Donora

Miasteczko, które jest symbolem. Smog zabił w nim 20 osób w cztery dni

Ilekroć w Stanach Zjednoczonych zaczyna się dyskusja o roli instytucji chroniących środowisko naturalne, wraca temat Donory. Tę niewielką miejscowość w Pensylwanii za każdym razem pokazuje się jako przykład tego, jak wyglądało życie w czasach przed ich powołaniem do życia.

Opowiem wam tę historię, bo jest ciekawa. Jest też pouczająca.

W 1948 rokiem Donora była niewielkim, 14 tys. miasteczkiem, w którym pracę zapewniały zakłady należące do U.S. Steel. Produkowano w nich cynk. Ponieważ był to czas, w którym w Stanach Zjednoczonych nie było jeszcze regulacji środowiskowych, poziom emisji oraz formy zabezpieczeń regulowało kierownictwo zakładu. Co oznaczało tyle, że robiono tam, co chciano. O czym zaświadczał niemal kilometrowy martwy pas wokół huty, w którym rośliny zostały wypalone przez przemysłowe zanieczyszczenia. A także żółta mgła, która każdego poranka spowijała niewielkie miasteczko.

Mgła była traktowana jako coś całkowicie normalnego i nie zwracano na nią uwagi. Była od zawsze, więc widać tak już musiało być, uważano w miasteczku. Na szczęście dla jego mieszkańców na ogół rozwiewał ją poranny wiatr. Na szczęście, bo mgła składała się w dużej mierze z trujących gazów. Był w niej dwutlenek siarki i dwutlenek azotu. Był także fluorowodór. Dopóki nie wdychano jej ciągle, efekty przychodziły odwleczone w czasie. Ludzie chorowali, ale nie wiązano tego z dymem z zakładów U.S. Steel. Ludzie, przecież, chorują. Taka jest kolej losu, mówiono. A jeżeli nawet ktoś myślał, że coś jest nie w porządku, to wolał się nie odzywać. „Nie naciskało się na odcisk U.S. Steel, bo twój tata chodził tam do pracy”, wspominała po latach jedna z mieszkanek miasteczka.

Kiedy jednak 27 października 1948 roku w Donorze doszło do inwersji, która polega na tym, że cieplejsze powietrze w wyższych warstwach atmosfery, zatrzymuje zimniejsze znajdujące się pod nim, a wraz z nim większość zanieczyszczeń, efekty dało się odczuć od razu. „Mgła” zaczęła zbierać się w powietrzu. W południe była już tak gęsta, że praktycznie nie było nic widać. Uniemożliwiała jazdę samochodem. Odważni i ci którzy musieli poruszać się w ten sposób, czyli na przykład lekarze spieszący z pomocą innym, jeździli dotykając oponami krawężnika. Z każdym kolejnym dniem było tylko gorzej. Smog gęstniał. Najpierw zaczęły obumierać rośliny. Później zwierzęta domowe. Wreszcie chorować i umierać zaczęli też ludzie. Szczególnie starsi i osłabieni.

Z każdym dniem było coraz gorzej. Coraz więcej ludzi chorowało. Lekarze oraz strażacy nie nadążali z odwiedzaniem pacjentów. Niewiele też mogli zrobić. Starali się przede wszystkim podawać im tlen – zużyli cały miejscowy zapas i musieli sprowadzać go z sąsiednich hrabstw. Robili to – jak wspominano później – z dużym poświęceniem. Szczególnie dobrze zapamiętano szefa lokalnej straży pożarnej Johna Volka, który jeździł od domu do domu kolejnym potrzebującym podając butlę z tlenem, ale sam z niej nie korzystał. Wiedział bowiem, że tlenu jest za mało, by mogło go wystarczyć dla wszystkich. „Sam go nie brałem. Wszystko co robiłem, to przy okazji każdej wizyty w remizie strzelałem niewielki kieliszek whisky”, opowiadał później.

Do 31 października, kiedy deszcz oczyścił powietrze, zachorowało 7 tys. ludzi, połowa mieszkańców Donory. W miasteczku zmarło 20 osób. Większość z nich udusiła się, gdy płuca odmówiły dalszego pompowania toksycznego powietrza. Wśród zmarłych był Łukasz Musiał, który pochodził z Polski i był ojcem słynnego zawodnika baseballu Stana Musiała. Kolejne miesiące zabrały jeszcze 50 osób, które zmarły z powodu chorób dróg oddechowych, najczęściej płuc. U wielu ze zmarłych stwierdzono śmiertelny poziom zawartości fluoru w organizmie.

Przez niemal cały ten czas huta cynku pracowała pełną parą. Produkcję ograniczono dopiero w ostatni dzień wielkiego smogu, kiedy to nie mogło już nic zmienić. U.S. Steel nigdy nie wziął na siebie odpowiedzialności za to, co się działo. Wypłacono jedynie niewielkie odszkodowania, które miały zaoszczędzić firmie kosztownego procesu. Zamiast przyznać się do spowodowania katastrofy, szefostwo korporacji tłumaczyło, że wszystko było „wolą bożą”.

Dziś uważa się, że tragedia Donory była jednym z najważniejszych impulsów, które doprowadziły do uchwalenia w 1970 roku Ustaw o Czystym Powietrzu. Podobnie mówi się w Wielkiej Brytanii o Wielkim Smogu Londyńskim.

Fot. Donora/Donora Historical Society.

Dodaj komentarz