Wenecja, jeden z najpopularniejszych kierunków turystycznych na świecie, staje dziś w obliczu nowego zagrożenia środowiskowego. Nie chodzi jednak o podnoszący się poziom morza, lecz o coraz cieplejsze wody Laguny Weneckiej i Adriatyku. To właśnie one sprzyjają inwazji obcych gatunków, które zaczynają zmieniać lokalny ekosystem i uderzać w rybołówstwo. Sytuacja ta może się też odbić na turystyce.
Globalne ocieplenie w przypadku Włoch to nie tylko coraz bardziej uciążliwe fale upałów i pożary. To narastający od lat problem gatunków inwazyjnych, które zagrażają lokalnej faunie takich akwenów, jak Morze Adriatyckie, w tym Laguna Wenecka. Co za to odpowiada? Przede wszystkim rosnące temperatury wód.
Morze Adriatyckie jest jednym z najszybciej ocieplających się akwenów na świecie, mimo iż nie leży na Dalekiej Północy. Jest bowiem płytkim i niemal zamkniętym akwenem otoczonym lądami. Reaguje więc bardziej niż inne morza na podobnych szerokościach geograficznych. To sprawia, że w jego wodach w ostatnich latach pojawiło się wielu – kolokwialnie mówiąc – nieproszonych gości.
Kanibalistyczna galaretnica wkracza do Laguny Weneckiej
Laguna Wenecka stała się swoistym poligonem doświadczalnym dla globalnego ocieplenia. Jednym z najbardziej widocznych i uciążliwych skutków tych przemian jest ekspansja obcych gatunków. Wśród nich niechlubne pierwsze miejsce zajmuje Mnemiopsis leidyi – żebropław znany jako „orzech morski”. Nie jest on meduzą, ale zalicza się do galaretowatych bezkręgowców. Ten pochodzący z zachodniego Atlantyku, szczególnie z przybrzeżnych wód Ameryki Północnej, bezkręgowiec uznawany jest za jeden ze 100 najbardziej szkodliwych gatunków inwazyjnych na świecie.
Najnowsze badania opublikowane w czasopiśmie Estuarine, Coastal and Shelf Science rzucają nowe światło na to, jak ten drapieżnik zdominował lokalny ekosystem i dlaczego przyszłość Laguny Weneckiej stoi pod znakiem zapytania.
Ten galaretowaty organizm na pierwszy rzut oka przypomina meduzę, ale ewolucyjnie jest od niej bardzo odległy. Mnemiopsis leidyi nie posiada parzydełek, a swoją ofiarę chwyta za pomocą lepkich komórek. Do Europy trafił prawdopodobnie w wodach balastowych statków, siejąc spustoszenie najpierw w Morzu Czarnym i Kaspijskim. Od początku XXI wieku coraz śmielej kolonizuje Adriatyk, a tu już w grę wchodzą zmiany klimatyczne, bo tamtejsze wody ocieplają się w tempie nawet 0,5 st. na dekadę – a to bardzo dużo.

– Może to zwiększyć jego występowanie w dużych skupiskach, a w konsekwencji podnieść ryzyko poważnych konsekwencji dla funkcjonowania całego ekosystemu laguny – mówi na łamach Euronews Valentina Tirelli, jedna z autorów pracy badawczej.
Warto dodać, że gatunek ten ma skłonności kanibalistyczne. Żebropław, będąc obojnakiem, potrafi uwalniać tysiące jaj dziennie, co samo w sobie jest pewnym zagrożeniem dla samego gatunku. W sytuacji braku pokarmu Mnemiopsis leidyi potrafi zjeść część swojego własnego potomstwa.
Zagrożenie dla lokalnego rybołówstwa
Analiza danych wykazała, że obecność żebropława w lagunie ma wyraźny charakter sezonowy. Populacja Mnemiopsis leidyi gwałtownie rośnie (tworząc tzw. zakwity) dwa razy w roku: późną wiosną oraz na przełomie lata i jesieni. Badacze udowodnili silną dodatnią korelację między liczebnością tych organizmów a temperaturą wody i jej zasoleniem.
Eksperymenty laboratoryjne pozwoliły wyznaczyć granice wytrzymałości tego bezkręgowca. Okazało się, że „orzech morski” jest niezwykle odporny – potrafi przetrwać w temperaturach od 10 do 32 st. C oraz przy zasoleniu w zakresie od 10 do 34 promili. Choć ekstremalne warunki (bardzo wysoka temperatura 32 st. C lub bardzo niskie zasolenie) osłabiają jego przeżywalność, to obecne trendy klimatyczne w regionie sprawiają, że Laguna staje się dla niego środowiskiem niemal idealnym.
Żebropław stanowi poważne zagrożenie dla dobrze funkcjonującego ekosystemu Laguny Weneckiej i większości wód Morza Adriatyckiego.
– Aby utrzymać bardzo wysokie tempo rozmnażania, gatunek ten jest żarłocznym drapieżnikiem zooplanktonu – wyjaśnia Tirelli. – Wykazano również, że ten żebropław poluje na jaja oraz stadia larwalne gatunków ważnych ekologicznie i gospodarczo, takich jak ryby i małże. Może to dodatkowo osłabiać odtwarzanie populacji i stabilność całego ekosystemu – dodaje.
Stwarza to poważne wyzwania dla rybaków, którzy obserwują spadek połowów, a także zapychanie sieci przez śluzowate organizmy.
– Nasze wyniki pokazują ogólny spadek połowów głównych gatunków docelowych o ponad 40 procent od momentu pojawienia się tego najeźdźcy. Najbardziej dotknięte są mątwy oraz babka trawiasta – oba gatunki stanowią ważne kulturowo i gospodarczo zasoby laguny weneckiej – zauważa badaczka.
Krab niebieski – kolejny intruz we włoskich wodach
„Orzech morski” to najgorszy gatunek inwazyjny w regionie, ale nie jedyny. Społeczności rybackie północnej części Adriatyku zmagają się już z innym groźnym drapieżnikiem. To Callinectes sapidus, czyli krab niebieski. Populacja tego ogromnego, mierzącego nawet 25 cm średnicy kraba w ostatnich latach gwałtownie wzrosła.
Ten skorupiak nie jest gatunkiem rodzimym dla włoskiego wybrzeża. Prawdopodobnie trafił tu pod koniec lat 40. XX wieku z wybrzeży Ameryki Północnej i Południowej na statkach transportowych wraz z wodami balastowymi. Jednak tak jak w przypadku żebropława za szybkim wzrostem populacji stoi globalne ocieplenie.
– Wraz z ocieplaniem się wód kraby stały się bardziej aktywne i żarłoczne. Gdy temperatura wody spadała, kraby jadły i rozmnażały się mniej intensywnie, jednak ostatnio sytuacja się odwróciła – powiedział jeden z rybaków w rozmowie z Euronews.
– Zwykle o pewnych porach roku, gdy temperatura wody spadała poniżej 10 st. C, ten krab nie radził sobie dobrze. Teraz jednak znajduje idealne warunki przez wszystkie 12 miesięcy w roku – potwierdza w rozmowie z Associated Press Enrica Franchi, biolog morska z Uniwersytetu w Sienie.

Cios w turystykę?
Te gatunki stanowią więc poważne zagrożenie dla morskiej fauny regionu, a to może źle wpłynąć na turystykę. Włochy to nie tylko zabytki z czasów renesansu, to także ceniona na całym świecie kuchnia. Jeśli zacznie brakować ryb, małż czy krewetek, ciężko będzie sobie wyobrazić frutti di mare.
A trzeba wiedzieć, że kuchnia włoska to nie tylko duma narodowa i magnes na turystów, ale potężny filar gospodarczy Italii. Turystyka kulinarna, której ważną część stanowią także owoce morza, jest warta ponad 40 mld euro. Z kolei gastronomia daje zatrudnienie 1,3 mln Włochom, to około 7 proc. całkowitego zatrudnienia we Włoszech.
Przykrą z tego powodu wiadomością jest to, że UE nie chce, by krab niebieski został wpisany na listę inwazyjnych gatunków. Powód? Ten inwazyjny gatunek jest jadalny, ale nie dla Włochów i dla turystów, którzy chcą smakować to, co włoskie. Callinectes sapidus jak na razie do frutti di mare nie należy.
- Czytaj także: Jak zmiana klimatu będzie wpływać na turystykę?
Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/Mazur Travel



















