Modele sztucznej inteligencji z miesiąca na miesiąc stają się coraz potężniejsze. Jednocześnie ma miejsce inny, bardzo niepokojący proces: zdolności poznawcze i możliwości intelektualne ludzi są coraz słabsze. Powodów jest kilka, ale w niedalekiej przyszłości najpoważniejszy z nich będzie związany ze … spalaniem paliw kopalnych.
Na naszych oczach ma miejsce „rewolucja AI”, która już zmienia, a niedługo zapewne kompletnie przeora rynek pracy, naukę, nasze społeczeństwa, sposób prowadzenia wojny i uprawiania polityki. Wiele osób z branży AI ostrzega też, że wystarczająco zaawansowana, samodzielna i sprawcza sztuczna inteligencja może doprowadzić nawet do zagłady ludzkości.
Po co nam własna inteligencja, skoro mamy AI?
Dynamiczny rozwój „inteligencji maszynowej”, zdolnej odpowiedzieć na prawie każde nasze pytanie, nie powinien jednak oznaczać, że przestajemy używać własnego umysłu. Wręcz przeciwnie, dziś, gdy jesteśmy konfrontowani z bytami, które niedługo najpewniej będą ogromnie przewyższać nas pod względem intelektu i wiedzy, powinniśmy móc posługiwać się naszymi mózgami sprawniej niż robiliśmy to kiedykolwiek w historii naszego gatunku. Powinniśmy nie tylko być rozważniejsi i mądrzejsi, ale też po prostu umieć bardzo sprawnie, logicznie i krytycznie myśleć. No i mieć wystarczającą wiedzę o otaczającym nas świecie.
Choćby po to, by wiedzieć, kiedy AI „wpuszcza nas w maliny”, a kiedy nie. Jeśli ktoś dłużej używał narzędzi takich jak np. ChatGPT, doskonale wie, że od czasu do czasu zdarza im się fantazjować i „halucynować”. Lub też po prostu, całkiem „po ludzku”, mylić. Szerzej, powinniśmy być na tyle sprawni intelektualnie oraz wystarczająco dużo wiedzieć i rozumieć, by maksymalizować korzyści i minimalizować zagrożenia związane ze sztuczną inteligencją. Musimy naprawdę dobrze rozumieć, co AI do nas mówi i jak z tego skorzystać.
Niestety, wiele wskazuje, że jako ludzkość nie stajemy się coraz mądrzejsi. A bardziej precyzyjnie – będziemy coraz mniej zdolni do długotrwałego, głębokiego skupienia, wysiłku intelektualnego, podejmowania mądrych decyzji i do naprawdę oryginalnego, twórczego myślenia.
Przyczyn jest kilka i są one różnej natury. Jedne wynikają z naszego sposobu korzystania z nowych technologii. Inne są skutkiem zanieczyszczenia środowiska. Wszystkie jednak mniej lub bardziej upośledzają funkcjonowanie ludzkiego mózgu.
To nie jest (wyłącznie) wina kiepskich szkół
Jako pierwszy wiele osób wymieniłoby pewnie coraz gorszą jakość edukacji – od podstawówki po studia wyższe, a nawet doktoranckie. Faktycznie, bardzo często „przygoda ze szkołą” okazuje się wyłącznie historią zaprzepaszczonych szans i zmarnowanych talentów młodych ludzi.
Z jednej strony szkoła zbyt często zabija ciekawość, samodzielność, kreatywność i oryginalność. Z drugiej, nie stawia przed młodymi ludźmi wystarczających wymagań, nie uczy też krytycznego myślenia ani wnikliwej analizy. I przekazuje zbyt mało rzetelnej wiedzy i umiejętności – przynajmniej jeśli chodzi o nauki ścisłe.
Zostawmy jednak w spokoju chronicznie niedofinansowaną edukację, która w obliczu dynamicznego rozwoju AI ma jeszcze więcej problemów i wyzwań niż do tej pory.
Ludzkość głupieje przez AI?
Nadużywanie narzędzi sztucznej inteligencji zwalnia nas z wysiłku myślenia, a przez to czyni słabymi intelektualnie. Czyli dosłownie ogłupia. Już teraz istnieje wiele badań, które to wyraźnie pokazują. Problem nie jest trudny do zrozumienia – pomocna jest tu analogia do sytuacji wyręczania się maszynami w przypadku jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Jeśli ktoś w ogóle nie ćwiczy, a wszędzie jeździ autem lub elektryczną hulajnogą, raczej nie będzie mieć dobrej kondycji fizycznej i wydolności.
Szczególnie niebezpieczne jest nadużywanie narzędzi AI w procesie edukacji – w szkole czy na studiach. Tu przypomina korzystanie z wózka widłowego – zamiast własnych mięśni – do podnoszenia ciężarów na siłowni. I to w sytuacji, gdy naszym celem jest zbudowanie odpowiedniej siły i wytrzymałości. To także dlatego proces, o którym mowa, najbardziej dotyka ludzi młodych.
Być może wręcz grozi nam sytuacja, że bardzo znaczna część pokolenia obecnych nastolatków nie wykształci umiejętności głębszej analizy, krytycznego myślenia ani zdolności do twórczej pracy intelektualnej. Po prostu dlatego, że za każdym razem, gdy napotykali jakieś poważniejsze wyzwanie intelektualne, to zamiast mierzyć się z nim samodzielnie, używali AI. Można podejrzewać, że wraz z rozwojem sztucznej inteligencji problem ten będzie się pogłębiał, a szkody będą coraz większe.
Coraz więcej badań wskazuje też na to, że narzędzia oparte na sztucznej inteligencji mogą też prowadzić do stopniowej utraty kompetencji nawet przez specjalistów – lekarzy, informatyków i przedstawicieli wielu innych zawodów. Przykładowo, w jednym z badań z udziałem doświadczonych lekarzy wykonujących kolonoskopię stwierdzono, że dostęp do systemu AI analizującego obrazy endoskopowe sprawiał, iż skuteczność ludzkich ekspertów wyraźnie spadała, gdy tylko system ten stawał się niedostępny.
Czytaj także: Zakaz telefonów w szkołach już od września. Prezydent podpisał ustawę
Nie potrzeba AI, wystarczy smartfon
Proces ogłupiania ludzi przez technologie związane z przekazywaniem lub przetwarzaniem informacji nie zaczął się oczywiście wraz z „rewolucją AI”. Można zastanawiać się na przykład, jak bardzo – w dodatku od wielu dekad – szkodziła i wciąż szkodzi nam pod tym względem telewizja, a nawet stare dobre radio. Jednak wynalazkiem znacznie bardziej skutecznym w „robieniu nam z mózgu wody” okazał się smartfon, zwłaszcza w połączeniu z mediami społecznościowymi.
Spustoszenia, jakie naszej zdolności do głębokiej koncentracji i skupienia uwagi robi fakt, że jesteśmy cały czas podłączeni do Internetu, są ogromne. Współczesne media społecznościowe, zamiast służyć ludziom, są celowo projektowane tak, aby przyciągać i wykorzystywać ludzką uwagę. I, co tu dużo mówić, uzależniać nas. Przez to jeszcze bardziej utrudniają koncentrację. A przecież bez odpowiedniej koncentracji twórcza praca intelektualna jest niemożliwa.
Uszkodzenia „białkowego hardware” są groźniejsze niż jego wadliwy „software”?
Niewłaściwe, nadmierne korzystanie z narzędzi sztucznej inteligencji, mediów społecznościowych czy smartfonów jest bardzo szkodliwe, ale prowadzi do zaburzeń pracy naszego umysłu bardziej „na poziomie software” niż „hardware”. Choć oczywiście w przypadku mózgu nie ma tu tak jasnego podziału jak w przypadku komputera. Są to jednak szkody przynajmniej częściowo odwracalne – nie ma przekonujących dowodów, że smartfony „niszczą mózg” i u wszystkich ludzi trwale zmniejszają zdolność koncentracji. Co więcej, możemy siebie i swoje dzieci relatywnie łatwo ochronić przed szkodliwym wpływem technologii. A przynajmniej znacznie go ograniczyć. AI czy smartfonów można przecież używać, ale nie nadużywać.
Inaczej jest z czynnikami chemicznymi czy fizycznymi, które uszkadzają nasz mózg lub zaburzają jego funkcjonowanie. Tu znacznie trudniej się chronić, zwłaszcza jeżeli są one wszechobecne w naszym środowisku.
Wysoka cena benzyny ołowiowej
Przykładem może być tu narażenie na ołów i jego związki, spowodowane używaniem przez wiele dekad na masową skalę benzyny ołowiowej. Ponad sto lat temu jako środka przeciwstukowego zdecydowano się dodawać do benzyny bardzo silnie neurotoksyczny tetraetyloołów. Miało to dramatyczne konsekwencje, w dodatku dotykające setki milionów osób. Z uszkodzeniem mózgu przez ołów wiązało się niższe IQ i większa skłonność do agresji. Problem, jak zwykle, w najbardziej zauważalny sposób dotyczył dzieci i młodzieży.
Czytaj także: Dla zysku zatruli miliony ludzi. W Polsce też
Tworzywa sztuczne bywają bardzo problematyczne
Etyliny już praktycznie nie używamy, a narażenie na ołów na szczęście jest dziś już dużo mniejsze. Nasze środowisko nie jest jednak wolne od substancji zaburzających rozwój lub funkcjonowanie ludzkiego układu nerwowego. Należą do nich np. niektóre pestycydy, a także kilka grup związków chemicznych, na masową skalę dodawanych do tworzyw sztucznych, by poprawić ich własności. Są to m. in. polibromowane etery difenylowe (PBDE), używane jako środki zmniejszające palność, oraz ftalany, stosowane jako plastyfikatory (zwiększające elastyczność produktu). Narażenia na nie praktycznie nie da się uniknąć, bo są obecne w bardzo wielu produktach, z których na co dzień korzystamy.
Ani ftalany, ani PBDE nie są oczywiście aż tak neurotoksyczne jak tetraetyloołów i w przypadku części z nich jeszcze większym problemem zdrowotnym są zapewne zaburzenia gospodarki hormonalnej i płodności, jakie powodują. Jednak substancje te są szkodliwe dla rozwijającego się układu nerwowego. Narażenie na nie samych dzieci albo ich ciężarnych matek może skutkować obniżeniem IQ, zaburzeniami uwagi czy problemami poznawczymi i behawioralnymi. Nie są to może efekty spektakularne, lecz istotne – często chodzi o przesunięcie średniej IQ o „zaledwie” kilka punktów, ale praktycznie w całej populacji. W przypadku pojedynczego człowieka może to być trudne do zauważenia, ale w skali danego społeczeństwa czy całej ludzkości ma bardzo duże znaczenie.
Można mieć nadzieję, że dalsze eliminowanie z rynku najbardziej szkodliwych ftalanów i PBDE, które od jakiegoś czasu ma miejsce, zmniejszy narażenie ludzi i stopniowo zagrożenie będzie znikać. Choć dziś sytuacja jest bardzo daleka od dobrej, jest tu jednak miejsce na pewien, bardzo ostrożny, optymizm.
Drobinki plastiku w mózgu
Znacznie gorzej wyglądają perspektywy uporania się z innym potencjalnym zagrożeniem dla ludzkiego układu nerwowego związanym z tworzywami sztucznymi. Jest nim mikroplastik, wszechobecny już dziś nie tylko w naszym środowisku, ale i w naszym organizmie. Wciąż jeszcze za wcześnie, byśmy mieli pewność, jakie szkody zdrowotne powoduje. Jednak fakt, że można go znaleźć w naszym układzie nerwowym, nie napawa tu optymizmem. Kawałeczki tworzyw sztucznych w naszym mózgu raczej nie poprawiają sprawności jego funkcjonowania.
Szkodliwych dla naszego układu nerwowego zanieczyszczeń środowiska jest oczywiście znacznie więcej. Są to choćby spaliny silników dieslowskich. Na przykład, jest bardzo wiele badań, które pokazują, że dzieci oddychające bardziej zanieczyszczone powietrzem mają gorsze wyniki w nauce i testach psychometrycznych.
Ziemska atmosfera robi się coraz bardziej duszna
Wkrótce jednak największym i najtrudniejszym do usunięcia zagrożeniem dla ludzkich możliwości intelektualnych okaże się jednak coś jeszcze innego. Będzie to zbyt wysokie stężenie w powietrzu pewnego dobrze znanego, powszechnie występującego i produkowanego przez nasz własny organizm związku chemicznego.
Chodzi o dwutlenek węgla (CO2), którego ilość w ziemskiej atmosferze systematycznie rośnie — każdego roku tylko ze spalania węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, ludzkość emituje ok. 37 miliardów ton tego gazu. Do tego dochodzi parę miliardów ton z innych źródeł, np. wylesiania czy pożarów lasów. Część z tej ogromnej ilości jest pochłaniana przez oceany, część przez biosferę. Jednak i tak wystarczająco dużo CO2 pozostaje w atmosferze.
Ma to kilka bardzo poważnych konsekwencji. Po pierwsze, klimat naszej planety gwałtownie się ociepla, bo CO2 jest przecież silnym gazem cieplarnianym. Po drugie, oceany ulegają zakwaszeniu, gdyż nadmiar dwutlenku węgla rozpuszcza się w wodzie morskiej, tworząc kwas węglowy. I wreszcie – jakość powietrza, którym oddychamy, staje się coraz gorsza.
Cała Ziemia niczym niewietrzona sala
W niewentylowanym, pełnym ludzi pomieszczeniu czujemy się senni, jest nam „duszno”, a nawet może zrobić nam się słabo. Chyba każdy doświadczył tego albo w kościele, albo na sali lekcyjnej lub wykładowej. Za uczucie duszności odpowiada właśnie dwutlenek węgla, którego głównym źródłem w zamkniętych pomieszczeniach jesteśmy my sami. Opisane wyżej objawy mogą wystąpić już przy stężeniach CO2 rzędu 1000 ppm (części na milion).
Oddychanie powietrzem o zawartości CO2 na poziomie 1000 ppm upośledza też nasze zdolności intelektualne w stopniu zauważalnym i łatwo wykrywalnym za pomocą testów. (W niewietrzonej sali lekcyjnej stężenie dwutlenku węgla może być nawet kilkukrotnie wyższe!). Warto tu przypomnieć, że według wielu norm budowlanych, powietrze o zawartości dwutlenku węgla wyższej niż 1000 ppm nie jest już powietrzem „dobrej jakości”. O bardzo dobrej jakości powietrza możemy mówić przy stężeniu CO2 poniżej 600 ppm.
W przypadku dusznego pomieszczenia zwykle można po prostu otworzyć okna, albo wyjść na zewnątrz. A co, jeśli powietrze na zewnątrz będzie zawierało tak dużo dwutlenku węgla, że będzie on zauważalnie wpływał na nasze samopoczucie i sprawność intelektualną? Czy to jest w ogóle możliwe? Niestety, tak. Przed rewolucją przemysłową stężenie tła dwutlenku węgla w powietrzu wynosiło około 280 ppm. Obecnie dochodzi już do 430 ppm. Jednak do 600 ppm, a tym bardziej do tysiąca ppm, jeszcze sporo brakuje, więc może nie ma się czym martwić? Niestety, jest, z kilku powodów.
W miastach duszniej niż na odludziu
Po pierwsze, normy budowlane dotyczą powietrza wewnątrz budynków, gdzie większość ludzi spędza większość doby, a nie powietrza atmosferycznego. Wewnątrz budynku stężenie CO2 jest zwykle istotnie wyższe niż na zewnątrz. A im wyższe stężenie CO2 w atmosferze, tym trudniej „wietrzyć” budynek, tj. przez wymianę powietrza zapewnić wewnątrz powietrze o dostatecznie niskiej zawartości dwutlenku węgla.
Po drugie, podane wartości dla stężenia CO2w powietrzu zewnętrznym (np. obecne 430 ppm) dotyczą stężenia tła, mierzonego z dala od źródeł emisji tego gazu. Na przykład na szczycie sporej góry na środku Pacyfiku. W miastach, gdzie takich źródeł emisji jest bardzo wiele (samochody, domowe piece, instalacje przemysłowe) stężenie dwutlenku węgla w powietrzu, którym oddychamy jest zauważalnie wyższe, co pokazało wiele badań. Przykładowo: w 2000 roku w Phoenix w Arizonie średnie stężenie CO2 z okresu prowadzenia pomiarów (14 dni) wahało się między 400 a ponad 500 ppm. Najwyższe zanotowane chwilowe stężenie CO2 sięgało 650 ppm. Jednak w 2000 roku stężenie CO2 tła wynosiło ok. 370 ppm. Dziś do każdej ze zmierzonych wtedy wartości należałoby dodać 60 ppm! Podobne pomiary wykonano też w wielu innych miastach na świecie, w tym w Krakowie. Wyniki i wnioski w zasadzie te same co w Phoenix.
Stężenie tła rośnie coraz szybciej
W otaczającym nas powietrzu, nawet na zewnątrz, jest więc zwykle znacznie więcej dwutlenku węgla, niż wynikałoby to z aktualnego stężenia tła. Kolejny problem polega na tym, że, jak widzimy, samo planetarne tło CO2 bardzo szybko rośnie. W dodatku rośnie średnio coraz szybciej.
To, jak szybko, zależy nie tylko od emisji CO2, ale też od pochłaniania tego gazu przez ekosystemy lądowe i przez oceany. W latach z gorszym pochłanianiem przez oceany i biosferę (na przykład z powodu występowania zjawiska El Niño) może to być nawet ok. 3.5 ppm na rok, tak jak było w latach 2023 i 2024. Można spodziewać się, że wraz z postępami zmiany klimatu i osłabieniem możliwości pochłaniania (choćby w związku z zamieraniem ekosystemów leśnych) a także ze wzrostem emisji „naturalnych” – z pożarów lasów czy wysychających torfowisk, roczne przyrosty stężenia tła CO2 mogą regularnie osiągać czy nawet przekroczyć 4 ppm. A przy 4 ppm na rok, 100 ppm „robimy” w ciągu zaledwie 25 lat. Istnieje więc bardzo poważne ryzyko, że za mniej więcej pół wieku nigdzie na Ziemi powietrze nie będzie „bardzo dobrej jakości” w świetle norm budowlanych!
Po czwarte wreszcie, nie wiadomo do końca, gdzie zaczyna się próg zawartości CO2 w powietrzu, przy którym funkcjonowanie naszego umysłu (a przynajmniej niektóre jego bardziej subtelne funkcje) staje się zauważalnie upośledzone. Prawdopodobnie jest to znacznie mniej niż 1000 ppm. W końcu przez większość swojej historii, nasz gatunek doświadczał stężenia tła nie przekraczającego 300 ppm.
Problem, przed którym ostrzegał sam Elon Musk
Problem jest na tyle poważny, że zwrócił na niego uwagę nawet Elon Musk. W trakcie rozmowy z Donaldem Trumpem sprzed dwóch lat Musk wprawdzie bagatelizował problem globalnego ocieplenia, ale jednocześnie wspomniał o wpływie zbyt wysokiego stężenia CO2 na nasze samopoczucie jako o realnym zagrożeniu.
Czytaj także: Zapomniana rozmowa Muska z Trumpem. Przed czym ostrzegał nas najbogatszy człowiek świata?
Widać, że nawet gdyby dwutlenek węgla nie był gazem cieplarnianym i nie powodował zmiany klimatu, to i tak powinniśmy jak najszybciej nie tylko ograniczać jego emisję, ale też aktywnie usuwać go z powietrza. Niestety, na razie brzmi to jak połączenie political fiction i science fiction.
Paradoks naszych czasów może więc wyglądać następująco: stworzymy potężną, sztuczną inteligencję właśnie wtedy, gdy sami zaczniemy stopniowo, lecz trwale, tracić część zdolności, które pozwoliły nam ją zbudować. To, czy taki scenariusz się spełni, zależy przede wszystkim od decyzji, które podejmiemy w najbliższych latach. Zarówno w odniesieniu do technologii, jak i ochrony środowiska oraz – przede wszystkim – polityki klimatycznej. Jeśli się szybko nie „ogarniemy”, czeka nas przyszłość rodem z bardzo ponurej dystopii.
–
Zdjęcie tytułowe: GaudiLab/Shutterstock



