Nie tylko Polacy mają problem z kleszczami. W Kanadzie rozważają odstrzał łosi

261
0
Podziel się:

Zwykle, kiedy mówi się o wpływie globalnego ocieplenia na gatunki, mamy na myśli ich wymieranie. Jest to prawda, ale zmiany klimatyczne sprzyjają rozwojowi niektórych gatunków. Jednym z nich są kleszcze, w których wypadku w grę wchodzi wymieranie innego gatunku. Chodzi o północnoamerykańskie łosie, dla których kleszcze stanowią coraz większe zagrożenie. Ludzie także znajdują się na celowniku tych krwiożerczych pajęczaków.

Na łosie kiedyś masowo polowali ludzie, teraz jest inaczej

Łoś to kultowy gatunek w całej Ameryce Północnej, odgrywający ważną rolę w zdrowiu ekosystemów, będący częścią tamtejszej kultury, szczególnie wśród rdzennej ludności. Kiedy myślimy o takich zwierzętach jak łosie, które są roślinożerne, a nie zapadają w sen zimowy, nie chowają się do nor, uważamy, że ocieplający się klimat powinien im sprzyjać. To bardzo błędne założenie, gdyż zimy są biologicznym reduktorem słabych gatunków, dzięki czemu populacja jest zdrowa, ma silne geny. Ale nie w tym problem, jeśli chodzi o zimę i zmiany klimatu.

Okazuje się, że coraz krótsze łagodniejsze zimy sprzyjają rozwojowi pasożytom takim, jak kleszcze. Te stają się gatunkami inwazyjnymi. Dawniej, szczególnie w XIX wieku łosiom zagrażali sami ludzie, prowadząc niekontrolowane polowania, wycinając w Ameryce Północnej lasy pod uprawy. XX wiek oczywiście to zmienił, powstały parki narodowe, wprowadzono restrykcyjne przypisy, które mają charakter federalne. Dziś zagrożeniem dla łosi nie są ludzie, a kleszcze. Choć paradoksalnie to ludzie za to odpowiadają, bo spalają paliwa kopalne, tym samym podwyższając średnią temperaturę na Ziemi.

Teraz masowo polują kleszcze

Kanada należy do miejsc na Ziemi, które ocieplają się najszybciej ze względu na zmiany powierzchni lodu i śniegu w Arktyce. Temperatury rosną średnio dwukrotnie szybciej niż na całym świecie. To fundamentalnie zmienia reguły gry, jeśli chodzi o dziką przyrodę. Wraz ze wzrostem temperatur rosną możliwości takich gatunków jak kleszcze. Jest ich coraz więcej i to one stały się istotnym czynnikiem wpływającym na populację łosi, co szczególnie widać w Kanadzie i północnych stanach USA, graniczących z Kanadą. Problem ten widoczny jest od lat. Na uwagę zasługuje tutaj kleszcz zimowy (Dermacentor albipictus). Jak sama nazwa wskazuje, jest on aktywny także zimą, ale to jak bardzo, to zależy od samej zimy. Dziesiątki lat temu kleszcze te stanowiły problem dla łosi, ale nie taki jak dziś.

Zimy kleszcz w ciągu ostatnich kilkunastu lat zdewastował populacje łosi na południu Kanady, i w północnych stanach USA, szczególnie w Nowej Anglii i Vermont. Teraz biolodzy obserwują, pochód tego pasożyta na Daleką Północ. „Teraz gdy przemieszczają się dalej na północ przez Kanadę, na północ i na zachód, w końcu dotrą tutaj, jeśli jeszcze tu nie są”, powiedziała Kimberlee Beckmen, weterynarz zajmująca się dzikimi zwierzętami w stanowym Departamencie Ryb i Dzikiej Przyrody na Alasce. „Będziemy następni. To tylko kwestia czasu”.

Ogromna depopulacja

Dla łosia skutki działania zimowych kleszczy mogą być makabryczne. Kleszcze gromadzą się jesienią na leśnych krzewach, a następnie przyczepiają się do przechodzących zwierząt i pozostają tam przez zimę. Żywią się krwią żywiciela pęcznieją do rozmiarów winogron. Nawet dziesiątki tysięcy kleszczy może przyczepić się do jednego łosia. Sprawiają, że łosia zaczyna swędzić, ssak czuje się niekomfortowo i jest skłonny do spędzania dużej ilości czasu na drapaniu się, czasem wydzieraniu sierści. Z tego powodu traci energię, a jednocześnie, ma zbyt małą ilość czasu na żerowanie. To prowadzi ostatecznie do śmierci. W grę oczywiście wchodzę też choroby.

Problem ten dotyczy zarówno łosi kanadyjskich, jak i amerykańskich. W latach 2017-2019 przeprowadzono badania. Okazało się, że najbardziej zagrożone są nowo narodzone łosie. Tylko 49 proc. cieląt przeżywa pierwszą zimę. Nie dlatego, że zima jest ciężka, a właśnie, że jest słaba. Gdyby nie kleszcze, przeżywalność wynosiłaby 90 proc. Pozostałe 10 proc. stanowiłaby naturalna redukcja gatunkowa związana z działaniem surowej amerykańskiej zimy. W Quebec, kanadyjskiej prowincji leżącej na Półwyspie Labradorskim zaobserwowano dramatyczne zmiany. Między 2009 (przednie gruntowne liczenie łosi), a 2021 rokiem nastąpił aż 35-proc. spadek populacji. Oczywiście wpływ miały nie tylko same kleszcze. „Jest wiele rzeczy, począwszy od działalności leśnej, rozwoju przemysłowego, przełowienia, kłusownictwa. Nie możemy więc patrzeć tylko pod jednym kątem”, zwróciła uwagę Mandy Gull-Masty, która jest przywódczynią indiańskiej społeczności w Quebec.

Polowania ratunkiem dla łosi?

Skoro życie kleszczy zależy od obecności ssaków, w których płynie życiodajna krew, to pojawia się kwestia kontrolowanej redukcji populacji żywicieli. Nie będzie żywicieli, nie będzie pasożyta. Dlatego też w USA, gdzie problem z kleszczami jest taki sam jak w Kanadzie, pojawiają się pomysły odstrzału łosi, w celu przerzedzenia ich populacji. Biolodzy z Departamentu Ryb i Dzikiej Przyrody w Vermont zalecili niedawno wydanie 180 zezwoleń na odstrzał łosi na obszarze, na którym żyje ich około tysiąca. Celem jest ograniczenie rozprzestrzeniania się kleszczy zimowych. To 80 więcej zezwoleń na odstrzał niż w roku ubiegłym.

„Gdybyśmy mogli pozbyć się zimowych kleszczy, nasze łosie byłyby bardzo zdrowe”, powiedział Nick Fortin, biolog ze stanowego departamentu, mając na myśli kontrolowany odstrzał. „Po prostu mają teraz zbyt wiele pasożytów”, dodał. Tyle tylko, że zabijanie łosi w celu pozbycia się kleszczy wcale nie jest takim dobrym pomysłem. Jego kolega po fachu, Lee Kantar z Maine jest bardziej sceptyczny: „Widzisz mniej łosi, słyszysz, że łosie umierają od kleszczy. A wtedy odpowiedź brzmi: Zamierzamy zwiększyć liczbę zezwoleń. To bardzo gorzka pigułka do przełknięcia”.

Alternatywnym rozwiązaniem może okazać się stosowanie biopestycydów. Tak samo, jak w przypadku polnych szkodników, tak samo w przypadku kleszczy w lasach skutek działania byłby podobny. Problem w tym, że takie środki, choć biologiczne, to broń obosieczna, bo zabijają też organizmy pożyteczne. Cheryl Frank Sullivan, adiunkt w Laboratorium Badawczym Entomologii Uniwersytetu Vermont podkreśliła, że biopestycydy, to tylko jedno z rozwiań w ramach programu „zintegrowanego zarządzania kleszczami”. Agencje federalne i stanowe, naukowcy, właściciele ziemscy i myśliwi mają do odegrania rolę w zmniejszaniu populacji kleszczy. „Nie ma złotego środka na zarządzanie kleszczami. Będziemy potrzebowali różnych podejść i działań, aby kontrolować tego adaptującego się pasożyta, który może mieć duży wpływ na populacje łosi”, powiedziała Sullivan.

Czytaj także: Kolejny gatunek na celowniku. Jest wniosek o zniesienie zakazu polowań na łosie

Kanadyjczycy na celowniku kleszczy

Kleszcze to nie tylko problem łosi czy jeleni, to także problem ludzi. Skoro klimat staje się cieplejszy, to liczebność tych pajęczaków wzrasta. W Kanadzie ryzyko przenoszenia chorób ze zwierząt na ludzi nie jest zbyt duże, co nie znaczy, że nie stanowi problemu. Problem ten staje się w ostatnich latach coraz bardziej widoczny.

Ilustracja. Liczba zdiagnozowanych przypadków boreliozy w Kanadzie oraz prowincji Ontario w latach 2009-2021. Public Health Ontario, Public Health Agency of Canada

Ilustruje to powyższy wykres, pokazujący, jak bardzo w ostatnich latach wzrosły przypadki zdiagnozowanej boreliozy w Kanadzie. Borelioza, to przenoszona przez kleszcze choroba zakaźna, którą może zarazić się człowiek.

Kleszcze czarnonogie, znane również jako kleszcze jelenie (Ixodes scapularis), były kiedyś rzadkim widokiem w całej Kanadzie. Obecnie można je znaleźć w wielu miejscach Ontario i innych prowincji, a w ostatnich latach jest ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Catherine Bouchard, epidemiolożka weterynaryjna z Kanadyjskiej Agencji Zdrowia Publicznego i adiunkt na Uniwersytecie w Montrealu, widziała to na własne oczy. „Piętnaście lat temu… pobierając próbki przez ponad sześć miesięcy w roku, znajdowałbym może 1000 kleszczy w okresie dwóch lat”, powiedziała Bouchard. „Obecnie, kiedy wyjeżdżamy w ten sam region… w ciągu dwóch miesięcy, otrzymujemy 1000 kleszczy”.

Opierając się na istniejących trendach, niektórzy naukowcy spodziewają się, że tempo pojawiania się nowych chorób potroi się w ciągu następnych kilkudziesięciu lat z powodu zwiększonej interakcji między ludźmi a zwierzętami. Będzie to związane nie tyle co ekspansją ludzi na tereny pozamiejskie, a zmianami klimatycznymi. Kleszcze będą tu głównym wektorem chorób.

Czytaj także: Alergie, astma, choroby zakaźne. Kryzys klimatyczny coraz mocniej wpływa na zdrowie dzieci

Polacy na celowniku kleszczy

Podobny problem jest widoczny w Polsce. Zmiany klimatyczne oznaczają nasilenie rozprzestrzeniania się zakaźnych chorób wektorowych, co dotyczy także kleszczy. Tak samo, jak w Kanadzie, tak samo w Polsce obserwuje się dynamiczny wzrost zachorowań na boreliozę.

„Zakaźne choroby tropikalne pojawiają się już w Europie nawet u osób niepodróżujących, a w Polsce – wskutek łagodniejszych zim – wydłuża się czas aktywności kleszczy i szczególne wzrasta zachorowalność na boreliozę. Wzrost ten jest wyraźnie widoczny w medycznych statystykach – obecnie na boreliozę każdego roku zapada kilkanaście tysięcy osób, czyli kilkakrotnie więcej niż kilkanaście lat temu. Obserwując wieloletnie tendencje wzrostu średnich temperatur powietrza w Polsce, należy się spodziewać, że choroby wektorowe staną się coraz poważniejszym zagrożeniem dla zdrowia publicznego”, wyjaśnia Weronika Michalak, dyrektorka HEAL Polska.

Tak więc problem dotyczący łosi, jak i nas, będzie narastać. O ile my sami mamy możliwości, by się chronić przed kleszczami, to północnoamerykańskie łosi już nie. I jest to problem, na który nie ma dziś złotego środka, poza zatrzymaniem emisji gazów cieplarnianych.

Zdjęcie: Harry Collins Photography/Shutterstock

Podziel się: