Powódź 1997 r. okiem Wrocławian: „Pełna mobilizacja do walki”

61
0
Podziel się:

Nad domami latały helikoptery i zrzucały paczki z prowiantem. Trującą wielką wodą brodzili ludzie. Wokół pływały pontony. Wszyscy ostrzegali wrocławian przed trupim jadem, ale niejednokrotnie wejście do wody było jedyną możliwością zdobycia napojów czy pożywienia.

Dotarliśmy do naocznych świadków tragicznej powodzi 1997 r. i daliśmy głos wrocławianom. Wspominają jak jeździli Starami rozwożąc worki z piaskiem, jak układali je dniami i nocami. Byli wyczerpani, lecz ciągle heroicznie walczący. Każdy wspomina niezwykłą jedność i poczucie wspólnoty. Dlaczego akurat wtedy się one zrodziły? Na to pytanie odpowiedziała nam psycholożka, która również brała udział w obronie miasta.

Pokolenie powodzi. „Jeździliśmy Starami i rozwoziliśmy worki z piaskiem”

Mariusz Urbanek w książce „Powódź Wrocław, lipiec 1997” pisał: „Podczas budowania wałów zrodziła się wspólnota, którą szybko nazwano trzecią Solidarnością. Do noszenia worków stanęli obok siebie sąsiedzi, którzy wcześniej nie mówili sobie nawet „dzień dobry”. (…) Każde pokolenie musi przejść własną próbę jakości. (…) Dla młodych ludzi, o których mówiono, że są pokoleniem pozbawionym ideałów, taką próbą była powódź.”*

Postanowiliśmy zapytać o to u źródła i wysłuchać historii świadków tych niezwykle trudnych czasów. Marcin Stanek opowiedział SmogLabowi o powodzi okiem nastolatka, który w niezwykły sposób pomagał bronić Wrocław, przeżywając jednocześnie groźne, jak i ekscytujące chwile. Chęć pomagania przeplatała się ze wstrząsającymi widokami i sytuacjami.

– W 1997 r. miałem 16 lat. Mieliśmy taką swoją ekipę z osiedla – było to około trzydzieści osób, w tym dwie dziewczęta. Byliśmy w wieku 13-20 lat i postanowiliśmy nieść pomoc wożąc worki  z piaskiem tam, gdzie były najbardziej potrzebne. Mieliśmy do tego dwie ciężarówki – Stary. Przez walkie-talkie porozumiewaliśmy się z „dowodzącym”, który komunikatami kierował nas kolejno w różne miejsca Wrocławia. Jeździliśmy za zgodą rodziców, od świtu do zmierzchu, przez kilka dni.

Przemieszczanie się było w trakcie powodzi niezwykle trudne, fot. B. Pawliszewska

Jak opowiedział SmogLabowi, cała akcja jeżdżenia ciężarówkami zaczęła się koło Astry, zaraz przy zajezdni. – Jeździliśmy od Stabłowic i Maślic, przez Świdnicką oraz Piłsudskiego. Bardzo dużo worków rozstawiliśmy też wzdłuż ul. Lotniczej. Na ul. Balonowej wejścia do bram to była dosłownie fortyfikacja z worków z piaskiem. – Świadek wspomina naturalną chęć pomagania godną podziwu wśród tak młodych osób. Powódź 1997 r. zbliżała.

– To była pełna mobilizacja. Nikt nie myślał wtedy o wakacjach. Wręcz przeciwnie – każdy zastanawiał się jak może pomóc. Niesamowite było zaangażowanie i zjednoczenie wrocławian.

Młodzieńczy zapał i chęć pomocy

– Kiedy dojechaliśmy do pewnego domku na Stabłowicach, wyszła nam naprzeciw starsza pani i bardzo prosiła, żeby te worki zrzucać akurat u niej. Wiedzieliśmy, że nie ma szans jej uratować, po przy jej domu było rozlewisko na 300 m wody z obu stron. Mimo to zrzuciliśmy u niej sporo worków z piaskiem. Tak naprawdę potrzebne by były tysiące takich ciężarówek z workami, żeby móc ją ochronić – wspomina.

Jak dodaje, wrocławianie byli im niezwykle wdzięczni za pomoc. Nie mogli dać chłopcom wiele, ale w podzięce dzieli się z nimi jabłkami. Ludzie dawali chłopcom kanapki, wodę i inny prowiant, a nawet papierosy. Rzucali nam na ciężarówki kartony z tymi darami. Ich życzliwość była odczuwalna na każdym kroku. Większość emanowała dobrocią.

Przejście podziemne przy dawnym pl. 1 Maja, fot. B. Pawliszewska

Jedno ze wspomnień, które najbardziej utkwiło w pamięci pana Marcina dotyczy siły wielkiej wody. Kiedy młodzież jechała przejściem podziemnym przez pl. Strzegomski, pojawił się bardzo silny prąd wodny. – Drugą ciężarówkę dosłownie zmiotło. Została zmieciona. Byliśmy wtedy po prostu przerażeni siłą tego prądu. Mieliśmy akurat wezwanie na dawny pl. 1 Maja (obecnie pl. Jana Pawła II), ale przez ten prąd musieliśmy zawrócić i jechać okrężną drogą, żeby worki dotarły we wskazane miejsce.

– Przez miasto jeździły też Stary transportujące nieżyjące, potopione zwierzęta. To, co spływało wtedy z ciężarówek było dla mnie szokiem – dodaje Stanek.

Pani Joanna R. wspomina: – Mieszkałam wtedy przy Hallera, miałam 18 lat. Budowali tam właśnie nową zajezdnię tramwajową. Mój ówczesny chłopak przywiózł mi, mojej rodzinie i znajomym łopaty – kopaliśmy nimi całą noc.

Jak opowiedziała SmogLabowi, praca przy usypywaniu worków z piaskiem była wyczerpująca fizycznie. – Następnego dnia wybraliśmy się rowerami do centrum. To, co zobaczyliśmy, to był szok. Ulicą Piłsudskiego płynęła rzeka. Nam się udało, bo nasze okolice nie były zalane, ale przerażające było oglądanie oraz słuchanie wiadomości czy opowieści wielu znajomych, którzy stracili wtedy domy.

Powódź 1997 r. to tragedia ponad podziałami

Wielka fala nie wybierała i nie oszczędzała nikogo. Dotarła do ekskluzywnych domów, jak i do najbiedniejszych dzielnic. Przysłowiowy „żebrak i król” znaleźli się nagle w takim samym położeniu.

Świadkowie powodzi 1997 r. chwalą także zaangażowanie Bogdana Zdrojewskiego, który był wtedy prezydentem Wrocławia. Nazywają go prekursorem rozwoju miasta, ale i jego wielkim obrońcą. Zdrojewski walczył o Wrocław ramię w ramię z mieszkańcami i własnymi rękami usypywał worki z piaskiem.  

Potwierdza to zdanie pana Marcina świadczące o tym, że nie było właściwie osoby, która by nie pomagała. Powódź była ponad podziałami. – Trudno było zauważyć ludzi, którzy nic nie robili. Nieważne kim się było, wszyscy byli jednością. Ludzie czekali na nas jak na zbawienie, bo piach naprawdę ratował ich przed zalaniem i ogromnymi stratami, ich uśmiech i wdzięczność wynagradzały trud.

Pani Paulina N. również wspomina zjednoczenie w walce. Powódź 1997 r. jawiła jej się jako coś strasznego, ale zauważyła też piękno współdziałania.

– Miałam wtedy 10 lat. Pamiętam jak woda wkroczyła na ul. Kleczkowską. Ludzie przyśpieszyli wtedy ruchy, zaczęli jeszcze szybciej napełniać worki piaskiem. Z jednej strony to było piękne, że mieszkańcy byli w tym razem. Ktoś np. nasypał piasek do worków na swoim podwórku, był już bardzo zmęczony, ale biegł jeszcze pomóc sąsiadowi – opowiedziała SmogLabowi Paulina N.

W niektórych miejscach można było przemieszczać się rowerem, fot. B. Pawliszewska

Pani Katarzyna J., jak większość wrocławian, była przerażona. Powódź 1997 r. budziła w niej trudne emocje. Jednocześnie dobrze się przygotowała.

– Zdawałam wtedy na studia. Mieszkałam przy trasie W-Z.  Cały czas towarzyszyło mi przerażenie co to będzie jak nas też zaleje. Kiedy wyłączyli prąd i gaz, przygotowałam sobie torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami i dokumentami. Wtedy z radiem na baterię przy uchu słuchałam kolejnych komunikatów. Niby – zdroworozsądkowo – nie powinno być ewakuacji w tym miejscu, ale tak naprawdę nie było wiadomo co się wydarzy. Mój tata zasypał też piwnicę workami z piaskiem. Leżąc wieczorem w ciemnościach, czułam się trochę jak na wojnie. Bałam się.

„Usłyszałam syk wody. Do dziś go słyszę w głowie”

– Pamiętam, że już wtedy piwnice były pełne wody. Nastał już zmrok, ale ludzie nadal napełniali worki piaskiem. Kiedy zrobiło się już ciemno, usłyszałam coś jakby syk. To woda się zbliżała. Zalewała już nasze podwórko. Kiedy zobaczyłam wodę przy swoich butach, moja mama krzyknęła: „Chodź szybko, uciekamy!”. Do dziś słyszę w głowie ten syk wody zalewającej podwórko – dodała pani Paulina.

Dziecięca ciekawość nie pozwalała spać. Najmłodsi nie zdawali sobie sprawy ze skali zagrożenia. Powódź 1997 r. była dla nich czymś tajemniczym i fascynującym.

– Chciałam z balkonu patrzeć jak woda wkracza na ulicę, ale mama kazała mi iść spać. Gdy rano wybiegłam na balkon, to co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Całe nasze podwórko, ulica i reszta dzielnicy były pod wodą. Pozostało tylko czekać.

Czytaj także: Strażak wspomina powódź: „Krzyczał na mnie polityk. Nie jesteś tu od rządzenia” [WYWIAD]

Powódź 1997 r. Sklepy wyprzedawały towar

Pani Paulina wspomina jak wrocławianie w popłochu wnosili do pontonów co się da i ratowali towar ze sklepów. Te z kolei wyprzedawały towar, który i tak by się zepsuł podczas braku prądu. – Kuzyn przyniósł nam np. dwa kartony lodów. Musieliśmy je zjeść na raz – dodaje.

Podobne wspomnienia ma pani Blanka Pawliszewska. – Nie było prądu i ciepłej wody. Pamiętam cysterny, które ją rozwoziły. Akurat z naszego bloku można było wychodzić, ale pamiętam, że ludzie z innych budynków nie mogli i wychodzili z psami na dachy, żeby te mogły się załatwić. Sklepy i stacje benzynowe wyprzedawały towar o krótkim terminie ważności jak np. nabiał i wędliny.

Samochody zanurzone po sam dach

Jak wspomina Aleksandra Żelazowska, w wodzie pływały rzeczy codziennego użytku, jak np. talerze czy ubrania. Nie brakowało sceptyków wątpiących w niszczycielską powódź 1997 r. Samochody, których właściciele nie wierzyli w mającą nadejść „wielką wodę” stały zanurzone po sam dach…

– Mieliśmy w domu radio na baterie. W związku z tym wszyscy sąsiedzi zbiegali się do nas, żeby posłuchać newsów o kolejnych falach i ogólnej sytuacji. Siedzieliśmy dookoła tego radia i między zakłóceniami próbowaliśmy się czegokolwiek dowiedzieć. Woda doszła pod mój budynek, ale okazało się, że Piotra Skargi jest położona trochę wyżej, niż okolica, więc byliśmy taką suchą wyspą między ul. Kołłątaja a pl. Dominikańskim. Mimo to przez cały czas przedzieraliśmy się przez worki z piaskiem ustawione pod bramą. Ludzie usypywali je w razie, gdyby jednak miały się przydać. W końcu nikt nie wiedział jak daleko dosięgnie woda. Z dnia na dzień była coraz bliżej, a my mogliśmy tylko patrzeć i czekać.

Czytaj także: Ćwierć wieku temu wielka woda zalała Dolny Śląsk. Czy „powódź tysiąclecia” to prawidłowe określenie?

Dzieci również pomagały. Ktoś przyświecał reflektorem z samej góry wieżowca

Pani Aleksandra była wtedy dzieckiem. Nie do końca jeszcze rozumiała powagę sytuacji, ale chętnie pomagała na tyle, na ile była w stanie.

– Każdy wtedy pomagał. Bracia byli starsi, więc pomagali napełniać worki piaskiem i nosić je na brzeg. Ja chodziłam i rozdawałam sznurki do ich wiązania, bo co mogłam innego mogłam robić? Pamiętam, że było ciemno i tłoczno. W powietrzu czuło się napięcie i lekką panikę, bo woda była praktycznie na równi z chodnikiem i tylko te prowizoryczne wały chroniły nas przed falą. To był kolejny moment pokazujący, że ludzie w kryzysie potrafią wspólnie walczyć i się wspierać – wspomina Żelazowska.

Jak dodaje Pawliszewska, znajomi z Kozanowa przerzucali ponton z drugiego piętra i się na nim przemieszczali. Walka mieszkańców była wtedy heroiczna. Pamięta jak wyglądała obrona Portu Popowice.

– Słychać było jak woda się przelewa przez port i wlewa na osiedla. Czuć było grozę, bo nie było wiadomo, kiedy się to skończy, szczególnie że to była noc. Pamiętam, że ktoś nam świecił reflektorem, kiedy inni usypywali worki z piaskiem z pobliskiej piaskownicy. My akurat trzymaliśmy pochodnie tym ładującym piasek do worków. Ktoś miał właśnie reflektor na baterie i przyświecał nim z samej góry wieżowca.

Mieszkańcy układali worki z piaskiem własnymi rękami, fot. B. Pawliszewska

„Nie brakowało hien” – powódź 1997 r. to uwidoczniła

Panował strach i panika, bo jedzenie można było co prawda dostać, ale trzeba było się dosłownie dopchać do łodzi ratunkowych, które pływały pod oknami. To z tych łodzi pakowano do spuszczonych na sznurkach wiaderek najważniejsze produkty. Powódź 1997 r. uwidoczniła też najgorsze cechy wielu osób.

– Oczywiście nie brakowało typowych „hien”. Pewnego razu, jak mijaliśmy taką łódkę, słyszałam, że ludzie jednego z budynku krzyczeli do ratowników: „Nie dawajcie im nic! Mieszkają tylko we dwójkę, a robią zapasy jak dla armii i niczym się nie dzielą!”. Podobnych historii było więcej, bo niektórzy myśleli tylko o sobie – dodaje pani Aleksandra.

Wszyscy ostrzegali przed trupim jadem, bo woda nie oszczędzała niczego, z cmentarzami włącznie. – Ludzie mimo wszystko się przemieszczali. Nie każdy miał ponton czy łódkę, więc widok osób brodzących do ramion w mętnej wodzie był na porządku dziennym. Niektórzy nosili nad głowami rowery czy psy, bo wiedzieli, że zaraz trafią na suchy fragment drogi. Wtedy dowiedziałam się jak bardzo nierówny jest Wrocław.

Dziecięce zabawy w wodzie były niebezpieczne pod wieloma względami

Mimo ostrzeżeń, na porządku dziennym było wchodzenie dzieci do wody. Najmłodsi, nie rozumiejąc powagi sytuacji, urządzali sobie w niej zabawy.

– Byłam chyba za młoda, żeby uwierzyć w śmiertelną moc tego co się dzieje. Z innymi dzieciakami  dmuchaliśmy materace i pływaliśmy jak po jeziorze w czasie wakacji. Za wiosła służyły nam moje klapki (śmiech). Podczas tego pamiętnego „rejsu” zaczęła nas wciągać woda, która nieustannie przelewała się z chodnika do koryta fosy. To był silny nurt, ale kto by się tam bał… My, dzieci, mieliśmy wtedy świetną zabawę. Pamiętam jak zaczęło nas nagle wciągać i wtedy zrobiło się strasznie. Złapaliśmy budkę telefoniczną, ale jej drzwi się otworzyły i zrobiliśmy z nimi na wodzie łuk… Jakoś udało nam się wydostać, ale jak z daleka zobaczyłam moją mamę stojącą z założonymi rękami na suchym lądzie i tupiącą nogą, zrozumiałam, że to była bardzo niebezpieczna zabawa – opowiedziała SmogLabowi Żelazowska.

Dziecięce zabawy podczas powodzi, fot. A. Żelazowski

Pani Paulina N. wspomina to podobnie. – Niestety, dla nas, dzieci, to była zabawa. Jak tylko woda nieco opadała, mama pozwoliła mi pójść do koleżanki mieszkającej trzy bramy obok. Wody miałam wtedy do bioder. Ludzie przeżywali taką tragedię, a myśmy się w tej wodzie bawili.

Powódź 1997 r. Czarny humor

– Kiedyś staliśmy na naszej tymczasowej linii brzegowej. Patrzyliśmy w dal i rozmawialiśmy z sąsiadami. Wtedy  podjechał do nas na rowerze jakiś mężczyzna i zapytał: „Którędy najpłycej do dworca?”. Strasznie nas to rozbawiło – opowiedziała SmogLabowi Żelazowska.

„Próbą oswojenia tragedii był dowcip: – Kto to jest persona non grata? – Wrocławianin po powodzi.” – pisał Urbanek. Kolejny dowcip, na jaki powołał się autor: „Co pani jest – pyta lekarz. – Mam Odrę w domu.” Jak dodał w tej samej publikacji, podczas słonecznych dni powodzi, Wrocławianie sarkastycznie porównywali miasto do drugiej Wenecji. „W dniach wielkiej wody narodziła się nowa wersja modlitwy: I nie p o w ó d ź nas na pokuszenie…”

Nam, osobom, które nie doświadczyły tej tragedii osobiście, tego typu żarty mogą się wydawać zupełnie nie na miejscu. Ci jednak, którzy wtedy byli we Wrocławiu, przeżyli powódź 1997 r. i dzień po dniu, noc po nocy, mierzyli się z żywiołem, mogli doszukiwać się w nich otuchy i pocieszenia. Być może właśnie obracając tragiczne wydarzenia w żart, żyło im się wtedy choć odrobinę łatwiej.

Gdy woda ustąpiła, nastał bałagan i nieprzyjemny zapach. Wrocław zapewnił dzieciom kolonie

Woda niosła szlam. Gdy opadła, ten został. Zapach był nie do zniesienia. Pani Marta i pan Mirosław K. wspominają, że kiedy woda opadła, w zagłębieniach jezdni, w okolicy krawężników, miotały się jeszcze półprzytomne ryby. – Wyrwane były kostki i płyty betonowe. Sam szlam był tam około dwa tygodnie. Wszystkie naprawy trwały kilka miesięcy.

– Po wszystkim został tylko brud, okropny zapach i bałagan. Wszędzie były wraki zalanych aut i wszystko to, co wypływało z mieszkań. Nigdy tego nie zapomnę – wspomina Żelazowska.

Jak powiedziała nam pani Marzena H., miasto sprawnie poradziło sobie ze sprzątaniem. – Wrocław szybko się pozbierał, najdłużej trwało odszczurzanie. One były wszędzie i były wielkie.

Pani Paulina N. wspomina ten czas podobnie. – Kiedy woda już zeszła, miasto było pogrążone w brudzie. To, co wtedy zobaczyłam, to był szok. Całe podwórko i ulice były w szlamie i w glizdach. Smród był okropny. Tu znowu wyraźnie rzuciła się w oczy ludzka pomoc. Sąsiadom, którym zalało mieszkania, wszyscy pomagali je sprzątać, a następnie remontować.

Przekrzywione, a nawet zawalone nieruchomości były powodziową normą, fot. A. Żelazowska

– Pamiętam, że po wodzie zostawały zacieki na budynkach, a na trawie był muł pachnący stęchlizną. Miałam wtedy 15 lat i rodzice postanowili mnie wywieźć na wakacje na wschód Polski. Nie chciałam tego, bo nie znałam tamtej rodziny. Uciekłam nawet z domu, żeby tylko zostać we Wrocławiu. Nic to nie dało, bo i tak wyjechałam. Jechałam wtedy pociągiem przez Opole. Ta podróż była bardzo długa, bo tory były podmyte, a teren grząski. Widocznie los tak chciał – dzięki temu wyjazdowi poznałam miłość swojego życia – dodaje Blanka Pawliszewska.

Pani Aleksandra i pan Marcin powiedzieli nam także, że kiedy woda już ustąpiła, miasto zorganizowało i zapewniło darmowe wyjazdy na kolonie dla dzieci powodzian. Wszystko w celach terapeutycznych, żeby zmniejszyć ich traumę i odciążyć rodziców w tych trudnych czasach.

Powódź 1997r. – jedność Wrocławian podczas katastrofy

Wszyscy nasi rozmówcy przyznali jednogłośnie, że podczas powodzi czuli wyjątkową jedność i więź z innymi wrocławianami. Sąsiedzi chętnie nieśli sobie wzajemną pomoc oraz wsparcie, choć wcześniej niekoniecznie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Wspólnemu ratowaniu miasta towarzyszyło także niezwykłe poczucie sprawczości, kiedy własnymi rękami ratowali miasto. W końcu przyświecała im jedna wspólna idea: ocalić Wrocław przed wielką wodą. Na pytanie, dlaczego w obliczu katastrof ludzie się jednoczą oraz prężnie współdziałają odpowiedziała SmogLabowi psycholożka i psychoterapeutka Natalia Achmatowicz. Co ciekawe, nasza rozmówczyni pochodzi z Wrocławia, więc w tym czasie sama brała udział w obronie miasta.

– W sytuacji niebezpieczeństwa ludzie działają według zasady „walcz lub uciekaj”– podobnie jak inne ssaki. To znaczy, że gdy widzimy dużą szansę na pokonanie tego,  co nam zagraża – wybieramy walkę. A jeśli takiej szansy nie widzimy – uciekamy – tłumaczy Smoglabowi.

Jak mówi Achmatowicz, gdy zagrożenie dotyczy grupy ludzi, pojawiają się instynkty stadne, dzięki którym nasz gatunek przetrwał.  Grupa ludzi – plemię – była w stanie wspólnymi siłami zabić groźne zwierzę lub odeprzeć ataki innego plemienia. I ten mechanizm zadziałał też we Wrocławiu podczas powodzi w 1997.

– Jednoczyło nas poczucie, że robimy coś bardzo potrzebnego i że prawdopodobnie nam się uda obronić nasze miasto przed zniszczeniem – powiedziała SmogLabowi.

Współdziałanie z powodzeniem nagradza

Jak dodaje psycholożka, to niezwykle nagradzające móc współdziałać z sukcesem w ważnej dla nas sprawie. Tak jesteśmy skonstruowani.

– Nie bez powodu mówi się często, ze jesteśmy gatunkiem stadnym. Ludzie mają wrodzoną emocjonalną potrzebę przynależności. Czerpiemy poczucie bezpieczeństwa i przyjemność z bycia w grupie. Dlatego też w lecie 1997 r. we Wrocławiu panowała wśród mieszkańców tak serdeczna atmosfera. Bardzo dobrze było czuć się częścią tego wspólnego działania.

Achmatowicz wyjaśnia, że zadziałał też wtedy tzw. społeczny dowód słuszności, czyli: „ skoro inni to robią to jest to dobre”. Widząc zaangażowanie i skuteczność innych, coraz więcej mieszkańców włączało się do pomocy. A im więcej osób się angażowało, tym bardziej rosło przekonanie: „damy sobie radę”.

– Sukcesy i nadzieja na kolejne sprawiają zwykle, że tym bardziej chcemy się angażować, a satysfakcja rośnie. Tak działa sprawczość, czyli poczucie wpływu na rzeczywistość – po prostu dobrze jest czuć, że jesteśmy w stanie zrobić coś wartościowego – tłumaczy psycholożka.

Czytaj także: Gdy wielka fala zalała Wrocław: „Pamiętam jak baliśmy się zasnąć”

*Źródło dodatkowe:

Powódź. Wrocław, lipiec 1997 r., Mariusz Urbanek

W ramach akcji „Powódź 97. Ćwierć wieku później” opisujemy dramatyczne wydarzenia sprzed 25 lat.

Zdjęcie tytułowe: fot. B. Pawliszewska

Podziel się: