Poprzez sztuczne obniżenie cen na stacjach rząd Polski próbuje udawać, że kryzysu paliwowego nie ma. To rozwiązanie nie tylko kosztowne, ale i problematyczne.
Po ataku Izraela i USA na Iran ceny ropy na światowych rynkach wzrosły niemal dwukrotnie. Jeszcze na początku tego roku za baryłkę ropy Brent, będącej globalnym benchmarkiem, trzeba było zapłacić ok. 60 dolarów. Od końca lutego, czyli rozpoczęcia operacji „Epicka Furia”, cena ta niemal cały czas przekracza 100 dolarów. W dniu pisania tego artykułu, czyli 21 maja, to 105 dolarów.
Żeby ograniczyć skutki kryzysu dla paliwowego, rząd wprowadził program „Cena Paliw Niżej”. W jego ramach budżet państwa dopłaca do sztucznego utrzymania cen na stacjach na niższym poziomie. Jak wyliczała rp.pl, oznacza to koszty rzędu 1,6-2 mld zł miesięcznie. Czyli 4,8-6 mld zł na kwartał i 19-24 mld zł w skali roku. Ostatnio rząd po raz kolejny przedłużył program CPN – tym razem do końca maja.
Polska nie może liczyć na niezależność w tym zakresie, bo niemal 100 proc. ropy importujemy. Nie oznacza to jednak, że jedyne, co mógł zrobić rząd, to dopłacić do sztucznego zaniżania cen. Co więcej – było to jedno z najgorszych działań, jakie mógł podjąć.
„Cenowa Polityka Nierówności”
Obniżanie cen paliw wszystkim po równo przypomina trochę to, jak funkcjonuje program 800+ – a jeszcze bardziej to, jak funkcjonował w pierwszych latach. Na początku na 500 zł od państwa mogli liczyć milionerzy posiadający dwójkę dzieci (na drugie dziecko), ale nie mogła matka samodzielnie wychowująca dziecko, która zarabiała o wiele mniej.
Obecnie najwięcej na zaniżaniu cen zyskują zaś Ci, którzy jeżdżą najwięcej – czyli często najbogatsi. W podatkach składają się na to jednak wszyscy, w tym znaczna osoby wykluczone transportowe, które auta nie posiadają. Poniekąd skrót CPN można więc rozwinąć inaczej: „Cenowa Polityka Nierówności”.
– Wprowadzając limity na ceny paliw, znowu przerzucamy publiczne pieniądze do kieszeni wszystkich, którzy samochodami na te paliwa jeżdżą – łącznie z najbogatszymi, którzy takiej pomocy nie potrzebują. Jednocześnie nie tworzymy narzędzi, które bezpiecznie przeprowadzą przez ten kryzys osoby najbardziej nim zagrożone – mówi w Jakub Gogolewski, ekspert ds. transformacji energetycznej w fundacji Mission Possible pytany przez SmogLab.
– Dopłaty do benzyny i diesla mogą na chwilę pomóc kierowcom, ale nie sprawią, że kolejny kryzys na rynku ropy nas ominie. Dopóki opieramy transport na paliwach kopalnych, dopóty importujemy globalne napięcia prosto do domowych budżetów – dodaje w rozmowie z redakcją Szymon Żuławiński, który zajmuje się transportem w Instytucie Zrównoważonej Gospodarki.
Ale krytycznie wobec dopłat do cen paliw wypowiadają się nie tylko polscy eksperci. Podobne zdanie ma również najważniejsza organizacja w branży, czyli Międzynarodowa Agencja Energetyczna.
MAE: Dopłaty to zły sygnał
„Choć nieukierunkowane środki wsparcia [czytaj: dopłaty wszystkim po równo] można wdrożyć stosunkowo szybko, stanowią one dwa główne wyzwania. Po pierwsze, powszechne obniżanie ceny paliwa, gdy podaż jest ograniczona, wysyła zły sygnał rynkowy, osłabiając zachęty do ograniczenia zużycia energii i poprawy efektywności. Po drugie, znaczna część wsparcia finansowego nie dociera do tych, którzy najbardziej go potrzebują: gospodarstw domowych o niskich dochodach, które mają trudności z opłaceniem rachunków za energię” – wyjaśnia MAE w swej niedawnej analizie.
Agencja za przykład podaje niedawne badanie w Holandii. Wykazało ono, że ok. 70 proc. korzyści z obniżenia akcyzy na paliwo odczuły grupy z przychodami średnio-wysokimi i wyższymi. To o tyle problematyczne, że to właśnie gospodarstwa domowe o niższych dochodach są najbardziej narażone na szoki cen energii.
Na przykład w szczytowym momencie kryzysu energetycznego w 2022 r. najbiedniejsze rodziny w gospodarkach rozwiniętych wydawały na energię około jednej czwartej swoich dochodów i o 4 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Z kolei rodziny ze średnimi dochodami wydawały na energię około 10 proc. dochodów i odnotowały wzrost o 2 pkt. proc.
Ale problemem są też wspomniane obciążenia dla budżetu państwa.
Dopłaty rosną wraz z długami
W odpowiedzi na kryzys energetyczny z 2022 r. rządy wydały na bezpośrednie dotacje, vouchery i obniżki podatków około 940 miliardów dolarów. Jednocześnie tylko 25 proc. tego wsparcia zostało „nakierunkowane”, czyli pomagało konkretnym grupom.
Szok z 2022 r. i wcześniejszy kryzys związany z pandemią sprawiły, że finanse publiczne wciąż są pod silną presją. Doświadczenia z tamtych lat pokazały też, że udawanie, że kryzysu nie ma, prowadzi do zbyt dużego popytu i napędza inflację.
Z tego powodu przed zbyt długim stosowaniem dotacji do paliw przestrzegają nie tylko eksperci z MAE, lecz także OECD (organizacja zrzeszająca rozwinięte gospodarki), Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska. „Bruksela stara się uniknąć powtórki kryzysu energetycznego z 2022 roku, który napędzał gwałtowną inflację i rosnące deficyty państw” – komentuje „Financial Times”.
„Jeżeli dalej będzie takie napięcie, a Donald Trump zdecyduje, że chce mieć niższe ceny u siebie w USA, to wzrosty cen będą bardzo duże. Nie jesteśmy w stanie ich długo utrzymywać na sztucznie zaniżonym poziomie, jeżeli ceny po raz kolejny gwałtownie wzrosną w Europie” – uważa Gogolewski.
- Czytaj także: Wielka elektryfikacja. Unia chce przyspieszenia wobec nowego kryzysu energetycznego
–
Zdjęcie tytułowe: Kancelaria Premiera



