Poziom mórz na świecie rośnie coraz szybciej, a procesu nie da się już cofnąć – ocean nagrzewa się z opóźnieniem, a lądolody będą topnieć przez stulecia niezależnie od tego, kiedy ograniczymy emisje. Nowy raport przygotowany na zlecenie sekretarza generalnego ONZ mówi, że wzrost, który już nastąpił, jest w ludzkiej skali czasu zasadniczo nieodwracalny. Zagrożone są nie tylko odległe państwa wyspiarskie. Problem dotyczy również Europy i polskiego wybrzeża – szczególnie okolic Gdańska i Żuław.
Raport „Challenges related to sea level rise and ways and approaches to address it” został przygotowany na zlecenie sekretarza generalnego ONZ i opublikowany 31 sierpnia. Jego przesłania nie należy ignorować: – Poziom mórz na całym świecie rośnie coraz szybciej w wyniku emisji gazów cieplarnianych powodowanych przez działalność człowieka, a wzrost, który już nastąpił, jest „zasadniczo nieodwracalny” w ludzkiej skali czasowej.
Morza i oceany coraz bardziej wzbierają
Z raportu wynika, że średni globalny poziom morza w 2024 r. zwiększył się o około 5,9 mm. To najwyższa roczna wartość od początku pomiarów satelitarnych. Dla porównania średnie tempo wzrostu w latach 1993–2024 wynosiło około 3,4 mm rocznie. Z kolei w latach 2014–2023 to już około 4,7 mm rocznie. Prognozy wskazują, że pod koniec tego stulecia tempo wzrostu poziomu mórz może przekroczyć 10 mm rocznie.
Tempo nie jest przy tym równe na całym globie. Kraje wyspiarskie Pacyfiku doświadczają wzrostu poziomu morza dwukrotnie szybszego niż średnia światowa i to właśnie tam raport został przedstawiony. Dokument zaprezentowano 31 sierpnia w Palau, podczas 55. spotkania przywódców Forum Wysp Pacyfiku.
Co warto dodać, nie chodzi tu tylko o konsekwentny i nieuchronny wzrost poziomu morza. Wraz ze wzrostem jego poziomu nawet stosunkowo niewielkie sztormy i przypływy mogą powodować znacznie poważniejsze skutki.
– Z powodu kolejnych niepowodzeń w ograniczaniu wykorzystania paliw kopalnych przez najbogatsze i emitujące najwięcej gazów cieplarnianych państwa świata wszystkie kraje nadbrzeżne, a w szczególności małe rozwijające się państwa wyspiarskie, stoją w obliczu przyszłości, w której skutki zmiany klimatu będą nieustannie narastać, choć w większości przypadków państwa te w niewielkim stopniu przyczyniły się do ich powstania – powiedział Bill Hare, dyrektor generalny Climate Analytics.
Zagrożona jest także Polska
Polska nie znajduje się oczywiście w tej samej sytuacji co najniżej położone państwa Pacyfiku. Nie oznacza to jednak, że wzrost poziomu Bałtyku będzie dla naszego kraju obojętny. Pozostaje tylko kwestia, jak bardzo w naszym przypadku podniosą się wody Bałtyku w przyszłości.
– Obecne projekcje wzrostu poziomu oceanów do końca stulecia i w kolejnych stuleciach są obciążone dużymi niepewnościami, bo w dużej mierze zależą od wkładu topniejących lądolodów Grenlandii i Antarktydy, których długoterminowa stabilność wciąż jest nierozwiązanym problemem – mówi nam Piotr Florek z Fundacji Edukacji Klimatycznej, zajmujący się modelowaniem danych klimatycznych.
– Dodatkowo, to jak projekcje globalne przekładają się na regionalne zmiany, na przykład na polskim wybrzeżu Bałtyku, zależy od lokalnych uwarunkowań geologicznych i tektonicznych, jak ruchy izostatyczne będące konsekwencją ustąpienia lądolodu skandynawskiego tysiące lat temu, po zakończeniu ostatniej epoki lodowej – wyjaśnia ekspert.
Pół metra więcej na polskim wybrzeżu. Ale to nie wszystko
Szczególne znaczenie ma w tym przypadku wschodnia część polskiego wybrzeża. Badania dotyczące podatności Polski na wzrost poziomu morza wskazują, że jednym z najbardziej zagrożonych obszarów jest obszar Gdańska oraz Żuławy.
– W przypadku polskiego wybrzeża Bałtyku obecne prognozy mówią o zagrożeniu wzrostem poziomu morza o około 0,5 m do końca stulecia. Oprócz wspomnianych wyżej niepewności warto też pamiętać że oprócz średniego, długoterminowego wzrostu poziomu morza liczą się też jego ekstrema, związane z występowaniem fal sztormowych – zwraca uwagę nasz rozmówca.
W przyszłości wyższy poziom morza będzie oznaczał, że do wystąpienia niebezpiecznych powodzi potrzebny będzie mniejszy sztorm niż obecnie.
– Mieszkańcy szczególnie zagrożonych, nisko położonych rejonów muszą się więc przygotowywać nie tylko do warunków typowych, ale też takich, które mogą wystąpić tylko kilka razy w ciągu stulecia, ale których skutki potencjalnie mogą zagrozić dorobkowi całego życia, a także samemu zdrowiu i życiu – mówi Florek.
Żuławy Wiślane to obszar wyjątkowy w skali kraju: znaczna jego część leży poniżej poziomu morza, a najniżej położony punkt w Polsce, w okolicach Raczek Elbląskich, znajduje się prawie dwa metry pod tym poziomem. Tereny te funkcjonują dzięki systemowi wałów, kanałów i przepompowni, które nieprzerwanie odprowadzają wodę. Każdy centymetr wzrostu poziomu Bałtyku zwiększa obciążenie tego systemu.
Nawet 1,2 mld uchodźców
Skala problemu na świecie jest jednak znacznie większa niż w przypadku Polski. ONZ podaje, że około 770 mln ludzi mieszka obecnie na terenach położonych mniej niż pięć metrów nad linią przypływu. To mniej więcej jedna na dziesięć osób na Ziemi.
Według analiz przytoczonych przez ONZ do 2050 r. wzrost poziomu morza oraz związane z nim skutki zmiany klimatu mogą przyczynić się do przemieszczenia nawet 1,2 mld ludzi. Nie oznacza to, że wszystkie te osoby zostaną zalane przez wodę. Chodzi o rosnące zagrożenie dla miejsc zamieszkania, infrastruktury, rolnictwa, zasobów wody i warunków życia, które może wymuszać migrację.
– Raport sekretarza generalnego doskonale przedstawia skalę zagrożenia, a także różne sposoby, w jakie społeczność międzynarodowa musi na nie odpowiedzieć. Obejmuje to zwiększenie finansowania adaptacji do zmiany klimatu oraz strat i szkód, a także dostosowanie redukcji emisji do limitu 1,5°C określonego w porozumieniu paryskim – zwraca uwagę Hare.
Biliony dolarów strat
Rosnący poziom mórz staje się również problemem ekonomicznym. Według ONZ wartość szkód dotyczących infrastruktury przybrzeżnej już przekracza 1,8 bln dolarów. Bez odpowiednich działań adaptacyjnych globalne roczne straty pod koniec wieku mogą sięgać od około 1,2 do 4 bln dolarów.
Dla części państw wyspiarskich stawką może być jednak znacznie więcej niż pieniądze. Stopniowe tracenie powierzchni kraju może oznaczać konieczność przesiedlania mieszkańców, utratę ziemi uprawnej, słodkiej wody, infrastruktury. To też utrata miejsc ważnych dla kultury i historii.
Raport ONZ zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. Nawet ustabilizowanie globalnego ocieplenia na poziomie 1,5 st. C nie oznacza końca wzrostu poziomu mórz.
Powód jest prosty: oceany reagują na ocieplenie z dużym opóźnieniem, a lądolody mogą tracić masę przez bardzo długi czas. Stabilizacja temperatury nie cofnie więc procesów, które już zostały uruchomione.
Dla porównania – górna granica prognozowanych rocznych strat, 4 bln dolarów, przekracza roczne PKB większości państw świata. Mowa przy tym o kwocie powtarzającej się co roku, a nie o jednorazowym koszcie katastrofy.
- Czytaj także: Tak Grecja traci swoje plaże. 250 km w 30 lat
„Sygnał alarmowy jest ogłuszający”
Przesłanie raportu jest więc jednoznaczne: wzrost poziomu mórz jest już trwającym kryzysem, a nie zagrożeniem odległej przyszłości. Świat może ograniczyć skalę przyszłych strat. Wymaga to jednak jednoczesnego szybkiego ograniczenia emisji. Potrzebne są przy tym ogromne inwestycje w przystosowanie się do zmian, których nie da się już całkowicie uniknąć.
– Nawet gdyby ten raport istniał w oderwaniu od innych wydarzeń, byłby sygnałem alarmowym dla przywódców największych emitentów, że ich brak działania stwarza poważne zagrożenia dla przyszłości, obok skutków, które już możemy obserwować wokół nas – zwraca uwagę Hare.- Jednak gdy te skutki są tak namacalne, jak w ostatnim czasie – setki, jeśli nie tysiące osób zginęły w powodziach w Nepalu, dziesiątki tysięcy zmarły w wyniku fal upałów w całej Europie, a straty gospodarcze już szacuje się na setki miliardów dolarów – sygnał alarmowy jest ogłuszający – dodaje.
–
Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/BelusUAB



