Udostępnij

Ustrój Rosji to kleptokracja – rządy złodziei

23.01.2024

Klasyczne nauki polityczne znają kilka ustrojów. Jest tam więc na przykład demokracja, w której władza należy do ludu. Republika, gdzie rządzą najlepsi. Jest też autokracja, w której pełnię władzy ma jednostka. Putinowskiej Rosji nie opisuje jednak żadne z tych określeń. Ustrój który w niej panuje to – zdaniem wielu autorów i politologów – kleptokracja. Kleptokracja czyli po prostu rządy złodziei.

Jeżeli naprawdę chcielibyście zrozumieć reżim Putina w całej jego głębi, musicie iść do księgarni. Nie żeby kupić prace Karola Marksa lub Adama Smitha. Też nic Monteskiusza lub Machiavellego, chociaż autor, którego szukacie ma włoskie korzenie. Na razie pomińcie „Doktrynę faszyzmu” Mussoliniego (ale pamiętajcie o niej później…) i cały dział nauk politycznych. Idźcie prosto do działu z fikcją literacką i zabierzcie do domu wszystkie książki Mario Puzo, które znajdziecie. Trylogia „Ojca Chrzestnego” to dobry początek, ale nie pomijajcie też „Ostatniego Dona”, „Omerty” i „Sycylijczyka”. – pisał już w 2007 roku Garri Kasparow, by kilka lat później (w książce „Winter is coming”) dodać do tego jeszcze: „Fan Puzo widzi rządy Putina we właściwy sposób: ścisła hierarchia, wymuszenia, zastraszanie, wizerunek silnego człowieka, długa lista wygodnych śmierci wśród jego krytyków, eliminowanie zdrajców, kod lojalności i tajemnicy, i – ponad wszystko – mandat do dbania o to, by płynęły pieniądze. Mówiąc innymi słowami: mafia.”

Mottem putinowskich siłowików jest „Dla przyjaciół wszystko, dla wrogów prawo”. Swoim państwo daje zarobić. Innych niszczy, zabija lub okrada, by.. oddać swoim.

Jukos

Michaił Chodorkowski zdecydowanie nie był święty. Był człowiekiem partyjnej nomenklatury, który szybko wskoczył do pociągu z napisem „kapitalizm” i dorobił się na jelcynowskiej prywatyzacji. Tę rzadko opisywano inaczej niż „złodziejska”. Między innymi założył bank, który zarabiał na państwowych pieniądzach, a w 1996 roku za bezcen kupił firmę naftową Jukos. Zrobił to zresztą na prywatyzacyjnej aukcji, którą obsługiwał jego własny bank. Niezwykle wygodnie. W czasie kryzysu 1998 roku bank zbankrutował, ale Chodorkowskiemu udało się zatrzymać Jukos.

Poświęcił mu całą energię, a że był bardzo zdolnym menadżerem, to efekty przyszły szybko. Przede wszystkim zmienił posowiecki konglomerat niewielkich wydobywców i pól naftowych w korporację z prawdziwego zdarzenia. Wprowadził zachodnie zasady zarządzania, księgowości i przejrzystości, dzięki czemu udało mu się ściągnąć zagranicznych partnerów oraz pracowników. Wśród nich kluczowi okazali się amerykańscy inżynierowie, którzy zabrali się za modernizację produkcji. Najgorzej działające szyby zamknięto. W tych lepszych zainwestowano w nowoczesny sprzęt. Cztery lata wystarczyły, by podwoić produkcję. W firmach państwowych w tym czasie nic się nie zmieniało. W 2002 roku Jukos produkował już 20 procent ropy w Rosji. Jego wartość przekroczyła 30 mld USD.

W 2003 Chodorkowski uchodził za najbogatszego człowieka w Rosji. Ale był też człowiekiem, który stracił ochronny parasol Kremla. – Stracił go, ponieważ prezydencja Borysa Jelcyna dobiegła końca. Kariera rozpoczęta od roli wojownika przeciw przywilejom i korupcji, rozwinęła się w, cóż, życie pełne przywilejów i korupcji. – opisywała Rachel Maddow w książce „Blowout”, która gościła niedawno na amerykańskich listach bestsellerów. Sama zmiana władzy nie musiała oczywiście oznaczać końca Chodorkowskiego. Wielu jelcynowskich oligarchów odnalazło się „za” Putina.

Tutaj problemem było to, że właściciel Jukosu nie tylko nie złożył siłowikom hołdu, ale też zaczął zdradzać własne ambicje polityczne. Między innymi wspierając finansowo opozycję oraz ruchy na rzecz demokracji, a także promując w Rosji idee społeczeństwa otwartego. A także publicznie oskarżając Rosnieft (państwowy koncern naftowy) o korupcję. Do tego okazało się, że negocjuje sprzedaż 30 procent swojej firmy amerykańskiemu Exxon Mobile. To byłby dla Putina wielki problem, więc sprawę uznano za bliską zdrady stanu. I zdecydowano, że trzeba ukręcić jej łeb.

A że jej łeb był akurat głową Chodorkowskiego, to właśnie jego wzięto na cel. Jeszcze w maju 2003 roku można było czytać peany na jego cześć na łamach amerykańskiego „Wall Street Journal”. W październiku do jego drzwi zapukała policja. Oligarcha został oskarżony o liczne przestępstwa finansowe i podatkowe. W 2005 roku skazano go na dziewięć lat więzienia, a w połowie wyroku dołożono kolejne kilka lat. Na wolność wyszedł w 2013 roku, kiedy Putin przed igrzyskami zimowymi w Soczi zwolnił część więźniów politycznych, by ci nie rzucali cienia na imprezę.

W międzyczasie ludzie Putina zaopiekowali się Jukosem. Niemal od razu po aresztowaniu do firmy weszli audytorzy, którzy ustalili, że zaległości podatkowe firmy to 27,5 mld dolarów. – To kwota, którą trudno byłoby zapłacić nawet w najbardziej korzystnych okolicznościach, ale ponieważ rząd Putina jednocześnie zamroził aktywa firmy i ograniczył możliwości produkcyjne, Jukos nie był w stanie zapłacić. – pisała Maddow. W związku z tym zlicytowano największą z jego spółek-córek.

Yuganskneftegaz odpowiadał za 60 proc. całej produkcji Jukosu. I nawet większy procent jego wartości, która w październiku 2003 roku wynosiła 36 miliardów dolarów. Na aukcji, która trwała sześć minut, poszedł za 9,3 miliarda. Kupiła go świeżo założona spółka o kapitale zakładowym wynoszącym 300 dolarów, a siedzibę mająca w biurze mieszczącym się na piętrze baru z wódką w mieście Twer. I żeby dopełnić obrazu, to biuro było wirtualne, a ten sam adres w rejestrze podało 150 innych firm.

Rosyjski Twer. Spółka zarejestrowana na piętrze baru z wódką pokazała, jak może działać kleptokracja. Fot. Shutterstock.
Rosyjski Twer. Spółka zarejestrowana na piętrze baru z wódką pokazała, jak może działać kleptokracja. Fot. Shutterstock.

Skąd taka wydmuszka miała pieniądze? Minęło zaledwie kilka dni, a Jukos odkupił od niej… Rosnieft.

Dzięki tej operacji państwowa spółka wydobywcza (to w jej radzie dyrektorów zasiądzie później Gerhard Schroeder) potroiła swoją wartość. A przejęła nie tylko trzykrotnie większą od siebie firmę prywatną, ale też nowoczesną technologię, którą do Jukosu sprowadzili Amerykanie oraz Francuzi. To ważne, bo zapóźnienie technologiczne przez lata było największym problemem sektora naftowego w Rosji. W kolejnych latach państwowa firma wchłonęła resztę pozostałości przedsiębiorstwa Chodorkowskiego. Na czele Rosnieftu od 2004 roku stoi Igor Sieczin (nazywany Darthem Vaderem). Dawny agent KGB i przyjaciel Putina jeszcze z czasów Petersburga. Jego majątek jest nieznany, ale wiele mówi o nim to, że w 2013 roku kupił żonie w prezencie 85-metrowy jacht, który nazwał „Księżniczka Olga”.

Historia Chodorkowskiego była ostrzeżeniem dla innych oligarchów, które ci dobrze zapamiętali. W 2014 roku Putin postanowił przejąć Basznieft. Firmę, która rozwinęła skrzydła pod zarządem Władimira Jewtuszenkowa. Wtedy wystarczyło kilka tygodni aresztu domowego oraz postawienie zarzutów, by ten zgodził się na wszystko, czego od niego chciano. Ostatecznie Basznieft stał się własnością – tak, tak – Rosnieftu. A zarzuty zniknęły tak, jak się pojawiły.

Soczi

Było bardzo wiele powodów, dla których Soczi nigdy nie powinno dostać igrzysk. Najbardziej oczywiste jest to, że ma charakter subtropikalnego letniego kurortu, gdzie temperatury rzadko spadają do zera. Do tego w 2007 roku, kiedy przyznawano mu imprezę, Soczi w nie miało nic z potrzebnej infrastruktury. Od początku było jasne, że to będzie ludzka i środowiskowa katastrofa, dla tego wrażliwego regionu. – pisał w 2015 roku Garri Kasparow. Ale wszystkie te wady, były zaletami dla rządzącej Rosją kleptokracji. Podnosiły bowiem koszty, a nie od dziś wiadomo, że prawdziwe pieniądze najlepiej robi się na drogich, słomianych interesach. Szczególnie korzystne były braki w infrastrukturze, bo to oznaczało wielomiliardowe kontrakty dla właściwych ludzi.

Reżim Putina skupia się i zawsze skupiał na jednej rzeczy: pieniądzach. Szczególnie na tym, jak przesłać je na konta bankowe przyjaciół Putina. Goszczenie igrzysk olimpijskich – pierwszych w Rosji, bo Moskwa 1980 odbyła się jeszcze w ZSRR – było doskonałym sposobem, by dziesiątki miliardów dolarów przesunąć w prywatne ręce z kasy państwa i państwowych banków. – pisał Kasparow. Całkowity koszt przygotowania igrzysk w Soczi sięgnął 50 miliardów dolarów.

Obiekty olimpijskie w Soczi. Igrzyska to jeden z najczęściej przywoływanych przykładów działania rosyjskiej kleptokracji. Fot. Maykova Galina / Shutterstock.com
Obiekty olimpijskie w Soczi. Igrzyska to jeden z najczęściej przywoływanych przykładów działania rosyjskiej kleptokracji. Fot. Maykova Galina / Shutterstock.com

To o ponad cztery razy więcej niż planowano i blisko 10 razy więcej niż na wcześniejszą imprezę wydało Vancouver. Dlaczego było tak drogo? Odpowiedzi należy szukać w pytaniu, kto skorzystał? – Można uczciwie stwierdzić, że to Szwajcaria zdobyła tam najwięcej złotych medali. I to niezależnie od sukcesów jej olimpijskiej drużyny. – wyjaśniał Kasparow, który Soczi przyrównywał do Monachium 1936 roku i w wielu aspektach uznawał za kompromitację związków sportowych. Przede wszystkim w tych, które dotyczyły przymykania oczu na prawa człowieka.

Czytaj również: Międzynarodowa Agencja Energetyczna ma plan jak ograniczyć import gazu z Rosji [10 kroków]

Na przykład na budowę drogi do Krasnaya Polana wydano tyle pieniędzy, że do dziś uznaje się to za rekord świata. – Koszt budowy 30 mil nowej drogi i linii kolejowej, która prowadziła znad Morza Czarnego w góry, był ponad trzy razy wyższy, niż koszt nowego amerykańskiego programu kosmicznego, którego celem było wysłanie łazika na Marsa (ten jest 34 miliony mil od nas). Nowy gazowy rurociąg, budowany przez tę samą lubianą na Kremlu firmę, która zbudowała niewytłumaczalnie drogą rosyjską część Nord Streamu, powstał za kwotę pięciokrotnie wyższą niż europejska część gazociągu północnego. – wyliczała Rachel Maddow. I zwracała uwagę, że nie chodziło tutaj o koszty pracy, bo robotnikom płacono śmieszne pieniądze. O ile w ogóle płacono. Bywało z tym bowiem różnie.

Nowy rurociąg budowali – tak jak wiele innych rzeczy związanych z igrzyskami – bracia Rotenbergowie. Przyjaciele Putina, z którymi jeszcze w Petersburgu trenował judo. W 2010 roku ich majątek (zbudowany ponoć głównie na Nord Streamie) szacowano na 1 miliard dolarów. Kiedy ruszyły igrzyska w Soczi, sam Arkady był przez Forbesa wyceniany na 3,3 miliarda. Skąd ten nagły skok? W 2013 roku raport o przekrętach na igrzyskach przygotował Borys Niemcow. Lider opozycji wyliczył, że z 50 mld dolarów wydanych na imprezę, około połowa trafiła do ludzi Władimira Putina.

Za ukradzione pieniądze – napisano w raporcie – można było zbudować 3000 dróg dobrej jakości, mieszkania dla około 800 tys. ludzi lub tysiące lodowisk i boisk w całej Rosji. Przy czym należy wspomnieć, że to, iż pieniądze znikały nie oznacza, że przy okazji igrzysk nie zbudowano żadnych mieszkań. – Szef rosyjskich kolei Jakunin wyssał wystarczająco dużo pieniędzy, by starczyło na zbudowanie trzech pałaców, które zmieściły się w mającej 69 hektarów powierzchni posiadłości. Można w nich znaleźć między innymi specjalny, obszerny i chłodzony pokój, który służy do przechowywania należących do rodziny futer. – opisywała Rachel Maddow. Putin też zbudował sobie zresztą „daczę” w Soczi.

Borys Niemcow został w 2015 roku zastrzelony w Moskwie. Sprawę nadzorował prokurator, który to samo robił w czasie drugiego procesu Michaiła Chodorkowskiego.

Nord Stream i Power of Siberia

Na czele konsorcjum Nord Stream postawiono Matthiasa Warniga. To były oficer niemieckiego Stasi. W czasach NRD miał blisko współpracować z młodym oficerem KGB Władimirem Putinem (sam temu zaprzecza), który zajmował się rekrutowaniem agentów we wschodnich i zachodnich Niemczech. W tym przedstawicieli zachodniego biznesu. Warnig, który po upadku Muru Berlińskiego znalazł pracę w banku, często przewijał się w kontekście zagranicznych inwestycji w Rosji. Początkowo w Petersburgu, gdzie Putin pracował w „samorządzie”. Później w Moskwie. W końcu stanął na czele projektu kluczowego dla europejskiej polityki. Ale też dla finansów rosyjskich oligarchów.

Kiedy w lipcu 2010 roku ukończono pierwszą nitkę gazociągu, zostało ujawnione, że koszty budowy wyniosły 2,1 miliona euro za kilometr po niemieckiej stronie i 5,8 milionów euro – trzy razy więcej – po rosyjskiej stronie. relacjonowała Karen Darwish z Oksfordu w wydanej w 2014 roku książce „Putin’s Kleptocracy: Who Owns Russia?” („Kleptokracja Putina: Kto posiada Rosję?” – red.). – Nord Stream był projektem gazociągu, który budowano z dwóch stron jednocześnie – z Rosji i z Niemiec. Ten sam gazociąg, te same materiały, te same standardy budowlane. Ale rosyjska strona (…) kosztowała trzy razy tyle za milę, co niemiecka. – komentowała te same dane Rachel Maddow.

Nord Stream budowali Rotenbergowie. Ci sami, którzy w Soczi postawili prawie wszystko, co opłacało się postawić (do inwestycji nieopłacalnych przymuszono „jelcynowskich” oligarchów), a z Władimirem Putinem trenują judo, grają w hokeja i znają się z Petersburga. Robili to pod bacznym nadzorem byłego oficera Stasi oraz byłego niemieckiego kanclerza, który kiedy jeszcze pełnił urząd, podjął sporo decyzji korzystnych dla Władimira Putina.

Nie mogło być tanio.

Kleptokracja: Spalić 10 dolarów, by zarobić jednego

Przykładów jest znacznie więcej. Teraz można wskazać choćby na to, że Rotenbergowie mają budować drugą nitkę gazociągu Power of Siberia (budowali już pierwszą), który połączy Jakucję z Chinami i zwiększy obecność Rosji na nowym rynku. Już pojawiają się informacje o tym, że budowę rurociągu prowadzi się tak, by zwiększyć koszty. A te już są ogromne, bo liczy się je w miliardach dolarów. Pierwsza nitka też zresztą była bardzo droga. – Firmy państwowe pracują ze stratą, by koledzy Putina mogli pracować z zyskiem. – pisał w tym kontekście na Twitterze analityk Kamil Galeev.

Dodając: „Problemem nie jest tylko to, że ‘kradną’. W rzeczywistości byłoby o wiele lepiej, gdyby po prostu przelewali sobie miliardy dolarów z budżetów firm państwowych. Problemem jest to, że firmy państwowe nie mogę po prostu otwarcie przelewać pieniędzy na zagraniczne konta przyjaciół Putina, więc organizują mnóstwo pozbawionych sensu inwestycji, które ci realizują. I celowo maksymalizują koszty. Niszczą co najmniej 10 rubli, by ukraść jednego. Dlatego wszystko jest nieopłacalne”.

I niech to będzie puentą tego tekstu.

Czytaj również: Czy jesteśmy zależni od rosyjskich surowców? [DANE]

Fot. TPYXA_ILLUSTRATION / Shutterstock.com

Autor

Tomasz Borejza

Dziennikarz naukowy. Członek European Federation For Science Journalism. Publikował w Tygodniku Przegląd, Przekroju, Onet.pl, Coolturze, a także w gazetach lokalnych i branżowych. Bloguje na Krowoderska.pl.

Udostępnij

Wspierają nas

Partner portalu

Joanna Urbaniec

Dziennikarka, fotografik, działaczka społeczna. Od 2010 związana z grupą medialną Polska Press, publikuje m.in. w Gazecie Krakowskiej i Dzienniku Polskim. Absolwentka Krakowskiej Szkoła Filmowej, laureatka nagród filmowych, dwukrotnie wyróżniona nagrodą Dziennikarz Małopolski.

Przemysław Błaszczyk

Dziennikarz i reporter z 15-letnim doświadczeniem. Obecnie reporter radia RMF MAXX specjalizujący się w tematach miejskich i lokalnych. Od kilku lat aktywnie angażujący się także w tematykę ochrony środowiska.

Hubert Bułgajewski

Ekspert ds. zmian klimatu, specjalizujący się dziedzinie problematyki regionu arktycznego. Współpracował z redakcjami „Ziemia na rozdrożu” i „Nauka o klimacie”. Autor wielu tekstów poświęconych problemom środowiskowym na świecie i globalnemu ociepleniu. Od 2013 roku prowadzi bloga pt. ” Arktyczny Lód”, na którym znajdują się raporty poświęcone zmianom zachodzącym w Arktyce.

Jacek Baraniak

Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego na kierunku Ochrony Środowiska jako specjalista ds. ekologii i ochrony szaty roślinnej. Członek Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot i Klubu Przyrodników oraz administrator grupy facebookowej Antropogeniczne zmiany klimatu i środowiska naturalnego i prowadzący blog „Klimat Ziemi”.

Martyna Jabłońska

Koordynatorka projektu, specjalistka Google Ads. Zajmuje się administacyjną stroną organizacji, współpracą pomiędzy organizacjami, grantami, tłumaczeniami, reklamą.

Przemysław Ćwik

Dziennikarz, autor, redaktor. Pisze przede wszystkim o zdrowiu. Publikował m.in. w Onet.pl i Coolturze.

Karolina Gawlik

Dziennikarka i trenerka komunikacji, publikowała m.in. w Onecie i „Gazecie Krakowskiej”. W tekstach i filmach opowiada o Ziemi i jej mieszkańcach. Autorka krótkiego dokumentu „Świat do naprawy”, cyklu na YT „Można Inaczej” i Kręgów Pieśni „Cztery Żywioły”. Łączy naukowe i duchowe podejście do zagadnień kryzysu klimatycznego.

Jakub Jędrak

Członek Polskiego Alarmu Smogowego i Warszawy Bez Smogu. Z wykształcenia fizyk, zajmuje się przede wszystkim popularyzacją wiedzy na temat wpływu zanieczyszczeń powietrza na zdrowie ludzkie.

Klaudia Urban

Z wykształcenia mgr ochrony środowiska. Od 2020 r. redaktor Odpowiedzialnego Inwestora, dla którego pisze głównie o energetyce, górnictwie, zielonych inwestycjach i gospodarce odpadami. Zainteresowania: szeroko pojęta ochrona przyrody; prywatnie wielbicielka Wrocławia, filmów wojennych, literatury i poezji.

Maciej Fijak

Redaktor naczelny SmogLabu. Z portalem związany od 2021 r. Autor kilkuset artykułów, krakus, działacz społeczny. Pisze o zrównoważonych miastach, zaangażowanym społeczeństwie i ekologii.

Sebastian Medoń

Z wykształcenia socjolog. Interesuje się klimatem, powietrzem i energetyką – widzianymi z różnych perspektyw. Dla SmogLabu śledzi bieżące wydarzenia, przede wszystkim ze świata nauki.

Tomasz Borejza

Zastępca redaktora naczelnego SmogLabu. Dziennikarz naukowy. Wcześniej/czasami także m.in. w: Onet.pl, Przekroju, Tygodniku Przegląd, Coolturze, prasie lokalnej oraz branżowej.