Dzień bez oleju palmowego. Czy naprawdę nie powinniśmy go jeść?

Podziel się:

Żeby uprawiać olejowiec gwinejski, z którego powstaje olej palmowy, wycina się lasy deszczowe. Orangutany, nosacze, słonie, tygrysy tracą swoje siedliska. Przyroda zostaje nieodwracalnie zdegradowana. Olej trafia później do produktów, które kupujemy w sklepach. Czy da się go wyeliminować z diety? Inicjatorzy “dnia bez oleju palmowego” uważają, że tak.

1 lutego już kilka lat temu został ogłoszony małym ekologicznym świętem. Dzień bez oleju palmowego ma zwracać uwagę na problem i edukować konsumentów. Przekonać ich, żeby czytali składy produktów, które kupują. Robienie zakupów bez oleju palmowego jest, szczególnie w Europie, bardzo trudne – możemy go znaleźć w słodyczach, słonych przekąskach, zupach instant, fast-foodach, a nawet kosmetykach i karmach dla zwierząt. Jest używany także do produkcji biopaliw – choć Parlament Europejski zadecydował, że do 2021 tego typu paliwo będzie zakazane.

Polska, według danych organizacji WWF jest jednym z największych importerów oleju palmowego w UE. W 2017 roku trafiło do nas aż 248 tys. ton oleju pod postacią surowca i 188 tys. ton produktów z jego wykorzystaniem. Od 2004 jego import do Polski wzrósł o 150 procent. Na całym świecie rocznie produkuje się około 66 milionów ton oleju palmowego.

Dlaczego jest tak szkodliwy?

Przede wszystkim dlatego, że przyczynia się do wylesiania Malezji i Indonezji – czyli dwóch krajów, które eksportują najwięcej tego surowca. “Plantacje najczęściej powstają tam, gdzie rosły lasy deszczowe. Mogłyby być zakładane w miejscach niezalesionych, płaskich, nieporośniętych cenną roślinnością i niestanowiących siedlisk dla zwierząt” – mówił w rozmowie ze SmogLabem dr Andrzej Węgiel z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. “Ale plantatorom łatwiej jest usunąć las, bo dodatkowo mogą zarobić ze sprzedaży drewna. Może się wydawać, że takie uprawy nie są aż tak złe, bo w końcu to również zielony, zadrzewiony teren. Jednak bioróżnorodność lasów tropikalnych i plantacji jest nieporównywalna” – dodał. Naturalne lasy w Indonezji, Malezji i Tajlandii są uznawane za jedne z najbogatszych ekosystemów na świecie – zajmują zaledwie 3 proc. światowej powierzchni lądów, ale zarejestrowano tam ponad 20 proc. znanych gatunków organizmów żywych, w tym 25 proc. gatunków ptaków. Kiedy lasy są wypalane lub wycinane pod uprawę olejowca, swoje siedliska tracą m.in. słonie, tygrysy, nosacze i orangutany. Wiele z nich tych zmian nie przeżywa.

Dlaczego więc jest tak powszechny?

Bo jest najtańszy. Jest łatwy w obróbce i przechowywaniu, nie psuje się w temperaturze pokojowej. Plantacje olejowca są bardzo wydajne. Do tego dochodzą niskie koszty ziemi i siły roboczej w Malezji i Indonezji.

Producentom łatwiej i taniej jest więc sprowadzić olej palmowy z dalekiego kraju, niż wykorzystać inne rośliny olejowe, rosnące w naszym klimacie – jak na przykład rzepak.

Jakie jest rozwiązanie?

Przeciwnicy używania oleju palmowego podkreślają, że można go łatwo zastępować. Zamiast szkodliwego surowca, można używać olejów rzepakowych, słonecznikowych czy z oliwek. Bez szkód dla środowiska uprawia się masłosza Parka, wykorzystywanego do produkcji oleju shea. Zdaniem dr Węgla, dobrą, aczkolwiek wciąż mało popularną alternatywą, jest olej z alg.

Odmienne zdanie mają przedstawiciele organizacji WWF. ” Zamiana jednego oleju na drugi nie rozwiąże problemów, a jedynie przesunie je w inne regiony, wygeneruje wzrost emisji gazów cieplarnianych i stworzy zagrożenie dla będących pod ochroną zwierząt i roślin. Gdybyśmy chcieli, aby we wszystkich konsumowanych przez Polaków produktach były tylko oleje, które pochodzą z naszego kraju – potrzebowalibyśmy terenu, tylko pod uprawy, równego trzem obszarom Polski” – czytamy stronie WWF. W opublikowanym przez organizację raporcie wyliczono, że produkcja czterech substytutów oleju palmowego (rzepakowy, kokosowy, słonecznikowy i sojowy) wymagałaby czterokrotnego zwiększenia areału produkcyjnego. Ich zdaniem jednym słusznym rozwiązaniem problemu z degradującymi środowisko uprawami olejowca, jest ich certyfikowanie.

Najbardziej znaną certyfikacją jest RSPO ( Okrągły Stół ds. Zrównoważonego Oleju Palmowego, ang. Roundtable on Sustainable Palm Oil), która ma potwierdzać, że uprawy są prowadzone w zrównoważony sposób, nie niszcząc lasów deszczowych i siedlisk zwierząt. Obecnie około 20 proc. światowych upraw jest objętych certyfikatem RSPO. W Okrągłym Stole zrzeszone są organizacje ekologiczne, ale także plantatorzy, producenci żywności i sprzedawcy produktów zawierających olej palmowy.

“Różnica między certyfikowaną a niecertyfikowaną plantacją nie jest aż tak duża. Na obszarach objętych certyfikacją RSPO odnotowano degradację siedliska wywołaną przez wylesienia czy celowe wzniecanie pożarów” – pisał dr Węgiel w tekście dla OKO.press, powołując się na publikację w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Science of the Total Environment” .

Doktor Węgiel zaznacza, że większa powierzchnia upraw roślin oleistych wcale nie musi oznaczać większej utraty bioróżnorodności. Tropikalne lasy deszczowe charakteryzują się o wiele większą różnorodnością biologiczną niż zwykłe tereny rolnicze. Dlatego nawet większa uprawa np. rzepaku jest dla środowiska mniej szkodliwa niż plantacja olejowca.

Jeść czy nie jeść?

Lepiej nie jeść. Olej palmowy (przez producentów opisywany często jako “tłuszcz roślinny”, żeby zmylić konsumentów) znajduje się przecież najczęściej w niezdrowych, przetworzonych, słodkich albo bardzo tłustych produktach. Nie są nam w diecie potrzebne.

Dlatego warto je ograniczyć – nie tylko z okazji dnia bez oleju palmowego.

Zdjęcie: Makhh/Shutterstock

Podziel się:
Wesprzyj nas!

Ładowanie danych zbiórki...

Wesprzyj SmogLab!