Polski system produkcji żywności do gruntownego remontu. „Nagle nie ma się czym leczyć”

160
0
Podziel się:

System produkcji żywności wymaga całkowitego przeorganizowania. – Świat zużywa 3,5-4 mln ton pestycydów, w dużej części rakotwórczych. Polska tutaj niestety należy do czołówki. A jeszcze bardziej bryluje w wykorzystywaniu antybiotyków w chowie przemysłowym. To 800 ton rocznie. W związku z tym antybiotyki mamy wszędzie: w wodzie, w mięsie, a tym bardziej w kurczakach — mówi nam dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, prof. WSIiZ.

W ubiegłym tygodniu odbyła się debata pt. „Planeta to MY — nasza wspólna przyszłość”. Zorganizowała ją Koalicja Klimatyczna wraz z rzeszowską WSIiZ. Uczelnia podkreśla, że warto jak najwięcej rozmawiać o istniejących problemach i sposobach na ich rozwiązanie. Naukowcy, eksperci, aktywiści, politycy i młodzież porozmawiali o możliwych rozwiązaniach, które pozwolą uratować naszą planetę przed zagładą. Łącznie wzięło w niej udział ponad 200 osób. Poruszono m.in. kwestie związane z produkcją żywności, bioróżnorodnością oraz wyzwaniami dla polskiego rolnictwa. SmogLab objął nad wydarzeniem patronat medialny.

Dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, profesor uczelni, prezydent Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania (WSIiZ) w Rzeszowie wygłosił swój wykład, wyznaczający kierunki działań naprawczych. Porozmawiał także ze SmogLabem, wyjaśniając, co należy zmienić.

Polski system produkcji żywności jest do przebudowy

Klaudia Urban, SmogLab: Dlaczego polski system produkcji żywności nadaje się już tylko do gruntownego remontu?

Dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, profesor uczelni: To, co się wydarzyło w Polsce po upadku komunizmu, jest naśladowaniem tego, co dzieje się na zachodzie. Chodzi o wprowadzanie na dużą skalę tzw. rolnictwa przemysłowego. W rezultacie musiały na tym ucierpieć średnie, a szczególnie małe gospodarstwa rolne. I zaczęły błyskawicznie znikać.

Mamy rolnika, który zwykle jest biedny oraz konsumenta, który je przede wszystkim żywność przemysłową. Co do jej jakości i wpływu na nasze zdrowie jest mnóstwo publikacji, rzetelnych badań naukowych. Niestety nie można mieć wątpliwości co do jej fatalnego oddziaływania. To nie jest tylko problem Polski.

Dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, prof. uczelni, przemawia podczas debaty. Fot. Mariusz Guzek/WSIiZ

Jak to się objawia?

Wystarczy popatrzeć na służbę zdrowia. Wydatki ciągle rosną. Rośnie jednak też niezadowolenie ze służby zdrowia. Kondycja zdrowotna człowieka jest coraz gorsza — z jednej strony pod wpływem anomalii pogodowych, zmian klimatu, a z drugiej strony wskutek coraz gorszej jakości przetworzonej żywności, jak również wody i powietrza.

Walka o uchronienie ludzkości od katastrofy klimatycznej skupia się przede wszystkim na ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. Ludzkość stoi jednak przed niemniej groźnym wyzwaniem, jakim jest szybko postępująca degradacja środowiska.

Moja uczelnia w ciągu ostatnich 3 lat zwraca na to uwagę. A to problem w skutkach jeszcze poważniejszy.

Degradacja przyrody — oto nasza przyszłość, jeśli nic nie zmienimy

To znaczy?

Degradacja środowiska i utrata bioróżnorodności wskutek dominacji przemysłowego systemu produkcji żywności. I tym się trzeba zająć.

Koncernami i rolnictwem intensywnym.

Zgadza się. Z wykorzystaniem chemicznych środków na olbrzymią skalę. Rocznie świat faszeruje gleby porcją 200 mln ton nawozów sztucznych. Co więcej, prawie 90 mln ton nawozów nie zdąży zostać zaabsorbowanych przez rośliny uprawne i spływa do rzek, zbiorników wodnych. A w rezultacie do oceanów. Polska zużywa 2 mln ton, więc 3 razy więcej na hektar niż średnia światowa. Przez to gleba degraduje się 30 razy szybciej, niż jest w stanie się regenerować. Być może niedługo gleba przestanie rodzić. I jest jeszcze jeden aspekt, czyli coraz gorsza kondycja zapylaczy. Przez chemiczne środki (pestycydy) pszczoły, a szczególnie dzikie owady zapylające, są masowo zabijane. A bez zapylania nie wyprodukujemy 75 proc. żywności.

Świat zużywa 3,5-4 mln ton pestycydów, w dużej części rakotwórczych. Polska tutaj niestety należy do czołówki. A jeszcze bardziej „bryluje” w wykorzystywaniu antybiotyków w chowie przemysłowym. To 800 ton rocznie. W związku z tym antybiotyki mamy wszędzie: w wodzie, w mięsie, a tym bardziej w kurczakach. To, że Polska jest liderem produkcji drobiu, nie jest żadnym powodem do dumy, jeśli chów odbywa się w takich warunkach jak dziś. Z tego powodu — przez antybiotyki — mamy lekooporność i nagle nie ma się czym leczyć, bo antybiotyki po prostu przestają na nas działać.

Fot. Mariusz Guzek/WSIiZ

Mięso — prawdziwa kość niezgody

Czy rezygnacja z mięsa uchroni nas przed katastrofą?

Przede wszystkim z 1 hektara można otrzymać 6-20 razy więcej białka roślinnego niż zwierzęcego. Krótko mówiąc, jeśli ograniczymy spożycie mięsa na rzecz białka roślinnego, to problem zostanie rozwiązany. Ja nie proponuję całkowitej rezygnacji z mięsa, tylko swoisty środek drogi. Tym bardziej że mięso jest potrzebne, szczególnie dorastającemu człowiekowi. Tam są pewne aminokwasy, składniki mineralne, których nie dostarczy białko roślinne. Nie ma sensu dramatycznie się rozstawać z mięsem. Jeśli ktoś chce – proszę bardzo.

Mamy unikać drobiu ze względu na antybiotyki. Wieprzowina jest rakotwórcza. Niektórzy chwalą wołowinę, którą z kolei odradza się ze względu na klimat. Jak się w tym odnaleźć?

Na pewno trudno jest znaleźć zdrowe mięso. Stroniłbym od wołowiny i kurczaków z nie wiadomo jakich ferm. Mimo wszystko w tym kontekście indyk ma się lepiej. Są sklepy ze zdrową żywnością, w których czasami można kupić mięso z chowu zagrodowego. To jest problem, bo u nas skuteczna kontrola jakości żywności praktycznie nie istnieje, a skala produkcji pożytecznej żywności jest bardzo skromna.

Co w takim razie będą jadły nasze wnuki?

Jeżeli nic się nie zmieni, to (jeśli w ogóle będą miały co jeść) będzie to bardzo niezdrowe. Irytujące jest to, że rozwiązania są znane.

Ograniczenie konsumpcji to pierwszy krok ku lepszemu

Proszę nam uchylić rąbka tajemnicy.

Jakie są założenia mojego rozwiązania? Należy, najlepiej w ciągu 5-10 lat, obniżyć konsumpcję mięsa z 75 kg do 25 kg na osobę na rok. Według World Health Organization, a także Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, taki poziom spożycia jest wystarczający dla naszego organizmu. Pożądanym będzie wzrost konsumpcji ryb i owoców morza z 10 kg do 20 kg na osobę na rok (pozyskiwanych z łowisk dalekomorskich). Taka jest średnia światowa, a wzrost spożycia o 400 tys. ton rocznie spowoduje rozwój tej gałęzi gospodarki. Skoro przemysłowa produkcja mięsa tak dotkliwie dewastuje środowisko, to należy ich produkcję ograniczyć do naszych potrzeb, czyli stopniowo rezygnować z eksportu. Z przyczyn etycznych konieczne jest wyzerowanie także importu. Powyższe oznacza redukcję produkcji mięsa z 5,3 mln ton do 0,95 mln ton, a mleka o ok. 15 proc.

Chcę podkreślić, że propozycje naukowców, np. brytyjskich lub amerykańskich, są bardziej radykalne. Nie jest to konieczne, ponieważ efekty tego, co proponuję, są wystarczająco dobre. Jak np. zaoszczędzimy powyżej 30 mld ton wody /rok, czyli prawie połowę rocznego zużycia. Uwolni się może nawet 8 mln ha gruntów rolnych, na których możemy produkować białko roślinne i inne pożywne, rośliny mniej uciążliwe dla środowiska. Będziemy mogli przejść na hodowlę w harmonii ze środowiskiem i też eksportować mięso świetnej jakości po zdecydowanie wyższej cenie niż dzisiaj eksportowane. Radykalnie spadnie zużycie nawozów sztucznych, pestycydów i antybiotyków.

Aby transformacja się udała, trzeba jednak spełnić kilka warunków.

Remedia leżą na stole

Jakich?

Najpierw trzeba zmienić systemy organizacji, finansowania rolnictwa i wsi. W kolejnych dwóch monografiach zespół prof. W. Misiąga przedstawił stan rzeczy i w formie 54 konkretnych rekomendacji konieczne zmiany.

Kolejnym koniecznym warunkiem jest wprowadzenie rzetelnego rachunku ekonomicznego produkcji żywności. Obecnie zupełnie pomija się koszty pośrednie w produkcji żywności metodą przemysłową, tj. emisji gazów cieplarnianych, dewastacji środowiska, utraty naszego zdrowia, czy też złych nawyków żywieniowych. Nie wolno także zapominać o cierpieniu zwierząt.

Wskazałem także źródła finansowania transformacji i osłony konsumentów, jeśli ceny mięsa istotnie wzrosną.

Rozwiązania są znane, ale nie potrafimy z nich skorzystać?

Żeby to się udało, potrzebna jest dobra wola i trochę przyzwoitości. Smutne jest to, że w pewnym sensie Polacy są zakładnikami pośredników, garstki właścicieli ferm przemysłowych oraz kilku międzynarodowych koncernów, które zdominowały produkcję, dystrybucję środków chemicznych, nasion i wszystkiego, czego potrzeba rolnikowi czy hodowcy, żeby produkować żywność.

Zarabiają nieliczni, podczas gdy my tracimy zdrowie i przyrodę. Polski rolnik – średni czy drobny – nie jest w stanie konkurować z wielkim przemysłem.

Oczywiście. Przecież nasz rolnik nie może powiedzieć, że ma się dobrze. On niestety jest na końcu [kolejki po pieniądze]. Kiedy w połowie lat 90. wpuściliśmy do Polski pierwszego wielkoskalowego, przemysłowego hodowcę, nie byliśmy na to przygotowani. Gospodarstwa zaczęły wtedy upadać jedno po drugim. Znikało małe przetwórstwo, np. masarnie, a rynek detaliczny zdominowały sieci handlowe.

System produkcji żywności można uratować. Przykład idzie od sąsiadów

Co jeszcze może być remedium na nasze błędy i bolączki?

Pora uczyć się np. od Czechów, Estończyków, czy Austriaków, jak skutecznie wspierać rozwój produkcji ekologicznej żywności. Tam od 15 do 25 proc. gruntów rolnych przeznaczonych jest na wytwarzanie zdrowej żywności. A u nas 3,5 proc. (!). W Niemczech rynek „eko” żywności jest 60 razy większy niż u nas.

Wysuszone w minionych latach torfowiska o powierzchni 1,2 mln ha będziemy mogli zalać wodą. W rezultacie, zamiast emitować, będą pochłaniać gazy cieplarniane na poziomie 34 mln ton ekwiwalentu CO2 rocznie. Czyli 8,5 proc. całkowitej emisji w Polsce. Bardzo na tym zyska także bioróżnorodność środowiska. Bagienne torfowiska chronią przed suszą i powodzią, poprawiają jakość wody oraz mogą być miejscem produkcji paszy i materiałów budowlanych.

A emisje, które generuje rolnictwo?

Żeby wyprodukować 1 kg wołowiny, to trzeba wyemitować 36 kg ekwiwalentu CO2. Rolnictwo i hodowla w całym ciągu technologicznym od pola do konsumenta odpowiada za 35 proc. emisji gazów cieplarnianych, tj.18 mld t CO2 ekw. / rok.

Ja zdaję sobie sprawę, że przeważnie ludzie bardzo mało o tym wiedzą. Najpilniejsza jest edukacja na szeroką skalę, od szkół, przez media publiczne, po starsze pokolenia. Wszystko po to, żeby zdać sobie sprawę, gdzie my przez ostatnie 50 lat panowania nam rolnictwa przemysłowego zabrnęliśmy. I jakie to ma konsekwencje dla naszych dzieci i wnuków. Pora ograniczyć spożycie mięsa i za Koalicją Klimatyczną powiedzieć STOP fermom przemysłowym.

Zdjęcie tytułowe: TTstudio/Shutterstock

Podziel się: