Elektrownia w Bełchatowie. Fot. Bogusz Bilewski

Krótkowzroczna polityka spowoduje, że za prąd zapłacimy krocie. A poza tym stopi się lód na Grenlandii

Najlepiej czyta się ludzi, którzy prostymi metodami burzą zastane sposoby myślenia.

Takich jak prof. William Nordhaus, który w tym roku odebrał ekonomicznego Nobla. Słynie on przede wszystkim z tego, że kolegom po fachu otwiera oczy na znaczenie technologicznej zmiany. Otwiera oczy też na koszty zmiany klimatu, ale by o tym opowiedzieć, będzie jeszcze okazja.

Na razie opowiem o tym, co pisał o żarówkach.

Profesor z siekierą

W 1996 roku Nordhaus opublikował artykuł, który stał się klasykiem. Nosi on raczej odstraszający tytuł: „Do Real-Output and Real-Wage Measures Capture Reality?”, ale jest tylko trochę straszny. Wszystko dlatego, że Noblista sięgnął po dość nietypowe metody prowadzenia ekonomicznych badań i robił to między innymi siekierą. Otóż Nordhaus postanowił sprawdzić, jak na przestrzeni dziejów zmieniała się cena światła. Zaczął od przetestowania i przeliczenia lumenogodzin z otwartego paleniska, które wykorzystywano w paleolicie, a także w średniowieczu, na czas pracy.

Zrobił to najprostszym możliwym sposobem – porąbał i zapalił dziewięć kilogramów drewna, a później zmierzył, jak długo i jak jasno świecił się płomień. Wyszło, że uzyskanie 1000 lumenów przez jedną godzinę, wymagało tygodnia pracy. I to nie byle jakiego tygodnia, bo rąbać trzeba było przez sześć dni po 10 godzin dziennie. Później kupił prostą lampę olejową z czasów antycznego Rzymu i w podobny sposób – z tym, że nie rąbał już drewna – sprawdził, ile wtedy kosztowało 1000 lumenogodzin. Ustalił, że przeciętny robotnik w Babilonie musiał na nie pracować aż 42 godziny.

Dalej poszło już łatwiej, bo można było sięgnąć po cudze wyliczenia. A z anegdotami pospieszyli też czytelnicy. Na przykład z połowy XVIII wieku, kiedy będący rektorem Harvardu wielebny Edward Holyoake żalił się w pamiętniku, że całe jego gospodarstwo domowe poświęciło dwa dni na produkcję świec. Te starczyły na sześć miesięcy i były bardzo, ale to bardzo drogie. Na zapewnienie sobie światła przez 2 godziny i 20 minut każdego wieczora w roku trzeba było pracować tydzień. Chyba, że ktoś – tak jak Jerzy Waszyngton – lubił lepsze świece, które robiono ze spermacetu. Wtedy musiał w ciągu rok wydać równowartość około 1000 dzisiejszych dolarów.

Przez kilka tysięcy lat było więc coraz lepiej, ale postęp był bardzo wolny. To zmieniło się wraz z rewolucją przemysłową. I wynalezieniem żarówki. W 1900 roku tydzień pracy [wyliczenia na podstawie artykułu Nordhausa przeprowadził Tim Harford z BBC] kupował 10 dni światła 100 razy jaśniejszego niż to, które dawała świeca. 20 lat później zapewniał już pięć miesięcy światła. W 1990 roku – 10 lat. Świetlówki kompaktowe wydłużyły ten czas do 50 lat, a wprowadzenie LED-ów jeszcze go wydłuża. Praca, która zaledwie kilkaset lat temu, zapewniała kilkanaście minut światła, dziś może dać go nam przez całe życie. „Żarówka jest ikoną innowacji. Zmieniła nasze społeczeństwo w takie, w którym możemy pracować, czytać, szyć i bawić się, kiedy tylko chcemy, niezależnie od tego, jak ciemna jest noc. Jednak sama cena światła opowiada fascynującą historię: ta spadła 500.000 razy, o wiele szybciej niż sugeruje jakakolwiek oficjalna statystyka inflacji”, komentował Tim Harford w artykule: „Dlaczego spadająca cena światła ma znaczenie”.

Zmieniamy się w skansen

Dla ekonomistów najważniejsze było to, że Nordhaus pokazał, jak bardzo oderwane od rzeczywistości są ich modele. Ja ten artykuł lubię jednak z innego powodu, bo ekonomiczne modele nie są czymś, co spędzałoby mi sen z powiek. Lubię go dlatego, że z pomocą prostej żarówki bardzo uwrażliwia na to, jak ważne są innowacje w gospodarce, zwłaszcza w energetyce, i to, by mieć na nie otwartą głowę.

Jest to ważne zwłaszcza w Polsce, bo zachowujemy się dziś trochę tak, jakby świat zastany lat temu 20, miał się nigdy nie zmienić i być dokładnie taki sam za kolejne 20 i 50 lat. Widać to świetnie w najważniejszej być może dyskusji, która dziś toczy się w Polsce – w dyskusji dotyczącej energetyki. Dyskusji, która jest bardzo niemrawa i w której nie bierze udziału społeczeństwo. Nie bierze, bo nikt go do niej nie zaprosił. I nie bierze, bo energetyka jest dla większości z nas jak czarna skrzynka.

Prąd dostajemy, za co płacimy rachunek. Skąd się bierze i jak jest wytwarzany – to nikogo nie obchodzi. Byle był w gniazdku. I byle nie był za drogi. To normalne i, kiedy wszystko działa, to także wygodne. Jest jednak teraz tak, że jako kraj podejmujemy szereg decyzji kluczowych dla rozwoju energetyki i ważnych nie tylko dla środowiska, ale też dla naszych portfeli. I jak na razie nie idzie to w dobrą stronę dla tych ostatnich. Jak nic się nie zmieni, to będzie drogo.

O bezpieczeństwie nie wspominając.

Kurczowo trzymamy się bowiem starej technologii, która będzie coraz droższa.

Co przełoży się na to, ile będziemy płacić za jazdę tramwajami.

Ale też za wszystkie inne rzeczy, które zależą od cen prądu.

Zapłacimy też konkurencyjnością naszej gospodarki, bo ceny energii będą mieć kluczowe i coraz większe znaczenie. O czym w nowym raporcie pisze na przykład Instytut Jagielloński.

A to oznacza tyle, że nasze potencjalne podwyżki będą przeznaczane na płacenie za prąd. Co w istocie będzie zbiorową zrzutką na dotowanie starej technologii. Koszty węgla oraz emisji – o ile nie zdarzy się coś niespodziewanego – będą bowiem coraz wyższe i o alternatywach powinniśmy myśleć już od dawna. Tymczasem zarzynamy odnawialne źródła energii, traktując je jak fanaberie zachodnich ekologów [więcej o tym, jak bardzo jest to mylne wyobrażenie przeczytacie w tekście „Kiedy i dlaczego zaczęła się zielona rewolucja”], o atomie minister Tchórzewski mówi dużo, ale niewiele z tego wynika i trudno spodziewać się, żeby miało szybko wyniknąć. Co zresztą nie martwi zbyt wielu osób. Wiele z nich myśli bowiem, że polska elektrownia atomowa będzie mniej więcej tak bezpieczna, jak bezpieczne są polskie kolumny rządowe. A jednocześnie z politycznej potrzeby budujemy kolejną elektrownię węglową, która jeszcze bardziej uzależnia od zmian cen na rynkach zewnętrznych.

Społeczeństwo milczy, a nie powinno

Czas, myślę sobie, byśmy jako społeczeństwo włączyli się w tę rozmowę, bo politycy zachowują się tak, jakby jutro świat miał wyglądać tak samo, jak wyglądał wczoraj i tak z nami rozmawiają. Tymczasem świat się zmienia i za brak wyobraźni, otwartej głowy i świadomości znaczenia innowacji oraz tego, że niekiedy przychodzi moment, w którym trzeba wymienić lub przynajmniej zacząć wymieniać olejową lampę na ledową żarówkę, zapłacimy wszyscy i to słono.

Sprawa tego, skąd i za ile mamy mieć prąd za lat 10, 30 i 50, jest ważna i wymaga tego, by opinia publiczna wyraziła swoje zdanie. Chyba – a tak wydaje się przynajmniej mnie – że opinia publiczna zdania nie ma, bo nikt dotąd nie próbował z nią o tym rozmawiać. Wtedy trzeba rozmowę prowadzić tak, by móc go sobie wyrobić. Rzecz jest zbyt ważna, żeby zostawić ją politykom.

Chodzi w końcu nie tylko o portfele. Chodzi też o pokrywę lodową Grenlandii.

A od tej zależy przyszły kształt naszego świata.

 

Fot. Bogusz Bilewski. Greenpeace Polska/Flickr.

Dodaj komentarz