Hydrobetonoza – ochrona przeciwpowodziowa po polsku

230
0
Podziel się:

Polski nie stać na dalsze utrzymywanie skompromitowanego systemu ochrony przeciwpowodziowej i zwiększanie strat powodziowych. „Potrzebujemy nowoczesnego, zintegrowanego systemu ochrony przeciwpowodziowej opartego na współczesnej wiedzy i korzystającego z bogatych doświadczeń innych państw” – mówią ekolodzy. Tymczasem nasz rząd betonuje i śni o połączeniu nas z Dunajem.

Ochrona przeciwpowodziowa po polsku to hydrobetonoza i nieporozumienie. Jak jest, a jak być powinno? Zapytaliśmy o to ekspertów.

Przez ostatnie 25 lat Polska nie wyciągnęła lekcji z bolesnych doświadczeń, do których doprowadził brak odpowiedniej ochrony przeciwpowodziowej. Dlatego w rocznicę powodzi 1997 r. ekolodzy z Międzynarodowej Kolacji Czas na Odrę zebrali się w centrum Wrocławia przy tablicy upominającej wysokość fali powodziowej sprzed ćwierć wieku. Na tablicy widnieje napis: „Powódź to dzieło człowieka”. Miejsce jest znamienne, bo podkreśla tragedię, z jaką mieszkańcy musieli się zmierzyć oraz absurd polegający na dalszym braku odpowiedniej ochrony przeciwpowodziowej. Ekolodzy uświadamiali jakie błędy popełniono i w co należałoby zainwestować, żeby historia się nie powtórzyła. Regulacja rzek, budowa wałów przeciwpowodziowych i zbiorników zaporowych nie są złotym środkiem na zagrożenie niesione przez widmo powodzi. Te działania to nie jest ochrona przeciwpowodziowa. W dobie zmian klimatycznych zrozumienie tego jest konieczne.

Ekolodzy uświadamiają o problemach z ochroną przeciwpowodziową, na budynku tablica pamiątkowa. Fot. W. Mikłaszewski

Regulacja rzek to nie jest ochrona przeciwpowodziowa

“Najczęściej popełnianym błędem w historii ochrony przeciwpowodziowej było przekonanie, że rzekę można wtłoczyć w jej koryto, lub w koryto i wąskie międzywale, nie pozwolić jej na rozlewanie się po dolinie. Przykładem takiego podejścia są kamienne, betonowe koryta rzek przecinające nasze miasta i wioski, domy zlokalizowane przy tych korytach, wały budowane blisko koryta rzek, także poza miastami. Drugim błędem było przekonanie, że w każdym przypadku przyspieszenie odpływu wód z danego terenu jest dobrym rozwiązaniem” – pisał dr Wojciech Jankowski*.

Ignorowanie naturalne zdolności retencyjnych  zlewni, pozwalanie na niekontrolowaną zabudowę terenów zalewowych, ograniczanie pojemności dolin rzecznych poprzez budowę obwałowań – to tylko niektóre błędy. Przybywa powierzchni uszczelniających glebę i przyspieszających spływ wód, postępuje regulacja i kanalizacja rzek. Zmiany te nie tylko zwiększają ryzyko powodzi, ale i suszy.

– Powódź na Odrze w 1997 r. została pierwotnie wyolbrzymiona jako „powódź tysiąclecia”, a obecnie częściowo zapomniana. (…) Pojęcie powodzi tysiąclecia ukuto by motywować do regulacji rzek i przykryć błędy w zarządzaniu. Z drugiej strony tej skali zagrożenie może się pojawić choćby i w przyszłym roku, a zsumowane straty z mniejszych powodzi też są gigantyczne – dlatego właśnie powinniśmy zmienić nasze podejście do wód, rzek i dolin – powiedział Krzysztof Smolnicki z Fundacji EkoRozwoju oraz Międzynarodowej Koalicji Czas na Odrę.

O pojęciu „powódź tysiąclecia” i tym, dlaczego jest ono błędne pisaliśmy tutaj.

Istnieje możliwość ograniczenia strat po powodziach przy zachowaniu i wykorzystaniu walorów przyrodniczych dolin rzecznych. W krajach Unii Europejskiej odchodzi się obecnie od technik regulacji rzek jako metody ochrony przeciwpowodziowej. Rozwiązań alternatywnych korzystnych dla ludzi i natury jest wiele. Stosuje się choćby rozszerzanie rozstawu obwałowań i likwidacja wałów, które nie chronią ludzi bądź cennej infrastruktury. Łączy się to z rewitalizacją terenów nadrzecznych, wykupami gruntów oraz rekompensatą finansową dla ich użytkowników. Stopniowa wymiana nieprzepuszczalnych materiałów używanych m.in. do budowy parkingów na pokrycia umożliwiające pochłanianie wód opadowych to kolejna dobra praktyka.

Ochrona przeciwpowodziowa kiedyś i dziś

Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA, były wiceminister środowiska, dawniej poseł na Sejm i współprzewodniczący Partii Zieloni wyjaśnia w rozmowie ze SmogLabem co jest, a co zdecydowanie nie jest racjonalną ochroną przeciwpowodziową.

– We Wrocławiu i na Odrze wykonano rożne inwestycje związane z ochroną przeciwpowodziową. Dużą inwestycją był wrocławski węzeł wodny, czyli poprawa śluz, nabrzeży i urządzeń hydrotechnicznych w mieście. Pewien efekt przynosi odbudowany kanał ulgi na Widawie, który w wypadku powodzi przepuści dodatkowe 300 m3/sek. wody. To jest mniej więcej 10 proc. tego, co płynęło w 1997 r. , czyli można powiedzieć, że poprawiliśmy bezpieczeństwo i ochronę przeciwpowodziową o 10 proc. w stosunku do tak dużej powodzi jak była 25 lat temu. Ten kanał ulgi jest chyba jedynym rzeczywiście wymiernym efektem z technicznych inwestycji w ciągu 25 lat mających poprawić bezpieczeństwo powodziowe miasta.

Hydrotechnicy chwalą się też wielkim zbiornikiem Racibórz. Ten zbiornik ma poprawiać bezpieczeństwo powodziowe Wrocławia. Jest on jednak bardzo daleko od miasta, a im bliżej by się znajdował, tym parametry ochrony przeciwpowodziowej byłyby lepsze. W pewnych okolicznościach i przy mniejszych powodziach może on przyjmować falę powodziową i złagodzić jej skutki dla Wrocławia. Ale na podstawie ekspertyz prowadzonych kiedyś przez komisję sejmową ochrony środowiska dla Zbiornika Czorsztyńskiego można stwierdzić, że zbiornik Racibórz może tę falę powodziową we Wrocławiu zmniejszy raczej o kilka, niż kilkadziesiąt cm. Wszystko zależy też od tego, gdzie będzie padało. W dobie zmian klimatycznych ulewa może nastąpić wszędzie, np. poniżej zbiornika w Raciborzu. – Trzeba by stawiać zbiornik na każdym dopływie, a to jest droga donikąd, bo do zastąpienia całej ciągle naturalnej zlewni „hydrotechniką” – tłumaczy Gawlik.

Hydrobetonoza i brak wniosków

– Te przykłady prowadzą mnie do ogólnego wniosku, że przez ostatnie 25 lat lobby hydrotechniczne (jak ja je złośliwie nazywam – hydrobetonowe) postawiło wyłącznie na techniczną ochronę powodziową. Tzn. na zbiorniki, wały, czyli inżyniera i technika. Tymczasem wszystkie doświadczenia światowe, np. niemieckie na Renie, czy amerykańskie na Missisipi i Missouri, dowiodły, że możemy podwyższać wały na 30 m i sądzić, że jesteśmy chronieni. Zawsze jednak przychodzi wyższa powódź i te wały zawodzą – ofiar ludzkich i strat jest więcej. Ich przeciwpowodziowe działanie jest więc złudne.

Jak przypomina Gawlik, po powodziach w latach 90-tych, ówczesny kanclerz Niemiec powiedział: „dajmy rzekom ich przestrzeń”. Zaczęto wtedy tworzyć poldery zalewowe, a nie podnosić wały; renaturyzować rzeki, powiększać retencję.

Renaturyzacja rzek jest konieczna

– Na dobrą sprawę na rzekach zrenaturyzowanych, jak np. Biebrza, nie ma powodzi. Tam się podnosi stan wód i mieści się to w dolinie rzecznej. Ludzie nie wkraczają w te doliny z zabudową. My po prostu postawiliśmy na technikę, bo wcześniej zabudowaliśmy tereny zalewowe, a nie na różne inne rzeczy, które też można wykonać bardziej efektywnie – tłumaczy prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA.

Jest to np. renaturyzacja rzek, rozsuwanie wałów (też technika, lecz skuteczna). Teraz robi się niestety rzeczy przeciwne, czyli odbudowywanie wałów przeciwpowodziowych w tych samych miejscach, podwyższanie ich. – Jak pokazuje historia, w końcu nastąpi większa powódź i woda te wały zniszczy lub się przez nie przeleje – wyjaśnia Gawlik.

– Ja nie mówię, żeby tego wcale nie robić. Skoro już człowiek zabudował miasta i jest nad rzekami, to jakieś minimum musi być wykonane. Za bardzo jednak skoncentrowano się na technice (w 90-95 proc.) i wierze w nią. Ta technika nie ochroni nas przed naturą, bo nigdzie w świecie się to nie udało.

Szczegółowo pokazano to 12 lat temu w stanowisku naukowców i organizacji społecznych pt. „Co dalej po powodzi?”. Po doświadczeniach powodziowych w Polsce powiedzieli „dość” technice. Eksperci zarekomendowali nietechniczne działania. Ważną rolę powinna odegrać edukacja, prognozowanie i ostrzeganie, tworzenie lokalnych planów ochrony przeciwpowodziowej, przygotowanie ludzi do ewakuacji.

Czytaj również: Na powodzie i na susze sposób jest ten sam. Holendrzy już to robią

Regulacja rzek to marnowanie pieniędzy

– W górskich rejonach – jak Kotlina Kłodzka – żaden zbiornik nawet tzw. suchy, który ma większą pojemność powodziową, nas nie ochroni. Regulacja to jest jedynie wydawanie pieniędzy i przyspieszanie spływów wód. Techniczna strategia jest skoncentrowana na spuszczaniu wody w dół. Tzn. odprowadzamy ją, ale ona gdzieś się przecież wylewa. Niekoniecznie na Bałtyku – może to być np. u sąsiadów w gminie lub mieście. Rowy melioracyjne działają tylko po to, żeby wodę spuścić – nie ma zastawek. Rzeki się prostuje i bardzo blisko obwałowuje (np. Ślęza). Renaturyzacja rzek to powstrzymuje. Strategia przeciwpowodziowa i strategia walki z suszą (czyli drugą stroną powodzi) powinny polegać na zatrzymywaniu wody, jej retencjonowaniu.

Gdzie zatrzymywać wodę? W lasach, w ściółce leśnej, w dolinach rzecznych. Należy rozszerzać te doliny i przywracać poldery zalewowe. W miastach zalewanych przez nawalne deszcze istotne jest rozszczelnianie terenów zabetonowanych. Widać to na przykładzie zabetonowanego Wrocławia, któremu zagraża już większy opad deszczu. Było to widoczne teraz, w ostatnich dniach lipca. Opad nawalny nie miał w co wsiąknąć, więc na chodnikach i jezdniach stała woda, a na Psim Polu ludziom wlała się do piwnic i mieszkań- z dala od rzeki.

Ekologiczna ochrona przeciwpowodziowa

Czy ochrona przeciwpowodziowa może być ekologiczna? Jak najbardziej. Zdaniem Gawlika rozszerzanie wałów, poszerzanie dolin rzecznych, stwarzanie tam możliwości retencji jak najbardziej wpisują się w działania przeciwpowodziowe chroniące bioróżnorodność. Bez wątpienia ochrona łęgów, bagien, mokradeł, oczek wodnych i torfowisk jest niezbędna. Te ostatnie działają jak gąbka pochłaniając i oddając wodę oraz przyczyniając się zarówno do ochrony przeciwpowodziowej, jak i zachowania bioróżnorodności. Zamiast więc osuszać torfowiska i mokradła, należy je chronić, a zdegradowane przywracać. Takie plany są między innymi w Sudetach. Strategia przeciwpowodziowa i walki z susza powinna polegać na zatrzymywaniu wody w krajobrazie, powiększaniu terenów zalewowych i retencyjnych, rozszczelnianiu obszarów w miastach. Takie działania przyczyniają się do zwiększania bioróżnorodności.

Wspomniana tabliczka upamiętniająca powódź 1997 r. przykuta na budynku przy ul. Traugutta we Wrocławiu.

Choć to duże uproszczenie, “ci sami” ludzie, którzy szeregiem złych decyzji przyczynili się do braku odpowiedniej ochrony przeciwpowodziowej, musieli później mierzyć się z fatalnymi skutkami kataklizmu. Tym pierwszym powieszono powyższą tabliczkę. Tym drugim zaś tę:

Tablica upamiętniająca bohaterską walkę Wrocławian o miasto podczas powodzi 1997 r. Wycinek z: : Powódź. Wrocław, lipiec 1997 r., Mariusz Urbanek

Co ciekawe, tablica z fragmentem tekstu piosenki Stanisława Sojki została umieszczona w pobliżu obronionego przez Wrocławian wału na Biskupinie. “…I aby żyć, siebie samego trzeba dać” – mieszkańcy Wrocławia są aż zanadto świadomi znaczenia cytowanych słów. Szkoda, że decydującym o kształcie ochrony przeciwpowodziowej tej świadomości brakuje. Dlaczego?

Czytaj także: Powódź 1997 r. okiem Wrocławian: „Pełna mobilizacja do walki”

„Ochrona przeciwpowodziowa” za pół miliona dolarów – sen PiS-u o barkach

– Niestety na Odrze dzieje się teraz coś zupełnie odwrotnego [do ekologicznej ochrony przeciwpowodziowej – przyp. red.]. Odtwarza się ostrogi kamienne, czyli powtórnie kamienuje rzekę na wzór tego, co było 100 lat temu. Nasz obecny rząd tak zdecydował i nazywa to „ochroną przeciwpowodziową”. Ma ona też polegać na tym, że na Odrę wpłyną lodołamacze – tłumaczy Gawlik. – I teraz szukaj lodu do łamania w tej ciepłej przyszłości, która nas czeka – dodaje ironicznie.

Jak wylicza Gawlik, na to właśnie idzie około 0,5 mln dolarów pożyczki z Banku Światowego.

–  To jest zgroza. Robi się to jedynie pod kątem żeglugi śródlądowej, żeby – rzekomo – mogły tam pływać lodołamacze, a chodzi o barki. Nie wierzę w nie. Dziś spuszcza się wodę na Stopniu w Brzegu Dolnym po to, żeby one mogły popłynąć. Ten koszt spuszczonej wody jest astronomiczny. Pewnie taniej by było przewieźć te towary helikopterami, niż barkami, ale PiS się uparł i chce zrobić z Wisły i Odry drogi wodne. Zamierza połączyć je kanałami z Dunajem i te gigantomańskie plany niestety realizuje. 

Prezes Stowarzyszenia EKO-UNIA tłumaczy nam, że takie działanie zwiększa zagrożenie powodziowe i szkodzi bioróżnorodności- Naturze 2000. Są na to ekspertyzy polskie i niemieckie. A transport i barki, które miałyby tam płynąć, to tylko iluzja, która nigdy się nie ziści. Dlaczego? Ze względów logistycznych. W dzisiejszych czasach producenci chcą mieć dostawy komponentów na czas i nie mogą sobie pozwolić na ryzyko, że barki nie popłyną przez suszę czy powódź. – Jest to absurd ekologiczny i ekonomiczny – podsumowuje Gawlik.

Czytaj także: Gdy wielka fala zalała Wrocław: „Pamiętam jak baliśmy się zasnąć”

W ramach akcji “Powódź 97. Ćwierć wieku później” opisujemy dramatyczne wydarzenia sprzed 25 lat.

Źródła dodatkowe:

“Czy można pogodzić ochronę przyrody z ochroną przeciwpowodziową?”, W. Jankowski w: Ekologiczne metody zapobiegania powodziom

“Co dalej po powodzi?” ze strony internetowej Instytutu Spraw Obywatelskich

“Powódź. Wrocław, lipiec 1997 r.”, Mariusz Urbanek

Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/Vladyslav Horoshevych

Podziel się: