Maciej Grodzicki: PKB nie jest bogiem. Musimy zacząć lepiej żyć

172
0
Podziel się:
PKB nie jest bogiem Maciej Grodzicki

– Tutaj trzeba byłoby się bardziej przyjrzeć, co tak naprawdę wrzucamy do tego wielkiego wora z PKB. Które z tych procesów są użyteczne i jakościowe? W jakim stopniu możemy z nich korzystać? Czy wybudowane mieszkania trafiają do potrzebujących, czy są skupowane przez spekulantów i flipperów? – pyta dr Maciej Grodzicki, ekonomista z Uniwersytetu Jagiellońskiego i związkowiec Inicjatywy Pracowniczej.

Kiedy rozmawialiśmy przy okazji powstawania książki „Odwołać katastrofę”, opowiedziałeś mi historię o tym, jak w 1930 roku John Maynard Keynes prognozował to, jak będzie wyglądał świat jego wnuków, świat „za 100 lat”. Twierdził, że nasza produktywność bardzo wzrośnie – choćby za sprawą automatyzacji – i dzięki temu będziemy pracowali 15 godzin tygodniowo. Wzrost produktywności przewidział dobrze, ale z czasem pracy trafił kulą w płot. Dlaczego?

Rzeczywiście standardem wciąż jest ośmiogodzinny dzień pracy. Podobnie jak to było w czasach Keynesa. Mamy wprawdzie więcej dni wolnych i dwudniowe weekendy, więc pracujemy mniej niż wtedy, ale spadek nie jest tak duży, jakby się wydawało. Para z postępu technicznego, z innowacji i wzrostu produktywności poszła we wzrost produktu. Po prostu wytwarzamy więcej dóbr i usług.

To bardzo dobrze widać w Polsce. Jeżeli porównamy Polskę dziś i 30 lat temu to nasz PKB – czyli miara tego ile wytwarzamy dóbr i usług – wzrósł mniej więcej trzykrotnie. A pracujemy mniej więcej tyle samo, co wtedy. Według danych OECD czas pracy spadł o 70-80 godzin. Do 1815 godzin rocznie. To jeden z najwyższych wyników wśród krajów wysokorozwiniętych w ramach tej organizacji. Dla porównania na Słowacji pracuje się średnio o 200 godzin mniej w roku, a w Skandynawii i Niemczech nawet o 400. Nasza gospodarka nadal się modernizuje i unowocześnia, ale wciąż pracujemy tyle samo. Priorytetem jest wzrost PKB, a nie na przykład to, żebyśmy mieli więcej czasu wolnego dla rodziny, na odpoczynek lub realizację hobby.

WYSŁUCHAJ CAŁEJ ROZMOWY:

Czyli korzyści z automatyzacji poszły raczej w „mieć” niż „być”. Jest to jednak zrozumiałe, bo kiedy mówisz o latach 90. to Polska nie była – mówiąc delikatnie – zamożnym krajem, więc to chyba normalne, że chcemy się dorabiać.

Normalne. Ale można zapytać, czy faktycznie jest tak, że nasz standard życia poprawił się od tamtego czasu trzykrotnie? Pracujemy bardzo dużo i mamy ograniczony wpływ na to, w jaki sposób to robimy. Duża część ludności kraju nie ma także wyboru, czy sobie popracuje więcej, czy mniej. Ludzie pracują, bo muszą utrzymać rodziny, zapłacić kredyty, wynająć mieszkanie, wykarmić dzieci i tak dalej. To jest decyzja podejmowana poza nimi i wynikająca z tego, jak gospodarka organizuje nasz proces pracy.

„Spotkania zajmujące dwa razy więcej czasu niż mogłyby”

Pracujemy trochę niepotrzebnie? Więcej niż trzeba, żeby efekty były wystarczające?

Zdecydowanie. W części zawodów jest to bardziej widoczne. Na przykład w pracach biurowych i generalnie pracy umysłowej, gdzie bardzo często są spotkania zajmujące dwa razy więcej czasu niż mogłyby. Ale nie tylko. Wiele osób na pewno znajdzie w swoich zawodach takie przykłady.

Ważniejsze jest tu jednak to, że w gospodarce jest szereg procesów, które angażują nasze pracę, czas, siłę, kreatywność, a przy okazji również zasoby paliw kopalnych i inne dary natury, a mogłoby ich równie dobrze nie być.

Podaj przykład.

Produkcja żywności. W skali systemu gospodarczego mamy bardzo duże marnotrawstwo. Tak duże, że wytwarzamy jej o wiele więcej niż jest potrzebne, żeby wyżywić ludność całej Ziemi. Inny kluczowy społecznie przykład z polskiego podwórka to mieszkalnictwo. Jednocześnie budujemy mieszkania i mamy setki tysięcy pustostanów. Mamy ludzi bogatych i fundusze inwestycyjne, które posiadają dziesiątki, setki mieszkań, z których część stoi pusta. A mamy też ludzi, którzy nadal nie mają gdzie mieszkać albo właśnie są zmuszeni do pracy, żeby spłacić kredyty lub zarobić na czynsz. Mamy też takie procesy przemysłowe, gdzie szereg produktów gospodarstwa domowego, samochodów i elektroniki jest konstruowana tak, żeby po jakimś czasie się zużywała i trzeba było ją wymienić. Jest fast fashion z nowymi kolekcjami w każdym tygodniu i ubrania, które szybko się niszczą. I teraz zobaczcie, że te wszystkie rzeczy są gdzieś wytwarzane. Ktoś musi przy nich pracować. A do ich produkcji są zużywane woda, surowce i energia.

Tymczasem moglibyśmy to organizować tak, żeby po prostu wytwarzać mniej.

Z korzyścią dla natury, ludzi i naszego czasu.

„Żeby wytwarzać coraz więcej i coraz więcej”

Dlaczego tak jest?

Wróćmy do Johna Maynarda Keynesa i przypomnijmy inne jego spostrzeżenie. Ciekawe też dlatego, że idzie w kontrze do tego, od którego zaczęliśmy. Gdy w latach 30. XX wieku był Wielki Kryzys i masowe bezrobocie to Keynes postulował roboty publiczne. W swoich książkach pisał nawet, że sensowniejsze jest danie ludziom łopaty, by kopali i zakopywali doły, niż pozwalanie, by siedzieli na bezrobociu. Nawet przy takiej bzdurnej pracy – tłumaczył – będą mieć jakiś dochód, który nakręci konsumpcję. Ludzie pójdą do sklepu, wydadzą te pieniądze, inne firmy dzięki temu zarobią, zatrudnią pracowników i boom gospodarczy się nakręci. I wokół tej idei Keynesa, czyli takiego interwencjonizmu państwowego, tak zwanego zarządzania popytem, zostały zbudowane powojenne gospodarki kapitalistyczne. Najpierw w zasadzie całym świecie północnym, a po upadku Muru Berlińskiego również gdzie indziej.

Fast fashion, czyli duża liczba kolekcji tanich ubrań o niskiej jakości wspiera PKB, ale nie uwzględnia kosztów środowiskowych. Fot. Sorbis

I to jest to nastawienie, że tak naprawdę chodzi o to, żeby gospodarki ciągle rosły, żeby wykorzystywały swój potencjał maszynowy, ludzki, energetyczny na maksymalną skalę. Żeby wytwarzać coraz więcej i coraz więcej. Niezależnie od tego, czy te dobra, które wytwarzamy, są komuś potrzebne? Czy ludzie mają pieniądze, żeby je nabyć? Czy one trafiają do najbardziej potrzebujących? Raczej chodziło o samą ilość i strumień dóbr, który miał być w każdym roku jak największy – gdyż większy strumień produkcji, to również większy zysk i większe możliwości pomnożenia kapitału.

Wskaźniki wzrostu PKB stały się bożkiem, wokół którego skupia się życie polityczne i ekonomiczne.

Czym jest ten bożek? Co to w ogóle jest PKB?

Produkt Krajowy Brutto to jest taki dość umowny wskaźnik mierzący ten cały wielki strumień różnych towarów i usług, które my wszyscy wytwarzamy w naszej pracy w ciągu roku. Do PKB są więc wrzucane samochody, usługi fryzjerskie, praca listonosza, wykopane rowy, itd… To prosta liczba, która mówi, jak duża jest skala tego strumienia produkcji, który wytwarzamy w gospodarce. Z ważnym zastrzeżeniem – chodzi o produkcję na rynek, taką która generuje przepływy pieniężne. Cała praca nieodpłatna, opieka, troska, wychowanie dzieci nie są wliczane, o ile nie są odpłatne.

„PKB może coś powiedzieć, ale dużo chowa”

Mówi się nam, że to bardzo ważne i że im wyższy ten wskaźnik, tym jest lepiej. Rzeczywiście?

Tutaj trzeba byłoby się bardziej przyjrzeć, co tak naprawdę wrzucamy do tego wora, a czego nie wrzucamy. Które z tych procesów są użyteczne i jakościowe? W jakim stopniu możemy z nich korzystać? Czy wybudowane mieszkania trafiają do potrzebujących, czy są skupowane przez spekulantów i flipperów?

PKB wzrasta między innymi dzięki temu, że się bardzo dużo buduje? Ale tego, że na 20 000 złotych za metr kwadratowy nie stać przeciętnego Polaka, już nie zawiera?

Tego nie wychwytuje. To jedna liczba, która coś może powiedzieć, ale też dużo chowa.

Czyli wysoki PKB nie musi oznaczać, że dla przeciętnego Kowalskiego jest lepiej?

Nie. To może być w jakimś stopniu skorelowane, ale może być też odwrotnie. Wyższe PKB może się łączyć z droższymi mieszkaniami i najmem, gorszymi usługami publicznymi lub stanem środowiska naturalnego. Nie ma tutaj reguły i nie zawsze tak jest, ale to się często zdarza. Opisuje to tzw. paradoks Lauerdale sformułowany już na początku XIX wieku przez Jamesa Maitlanda. Powiększanie prywatnego bogactwa odbywa się nieraz kosztem majątku i dobrobytu publicznego.

To oznacza „coś za coś”. Bogactwo rośnie, ale już środowisko może tracić, wiec wzrost PKB nie jest tylko i wyłącznie dobry?

Liczne badania pokazują, że do pewnego raczej umiarkowanego momentu, wzrost PKB wiąże się z poprawą standardu życia, zadowolenia z życia i na przykład poziomu zdrowia mieszkańców. Ale z czasem te korzyści stopniowo zanikają, a na pewnym poziomie dalszy wzrost PKB staje się czymś negatywnym i niesie za sobą większe szkody dla środowiska, większe emisje dwutlenku węgla i zużycie surowców.

Analizy zespołu prof. Julii Steinberger, opublikowane w 2021 r. w „Global Environmental Change”, dowodzą, że poziom PKB i wydobycia surowców niekorzystnie wpływają na zaspokojenie podstawowych potrzeb ludności. Są za to inne kanały poprawy jakości życia: dostępne usługi publiczne, niskie nierówności dochodowe, demokracja polityczna, czy dostęp do transportu i elektryczności.

Jednocześnie budujemy mieszkania i mamy setki tysięcy pustostanów. Mamy ludzi bogatych i fundusze inwestycyjne, które posiadają dziesiątki, setki mieszkań, z których część stoi pusta. A mamy też ludzi, którzy nadal nie mają gdzie mieszkać albo właśnie są zmuszeni do pracy, żeby spłacić kredyty lub zarobić na czynsz. Fot. Grand Warszawski/Shutterstock

„Pieniądz miał interes w tym, żeby ludzie pracowali dużo”

Kiedy uwierzyliśmy w tego bożka? Kiedy nas omotał?

Tutaj zaczynamy dotykać istoty sprawy. Problem czasu pracy, o którym mówimy, był obszarem bardzo konfliktowym, kiedy kapitalizm powstawał i się rozwijał. Był główną osią sporu. Wcześniej życie układał rytm natury. Był okres żniw, kiedy pracowano dużo. I spowolnienie, kiedy pracy było mniej.

Kapitalizm to zmienił, bo czas pracy stał się dla niego kluczowy.

Rytm życia zaczęła wybijać już nie natura, a pieniądz?

Pieniądz miał interes w tym, żeby ludzie pracowali dużo, a fabryki działały de facto non stop. Pracownicy się temu jednak bardzo mocno przeciwstawiali. Trwało to mniej więcej do Wielkiego Kryzysu i II wojny światowej. Po niej – na światowej Północy – upowszechniła się idea konsumpcjonizmu. Awans materialny i uniknięcie grozy bezrobocia stały się ważniejsze od czasu wolnego. Widać to było choćby w politykach rządowych i w strategiach głównych związków zawodowych. Zaczęły one być zbieżne z interesem wielkiego biznesu i skupiały się na zwiększaniu sprzedaży.

Od tamtego czasu widzimy tzw. wielkie przyspieszenie. W górę wystrzelił szereg wskaźników pokazujących zużycie energii, paliw kopalnych, metali, piasku, wody. Ludzie pracują bardzo dużo, by móc więcej konsumować.  Przy okazji konsumując także jak najwięcej zasobów planety.

To ciekawe, bo był to czas, gdy tzw. Zachód doszedł do poziomu wygodnego życia. I mógł zatrzymać się w tym „dość”, a zamiast tego wrzucił piąty bieg, co niekoniecznie poprawiło jakość życia.

Potrzeby są czymś względnym. Nie są dane raz na zawsze, ale zmieniają się pod wpływem oczekiwań społecznych i kultury, w której żyjemy. Część z nich może być tworzonych – choćby przez marketing. Są też napędzane przez rosnące w wielu krajach nierówności dochodowe. Część społeczeństwa stać na zbytki i luksusowe wydatki, podczas gdy masy ludności z trudem wiążą koniec z końcem. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież żyjemy dostatniej niż choćby w XIX wieku. Słusznie, ale nawet w krajach o wysokim dochodzie (do których zalicza się Polska) sporo ludzi ma nadal problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb mieszkania, ochrony zdrowia czy wyżywienia.

Moglibyśmy jednak przestać produkować nadmiar rzeczy. Gdybyśmy na przykład zaczęli dbać o ich trwałość i to, by AGD nie psuło się tak szybko. Tylko wtedy PKB zamiast rosnąć, zacznie spadać. Czy nasza gospodarka mogłaby coś takiego przeżyć?

Gdyby to wyszło z nas samych, z jednostek i nie było wsparte zmianami systemowymi, byłoby bardzo ciężko. Ale tak naprawdę wiele osób szuka tego umiaru na co dzień. Część ludzi jest oczywiście zmuszonych przez zawartość portfela, by działać oszczędnie, ale mamy też ruch zero waste, czy modę na kupowanie używanych ubrań. Gdybyśmy jednak wszyscy na raz powstrzymali się od takiej przesadnej konsumpcji, to gospodarka mogłaby wejść w poważną recesję ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami – bezrobociem, wzrostem ubóstwa, niepokojami społecznymi.

Dlatego potrzebujemy zmian na poziomie systemowym. Tak, by spadek PKB nie był dramatem.

Ważne jest skrócenie czasu pracy, które pozwala się nią dzielić. Ale potrzeba także innych reform – dotyczących tego, co wytwarzamy i jak dzielimy się wspólnie wypracowanym bogactwem.

Robotnicy często sprzeciwiali się „zabieraniem czasu wolnego na rzecz pracy”. Dopiero Wielki Kryzys i II Wojna Światowa zmieniły ich podejście. Na zdjęciu górnicy z Birmingham po zakończeniu strajku w 1934 r. fot. Arthur Rothstein/Shutterstock

„Zmiany potrzebujemy bardzo szybko”

Chyba mamy całkiem niezły moment, żeby się nad tym pochylić. W XX wieku mieliśmy automatyzację, z której skorzystaliśmy, zwiększając konsumpcję. Teraz – mówią niektórzy – nadchodzi epoka sztucznej inteligencji, która daje podobne możliwości zmiany. To może być moment, w którym możemy zdecydować, co zrobimy z uwolnionym czasem.  

Automatyzacja i sztuczna inteligencja mają gigantyczny potencjał wpływu na nasz poziom życia. Ale jest kwestia, jak to spożytkujemy, czy będziemy mieli nad tym kontrolę. Tutaj mogę się podeprzeć ciekawymi badaniami, które prowadziliśmy wraz z Instytutem Badań Strukturalnych w polskich centrach usług wspólnych. Czyli dużych centrach biznesowych, gdzie wprowadzano automatyzację.

Nie chodziło o sztuczną inteligencję, ale o proste boty, makra, różne tego rodzaju procesy. Często wdrażali je sami pracownicy, bo widzieli w nich dużą korzyść. Po prostu praca najbardziej monotonna, nudna, standardowa, powtarzalna mogła zostać wyeliminowana. A oni się mogli skupić na czymś kreatywnym i mieli dzięki temu większy wpływ również na te procesy. Poprawiała się ich pozycja w firmie. Poprawiały się również dochody. Co ciekawe w niektórych firmach pojawiły się też sugestie, żeby pracować mniej i część firm się temu przyglądała. Ostatecznie powinniśmy zmierzać w takim kierunku, żeby korzyści technologiczne nie szły tylko w to, że będziemy zarabiać więcej, pracując tyle samo.

Jako społeczeństwa potrzebujemy tego, by krócej pracować.

Mówisz, że firmy przyglądały się skracaniu czasu pracy, ale coś nie słychać, żeby w tych centrach ludzie pracowali krócej.

To prawda. Z obserwacji wynika, że to skracanie czasu pracy dotyczy wąskiej grupy specjalistów, informatyków, czy menadżerów. Oni mają też taką pozycję, że mogą się po prostu tego domagać i skutecznie skracać sobie tydzień pracy. A w samych organizacjach dominuje nastawienie na kontrolę i ochronę pełnych etatów. Choć widać sygnały, że młodsze pokolenia coraz bardziej cenią work-life balance, niechętnie biorą nadgodziny i pilnują swoich praw pracowniczych.

Oczekują krótszej pracy. I dobrze, bo my potrzebujemy tej zmiany szybko, bo to jak nasza praca wygląda, bardzo mocno wiąże się z tym, jaki jest jej wpływ na środowisko, na klimat, więc tych zmian potrzebujemy bardzo szybko. Miejmy nadzieję, że rządzący także dostrzegą te potrzeby.

Rozmawiali: Grzegorz Krzywak i Tomasz Borejza

***

Maciej Grodzicki – Doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi badania osadzone w szkołach ekonomii ewolucyjnej i post-keynesowskiej nad globalizacją produkcji w światowych łańcuchach dostaw i jej wpływem na nierówności międzynarodowe i makroekonomię. Wchodzi w skład zarządu Polskiej Sieci Ekonomii. Jest związkowcem Inicjatywy Pracowniczej na UJ.

***

Jaki ekonomia ma pomysł na krótszą pracę? Czy gospodarka może rosnąć bez końca? Czy wystarczy surowców do przeprowadzenia „zielonej transformacji”? Dokąd prowadzi nas kult PKB? Co mają z tym wspólnego muminki? O tym przeczytasz w książce „Odwołać katastrofę” (8,4/10 w Lubimy czytać), której jednym z bohaterów jest dr Maciej Grodzicki.

Fot. Shutterstock/Rangizzz.

Podziel się: