Był myśliwym, stał się „Marcinem z lasu”. Wszystko przez jedno wydarzenie

745
0
Podziel się:

Dzieci go uwielbiają. Filmy, które tworzy oraz historie, które opowiada, angażują najmłodszych tak mocno, że nawet dzwonek na przerwę nie odrywa ich od trwających zajęć. Miłośnik przyrody, twórca filmów, edukator, autor książek – człowiek o wielkim sercu i niezwykłej determinacji, żeby uczynić świat lepszym.

Marcin Kostrzyński, znany jako Marcin z lasu, to prawdziwy pasjonata przyrody. Las to jego drugi dom. Z niezwykłą pasją opowiada najmłodszym i trochę starszym o życiu zwierząt. Które wydarzenie w jego życiu sprawiło, że przestał polować? Jaka metoda filmowania pozwala mu pokazać dzieciom zwierzęta sprawiając, że przenoszą się w ich świat?

Klaudia Urban, SmogLab: Proszę opowiedzieć, jak zrodziło się Pana zamiłowanie do lasu, natury? Kiedy to się zaczęło?

Marcin z lasu: Miałem je od kiedy tylko pamiętam. Właściwie pierwsze moje jakiekolwiek wspomnienie sięga bardzo wczesnego dzieciństwa i jest związane z przyrodą. Tata wyjmuje mnie z wózka, podnosi mnie do góry, a na takiej, zdaję się, dębowej gałęzi siedzą dwie nie do końca wypierzone sowy. Jeszcze wtedy nie chodziłem, a pamiętam każdy ich szczegół.

Drugie wspomnienie też dotyczy przyrody. To była jesień, ja byłem bardzo mały. Szedłem przez las, a w lesie są orlice (sięgające do pasa paprocie) – one się nade mną zamykały. Tak cudownie prześwitywało światło słońca. Była jeszcze mgiełka. A więc pierwsze moje jakiekolwiek wspomnienia dotyczą przyrody i takich silnych, również estetycznych, przeżyć. Później to cały czas mi przyświecało. Łącznie przez 10 lat pracowałem poza lasem. Przez 5 lat w Norwegii, wcześniej jako operator w telewizji. Ale nawet jeśli próbowałem odejść w jedną czy drugą stronę, to nie było siły – musiałem wrócić na drogę bliską przyrodzie.

Niezwykła metoda pokazywania dzieciom świata

To było Pana przeznaczenie.

Każdy weekend spędzałem w lesie. A później zadałem sobie pytanie, jak ułożyć to moje jedyne życie, żeby robić to, po, co się urodziłem. Na początku nie było łatwo, ale udało się zrealizować mój cel. Robię dokładnie to, co chciałem i mam poczucie, że to są pozytywne rzeczy. Właściwie jestem o tym głęboko przekonany. Bo jednak dzieci nie mają takiej możliwości, jaką miałem ja w ich wieku. Mają tak dużo nauki, że nie mogą sobie po prostu pójść do lasu. Ja w ich wieku spędzałem tam w zasadzie każdą wolną chwilę.

Bo w dzisiejszym świecie dzieci nie przesiadują w lesie, a w ekranach. Jak Pan to robi, że najmłodsi się nie dekoncentrują i chętnie przyswajają te treści?

Na szczęście są teraz takie możliwości, żeby pokazywać im filmy z szerokokątnych kamer. Wymyśliłem to wiele lat temu. Zastanawiałem się, jak uczynić ten przekaz najbardziej atrakcyjnym. Przeczytałem więc stare opracowanie Disneya, gdzie zalecano rysowanie filmów rysunkowych w tak szerokim kącie, jak widzi to ludzka percepcja. Czyli miało to być szerokokątnym obiektywem. Na początku pomyślałem, że to jest kompletnie nie do pogodzenia. A szerokokątny obiektyw daje to, że oprócz ostrego obrazu zwierzęcia, widzimy też dokładnie całe otoczenie, w którym ono przebywa. To daje nam wrażenie realizmu. Jest to taki sam kąt widzenia, jak przez ludzkie oko. Wielokrotnie się zdarzyło, że dzieci podczas oglądania zapytały, czy to jest na żywo. One mają wrażenie, że są w tym lesie i widzą tę sarenkę tak, jakby przechodziła koło nich na żywo. Teraz mi się to udało osiągnięcie takiego efektu, ale właśnie nie było to takie oczywiste. I właśnie to jest atrakcyjne dla młodego widza. Udało mi się więc zrobić sporo naprawdę fajnych filmów. Teraz jeżdżę do szkół. Tak wygląda moje życie.

Dzieci chłoną przyrodę. To wdrukowane

Jeździ Pan tylko do szkół podstawowych, czy również przedszkolaki oglądają Pana produkcje?

Przedszkolaki trochę za mocno przeżywają takie sceny, ale dziś zdarzyło mi się prezentować film, który oglądała także 4-latka. Ta dziewczynka wytrzymała 1,5 godziny i oglądała przekaz dla trochę starszych dzieci. Ale to jest oczywiście wyjątek. Ale to działa świetnie w każdej grupie wiekowej. Od przedszkola, przez klasy 1-3 (bardzo wdzięczna grupa), klasy starsze, ale też licealistów, czy nawet studentów, którzy są zainteresowani tą tematyką.

Czyli najmłodsze pokolenia chłoną przekaz i są wręcz zafascynowane tym co dzikie, pierwotne. Czy były na zajęciach sytuacje, które utkwiły Panu szczególnie w pamięci?

Właśnie w nas drzemie coś takiego pierwotnego. Zaraz po urodzeniu mamy to wdrukowane w naszych duszach. Przyroda jest tak uniwersalnym tematem, bo fascynuje wszystkie dzieci. Niedawno byłem na spotkaniu w dość małej szkole. Wszyscy uczniowie byli więc w jednej sali. Jak powiedziała pani dyrektor, największym komplementem był fakt, że jak zadzwonił dzwonek na przerwę, to żadne dziecko nie wstało, żeby wyjść. A uczniowie mają już taki odruch Pawłowa, że jak tylko usłyszą dzwonek, to choćby nie wiem co się działo, oni wychodzą. Pani dyrektor mówiła, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Cała szkoła chciała przedłużyć spotkanie o przerwę, żebyśmy jeszcze chwilę porozmawiali.

Ja każde spotkanie prowadzę tak, jakby było najważniejszym w moim życiu. I nie ma znaczenia czy to szkoła w Warszawie, czy na prowincji. Staram się zawsze robić to najlepiej jak potrafię. To jest jedna rzecz. A druga to niezwykła zdolność dzieci do wyczuwania jakiegokolwiek fałszu. One mają taki detektor. Jeśli więc ktoś jest nieautentyczny, udaje, one od razu to wyczuwają i taką osobę lekceważą. Dzieci są niezwykle wymagające, ale ja je traktuję z dużą sympatią.

Czytaj także: Farmaceuta codziennie sprząta z synem las w Gdyni [FILM]

Dzieci zasypuje się wiedzą z encyklopedii. Nikt nie uczy ich, jak sobie radzić ze zmianami klimatu

Słychać w Pana głosie niezwykłe podejście do najmłodszych i sympatię. Zapewne odwzajemnioną.

Za chwilę to dzisiejsze dzieci będą decydować o tym, jak ten świat będzie wyglądał. Teraz geriatryczne pokolenie decyduje, jak wygląda Polska, nasza ochrona przyrody, prawa zwierząt, czy kwestie mniejszości, niepokoi. Mam nadzieję, że nowe pokolenie będzie bardziej otwarte. Zawsze powtarzam dzieciom, żeby pamiętały, że zwierzęta czują ból, strach, ale też radość i szczęście. Jeśli będą o tym pamiętać, to świat się zmieni na lepsze. A starszym należy mówić też o zmianach klimatycznych i tych problemach, które za chwilę w nie uderzą. Ja jestem głębokim zwolennikiem pomysłu, żeby w stołówkach szkolnych nie podawać mięsa. Z jednej strony dlatego, że czerwone mięso jest rakotwórcze, co potwierdziło wiele badań. Z drugiej dlatego, że niebawem zmiany klimatyczne zmuszą nas do zaprzestania spożywania mięsa. A dania wegetariańskie są zdrowsze, nie obciążają planety i nie spowodują frustracji, kiedy będzie trzeba zrezygnować z mięsa. Należy przygotować dzieci na wyzwania, które za chwilę będą przed nami stały. Jest taki paradoks naszych czasów: dzieci często nie mają podstawowej wiedzy, a są przez szkołę przeładowane kompletnie nieistotną, encyklopedyczną wiedzą.

Czy możemy podać jakiś przykład?

Na przykład nie wiedzą, że nie wolno palić plastikowych butelek. Pamiętam sytuację z zielonej szkoły dla dzieci ze Śląska. Jeden z chłopców wrzucił do ogniska plastikową butelkę. Zanim zdążyłem zareagować, tylko jedno dziecko błyskawicznie podbiegło, wygrzebało to kijem i dziwnym akcentem krzyknęło: „Co ty robisz?!”. Okazało się, że dziecko, które jako jedyne zareagowało, było ze Szwecji. Ono doskonale wiedziało, że palenie plastiku generuje truciznę. Z obecnych tam dzieci żadne nie zdawało sobie sprawy, jakie to niebezpieczne dla zdrowia. A to rodzi pytanie, jak przygotowujemy najmłodszych do zmian klimatycznych, które dotkną nas w sposób niebywały. Nie da się przed tym uciec. Dla mnie również elementem patriotyzmu jest przekazanie dzieciom wiedzy, jak sobie z tym radzić.

Dzieci odkrywają swoje korzenie

Właśnie. Jakie ma Pan doświadczenia w odbiorze edukacji ekologicznej przez najmłodszych?

Nie zdarzyło się, żeby dziecko nie było zainteresowane przyrodą. To są naprawdę dziesiątki tysięcy dzieci i nie zdarzyło mi się, żeby choć jedna osoba mnie ignorowała. Wręcz odwrotnie. Dla nich to jest coś takiego, jakby wreszcie odkryli własny świat czy korzenie. Bo my jesteśmy bardzo związani ze światem przyrody. Tysiące lat żyliśmy w dużej harmonii z otaczającym nas światem i to mamy w sobie głęboko zakorzenione. U mnie właśnie to się ujawniło bardzo szybko i mocno.

Przełom

W którym momencie nastąpił przełom i przestał się Pan trudnić myślistwem? Wiem, że było to związane z młodymi dzikami, które przyszły do Pana po pomoc. Straciły matkę, która została postrzelona taki sposób, że nie mogła pić ani jeść. Padła z pragnienia i głodu.

Wtedy właśnie przestałem polować, bo poczułem się odpowiedzialny za człowieka. Normalnie w naturze jest tak, co nam się wydaje straszne, że wilk nie zaatakuje lochy, tylko będzie się starał porwać prosię.  A tak naprawdę, jeżeli myśliwy zastrzeli lochę, skazuje młode na straszne cierpienie – śmierć z głodu i rozpaczy. One bardziej umierają z rozpaczy po stracie matki, niż z samego głodu. Nie powinniśmy być aż tak okrutni, bo zło rodzi zło. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jaka samotność jest dla nich smutna i straszna.

Kim był Pan przed tym wydarzeniem, a kim jest Pan teraz?

Ja się nie zmieniłem kompletnie. Ci, którzy mnie znają, mogą to potwierdzić. Mam w sobie taką samą radość chodzenia do lasu i przyjemność z obserwowania przyrody, jak wtedy, kiedy byłem dzieckiem. To się w ogóle nie zmienia. Ja myślę, że większość z nas to w sobie ma. Wręcz jestem pewien, bo jeżdżę do szkół i spotykam się tam z dziećmi.

Zaskakująca natura dzika

Czy te młode przeżyły?

Tak. Wszystkie dziki, które do mnie przychodzą, a trwa to już 20 lat, muszą się w jakiś sposób porozumiewać. To jest fenomen. Do mnie zawsze przychodzą ranne zwierzęta. Nigdy nie odwiedzają mnie te, które są w pełni sił. One sobie dają radę i nie potrzebują ryzykować, zbliżając się do człowieka z prośbą o pomoc. Ja mam poczucie winy za mój gatunek i jeżeli przychodzi do mnie ranny dzik albo osierocony malec, pomagam.

Skoro już zaczęliśmy nieco zapalny temat dzików, to zapytam, jakie postępowanie z nimi jest właściwe, a jakie nie?

Nie powinno się dokarmiać dzików. Bo dokarmiając je sprawiamy, że one nie zajmują się pielęgnowaniem lasu, czyli zjadaniem tzw. szkodników leśnych, głównie larw. Nie ma tematu zapalnego, bo każdy, nawet minimalnie wykształcony leśnik czy przyrodnik wie, że to jest gatunek, który nie czyni szkód w lasach. Tam jest naszym sprzymierzeńcem i nie powinniśmy na niego w lesie polować. Byłem dziś na takim spotkaniu w Warszawie, gdzie podjęto decyzję, żeby zastrzelić 200 dzików. Dla mnie to było szokujące, bo to niczego nie załatwia, a samo w sobie może stanowić duże zagrożenie dla mieszkańców. Dziki, które są już nauczone życia z ludźmi, wypełniające miasta, są właściwie bezproblemowe. Wystarczyłoby tylko przestać je dokarmiać chlebem, żeby one sobie spokojnie żyły obok nas. My wybijając dziki zabijamy ostatniego sprzymierzeńca, który jest w stanie ochronić nasze sosnowe lasy przed dużymi gradacjami szkodników. My to wszystko wiemy. Leśnicy to są dobrze wykształceni ludzie, ale politycy kreują taką, a nie inną politykę. To się toczy w stronę dużej, betonowej ściany, z którą się zderzymy. Jesteśmy w takim momencie, że powinniśmy teraz położyć wszystkie ręce na pokład. Róbmy wszystko, żeby posprzątać i poukładać ten świat. To jest najważniejsze.

Czytaj także: Gdyby policzyć koszty, to nikt by w Bieszczady nie wysłał drwala

Zdjęcie tytułowe: Marcin Kostrzyński

Podziel się: