Dziura ozonowa.

Najbardziej optymistyczna opowieść współczesnego świata, którą jednak mało kto zna

Jeżeli dorastaliście na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, to jest dobra szansa, że dzieciństwo upłynęło wam pod znakiem Teleranka, Alfa, Świata według Bundych i dziury ozonowej. Jak chodzi o tę ostatnią to – tak to pamiętam – mówiono o niej wszędzie bardzo dużo, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, o co chodzi. Kojarzono ją głównie z tym, że trzeba przestać używać dezodorantów, bo jak tego nie zrobimy, to dojdzie to ogólnoświatowej katastrofy. Później – jakoś na przełomie wieków – nagle przestano o niej mówić. Historia tego jak ten temat wypadł z wydań wiadomości, a później w ogóle zniknął z mediów, jest najbardziej optymistyczną opowieścią współczesnego świata. Zaraz ją opowiem. Ale wcześniej poproszę was, żeby na chwilę zatrzymać się, przy dającej do myślenia ciekawostce.

Jest to bowiem ciekawostka związana z tematem, a wiele mówi o tym, jak dużo nie wiemy – stanowi więc świetną odtrutkę na ludzką arogancję. Otóż momentem, w którym byliśmy dotąd najbliżej globalnej ekologicznej katastrofy były lata 20. ubiegłego wieku. To wtedy zaczynano produkcję pierwszych lodówek i wahano się, czy czynniki chłodzące oprzeć na chlorze, czy raczej na bromie. Zdecydowano się na chlor. Na nasze szczęście, bo gdyby wówczas wygrał brom, to jest duża szansa, że dziś by nas tutaj nie było. Wszystko dlatego, że o ile chlor niszczy warstwę ozonową konsekwentnie, ale powoli, to brom robi to znacznie szybciej i gdybyśmy wypuścili go do powietrza tyle, ile wypuściliśmy chlorofluorowęglowodorów (lepiej znanych jako freony), to nie zdążylibyśmy się nawet zorientować, co nas wykończyło. „Dziura ozonowa”, cytując Paula Crutzena, który za dowiedzenie tego, że ta jest naszym dziełem, otrzymał Nobla w dziedzinie chemii, „w latach 70. XX wieku byłaby już globalnym, całorocznym zjawiskiem, a nie tylko fenomenem antarktycznej wiosny.”

Świat czerniaka i zaćmy

A nie byłby to wesoły świat. Warstwa ozonowa jest bowiem czymś w rodzaju filtra słonecznego ziemi, który zatrzymuje 95 proc. ultrafioletowego promieniowania słońca. Nas chroniąc między innymi przed rakiem skóry, zaćmą i problemami z układem odpornościowym, a ekosystemy naszej planety, szczególnie morskie, także przed długą listą innych plag. Dlatego też prognozy dotyczące tego, jak wyglądałaby Ziemia pozbawiona swojego słonecznego filtra – robiła je między innymi NASA – są dość zgodne: zaczęłoby się od epidemii nowotworów skóry, później zaczęlibyśmy masowo ślepnąć, wreszcie załamałyby się ekosystemy zapewniające pożywienie, a efektem byłby upadek cywilizacji. Wzrost liczby zachorowań na czerniaka dał się zresztą zaobserwować w wielu miejscach, które jako pierwsze zdążyły odczuć dziurę w warstwie ozonowej. Na przykład w Punta Arenas w Chile, najbardziej na południe wysuniętym mieście świata – donosi o tym Tim Flannery w świetnej książce „The Weather Makers” – między 1994 i 2004 rokiem liczba przypadków wzrosła o 66 proc. W USA ćwierć wieku wystarczyło, by ryzyko zachorowania wzrosło o 150 proc. Powodem jest to, że do Ziemi dociera więcej promieni ultrafioletowych, bo mniej odbija ozon.

Znów cytując Crutzena, „bardziej za sprawą szczęścia niż rozumu, nie doszło do takiej katastrofy”. Choć szczęście nie wystarczyłoby do tego, by ją powstrzymać. Potrzebna była zbiorowa mądrość, zaufanie do nauki oraz umiejętność współpracy. I wszystko to ludzie w tej sprawie pokazali.

Dziura ozonowa

Ozon w laboratorium odkryto w 1830 roku. Dwadzieścia lat później potwierdzono, że znajduje się także w atmosferze. Nieco później zorientowano się, że jest ważny, bo chroni nas przed promieniowaniem ultrafioletowym. A w XX wieku zaczęto mierzyć jego poziom. Miarą są do dziś „jednostki Dobsona”, które nazwano tak, by uhonorować naukowca z Oksfordu, który opracował między innymi urządzenie pozwalające mierzyć stężenie ozonu w atmosferze. Wreszcie w okolicach 1950 roku powołano międzynarodowy projekt badawczy, który miał zajmować się badaniem warstwy ozonowej. Na szczęście, bo bez tego nie wiedzielibyśmy, że coś nam zagraża.

Zaangażowani w jego prace naukowcy wkrótce zaobserwowali, że nad Antarktyką dzieje się coś dziwnego i warstwa ozonowa staje się coraz cieńsza. O ile w 1955 roku było go tam 320 jednostek Dobsona (o dziurze mówi się poniżej 220 „Dobsonów”), to 20 lat później było ich już tylko 280. Ten z pozoru niewielki spadek był znacznie szybszy od wszystkiego, czego można było się spodziewać. I tak zaskakujący, że początkowo zignorowano odczyty, uznając, że muszą być błędem aparatury pomiarowej. Później okazało się, że aparatura działała w porządku i w 1995 roku Dobsonów było nad Antarktyką tylko 90. Wtedy wiedzieliśmy już jednak dlaczego i działaliśmy.

„Praca idzie dobrze, ale wygląda na koniec świata”

Z nieświadomości ludzi wyrwało trzech naukowców. Paul Crutzen, Mario Molina i Sherwood Rowland, którym udało się dowieść, że dziura jest wynikiem działania człowieka. A dokładnie tego, że freony, uważane wcześniej za związki bardzo stabilne i przez to bezpieczne dla środowiska, po przedostaniu się do stratosfery, są powoli rozbijane przez promieniowanie UV i uwalnia się z nich chlor. A chlor niszczy ozon. Najszybciej działa w niskich temperaturach, co było powodem tego, że dziura pojawiła się nad Antarktyką – dopiero wiele lat później zaczęto obserwować rozpad warstwy ozonowej nad biegunem północnym, gdzie powietrze jest cieplejsze lub może raczej mniej zimne.

Jednocześnie zaczęto szacować i modelować skutki bezczynności. Wynikało z nich, że jeżeli nic nie zrobimy, to do 2050 roku zniknie 2/3 warstwy ozonowej. Co – za symulacjami NASA – oznaczałoby, że rakotwórcze promieniowanie UV docierające na ziemię w strefie umiarkowanej byłoby silniejsze o 650 proc. To przełożyłoby się na gwałtowny wzrost zachorowań, ale też na przykład na to, że wystarczyłoby pięć minut na słońcu, by stać się ofiarą słonecznego poparzenia.

Najbardziej optymistyczna historia współczesnego świata

Tak się jednak nie stało, bo kiedy ludzie zorientowali się, co się dzieje, zaczęto działać. A nie była to łatwa sprawa, bo freony stosowano w bardzo wielu gałęziach przemysłu, a zyski z ich wykorzystania liczono w miliardach dolarów. Dlatego firmy, które czerpały z tego korzyści, starały się zablokować zmiany, a naukowcom dorobić gębę nieszkodliwych pomyleńców, których pomysły zagrażają poważnym interesom gospodarczym. Decydenci nie dali im się jednak zwieść, docenili wartość pracy badaczy oraz skalę zagrożenia i zaczęli działać. Pokazali, że kiedy istnieje taka potrzeba, ludzie potrafią skutecznie reagować i współpracować, by uniknąć zagrożenia i rozwiązać problemy. Szybkość, skala i skuteczność tej reakcji, powoduje, że jest to jedna z najbardziej optymistycznych historii, która da się dziś o nas opowiedzieć. A kilka lat później przyszły efekty.

W 1985 podpisano „Konwencję wiedeńską w sprawie ochrony warstwy ozonowej”, w której sygnatariusze zobowiązywali się do prowadzenia pomiarów oraz ograniczania emisji freonów. Ten układ był jeszcze pozbawiony „zębów”, ale wytyczył ścieżkę do kolejnego i dwa lata później 20 krajów podpisało Protokół Montrealski. Sygnatariusze zobowiązali się w nim do rezygnacji z freonów. Do dziś podpisało go 160 krajów. „Rezultat jest taki, że dziś cały świat rezygnuje z używania freonów i emisje spadły o 90 procent lub więcej od ich najwyższych poziomów”, pisał prof. Guus Velders na łamach Scientific American i dodawał, że jest to wzór dla świata walczącego ze zmianą klimatu.

A w całej sprawie są jeszcze dwie ważne informacje.

Pierwsza jest taka, że firmy, które zrezygnowały ze stosowania freonów zamiast stracić, zarobiły. Zmiana wymusiła bowiem wyjście ze strefy komfortu i poszukania nowych alternatyw dla starych rozwiązań. I nowe rozwiązania okazały się być dla firm tańsze.

Druga to cytat z artykułu, który pojawił się w listopadzie na łamach Deutsche Welle:

„Nareszcie mamy dobre wieści na temat środowiska: ochrona warstwa ozonu wokół Ziemi zaczęła się odbudowywać. Leczenie postępuje w tempie 2 procent rocznie od 2000 roku i oznacza, że dziura może całkowicie zniknąć do połowy wieku.”

Fot. Flickr/NASA’s Marshall Space Flight.

Dodaj komentarz