemne rozmowy. Ale po wywołaniu przez Rosję wojny na Ukrainie dyskusje wydają się zmieniać.

Mamy też ekstremalne zjawiska pogodowe w Niemczech, ogromne powodzie. Ponad 180 osób zmarło z tego powodu ostatniego roku. Ludzie zaczynają rozumieć, że musimy działać w tym kierunku. To widać też w poparciu dla partii politycznych, które reprezentują takie wartości.

Społeczeństwo musi zrozumieć, że ten nowy sposób produkcji energii, w przeciwieństwie do kopalni i elektrowni węglowych czy atomowych, jest bardziej widoczny i bliższy miejscom, w których mieszkają – podkreśla nasz rozmówca.

– Nowy rząd przygotował pakiet zmian legislacyjnych. Według niego 2 proc. powierzchni Niemiec będzie przeznaczonych na inwestycje w energetykę wiatrową. Mam nadzieję, że te przepisy będą dobrze działały. Należy jeszcze bardziej przyspieszyć procedury. Dziś trzeba od 5 do 7 lat, aby uruchomić turbinę. To się musi zmienić – mówi.

O biurokracji opowiada nam także przedstawiciel największego stowarzyszenia związanego z energetyką wiatrową. – Aby zbudować turbinę wiatrową, trzeba przestrzegać różnego rodzaju przepisów. Istnieje proces zatwierdzania, w którym musisz udowodnić, że przestrzegasz przepisów dotyczących budowy, ogólnej stabilności turbiny wiatrowej, emisji dźwięku, ochrony gatunków, rzucania cienia i innych. Proces jest bardzo złożony i zajmuje dużo czasu – przekonuje Ron Schumann z BWE.

Wnętrze turbiny wiatrowej – fot. Maciej Fijak

“Kiedy to mówię, młodzi biją brawo”

Jak mówi Schumann, Niemcy właśnie odrabiają trudną lekcję. – Zbyt długo koncentrowaliśmy się na rosyjskim gazie. Gdybyśmy podjęli niezbędne kroki już po tym, co stało się w Ukrainie w 2014 roku, bylibyśmy w znacznie lepszej sytuacji. Tego mogliśmy się nauczyć od Polski. Być może lekcją dla Was może być to, że proces zatwierdzania powinien być prosty i że można zachęcić społeczeństwo do brania bezpośredniego udziału w transformacji energetycznej. Jeśli ludzie czują bezpośrednie korzyści, to bardzo pomaga w akceptacji – podsumowuje przedstawiciel BWE.

Jeden z ekspertów w nieoficjalnej rozmowie przyznaje, że ze względu na zmiany klimatu, nie mamy tak dużo czasu, jak myśleliśmy. – Niektóre organizacje pozarządowe walczą z energetyką wiatrową. Zazwyczaj są to trzy lub cztery osoby, które razem mają 280 lat. Obok nich podczas dyskusji siedzi wiele młodych osób, a ci starsi wciąż dominują dyskusję – mówi rozgoryczony.

– Jednak jestem już w tym wieku, że mogę powiedzieć otwarcie: nie chcę dłużej słuchać, jak starsze osoby dyskutują o przyszłości młodych. Mieliście piękne, długie życie w naszym kraju, a kolejna generacja ma teraz olbrzymie problemy. I kiedy to mówię, młodzi biją brawo.

Podziel się: