Mamy dług wobec przyrody. Nieliczni się bogacą, wszyscy za to płacą

373
0
Podziel się:

Dziś przypada Dzień Długu Ekologicznego. – „Jesteśmy pierwszą społecznością, która w swej głupocie zginie, ponieważ nie chcemy się chronić, bo ekonomicznie nam się to nie opłaca” – cytuje Kurta Vonneguta ichtiolog, Artur Furdyna. – To jest absurd, w którym my funkcjonujemy – dodaje.

W tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypada 2 sierpnia. Oznacza to, że od dziś, przez resztę roku, żyjemy na kredyt wobec naszej planety. Global Footprint Network podaje, że 8 mld ludzi zużywa znacznie więcej zasobów, niż Ziemia jest w stanie w naturalny sposób odnowić. Emitujemy też o wiele więcej, niż planeta może przyjąć.

Czym jest Dzień Długu Ekologicznego? IOŚ-PIB tłumaczy, że 2 sierpnia to data, w której zapotrzebowanie i zużycie przez ludzkość surowców naturalnych przekracza zdolność ich dostarczenia lub odtworzenia w ciągu roku przez Ziemię. Przed 30 laty przypadał jednak na 19 grudnia. Zmierzamy ku zagładzie – i to nie takiej, która budzi apokaliptyczne skojarzenia. Nadmierny konsumpcjonizm i eksploatowanie środowiska sprawiają, że cierpi cała natura. Czym to grozi? Na wyobraźnię działa teoria, że za 10 lat może zabraknąć wody w kranach…

– W przyszłości może okazać się, że woda w praktyce stanie się dobrem ekonomicznym i to takim, którego cena będzie dość znacząca. Nastąpi to tym szybciej, im później zaczniemy oszczędzać nasze zasoby wodne i korzystać z wody w zrównoważony sposób – mówi Marcin Kowalczyk z WWF.

Za to, co dziś robimy, będą płacić nasze dzieci oraz wnuki. Pszczelarz, rolnik, wędkarz oraz przyrodnicy mówią nam, co się dzieje dziś, a co dopiero nastąpi.

Rolnictwo potrzebuje dwóch czynników

Patryk Kokociński, wielkopolski rolnik z wyjątkowym podejściem do przyrody, tłumaczy, które zasoby są najistotniejsze dla upraw. – W naszym gospodarstwie zwracamy szczególną uwagę na zasoby środowiskowe z przekonaniem, że są one wyczerpywalne. A po drugie z myślą o tym, że nasza produkcja rolna jest uzależniona od ich stanu. Przede wszystkim jako zasób mam na myśli wodę, czyli główny czynnik plonotwórczy.

Dziś mamy nieograniczony dostęp do nowoczesnych technologii w rolnictwie. – Ale po co to wszystko, jeśli okaże się, że zabraknie nam podstawy, czyli wody? – pyta rolnik. – Nie pomogą wtedy nowoczesne rozwiązania, bo rośliny nie będą w stanie zrealizować swojego potencjału.

Monokultury są dziś niezwykle powszechne. Fot. AlinaMD/Shutterstock

Drobni rolnicy nie poradzili sobie z konkurencją. Uprawy ujednolicono

Przy tym zwraca uwagę na powszechny brak retencji wody. Podkreśla tu rolę zadrzewień śródpolnych. Jak doprowadziliśmy do tego, że ich brakuje? – Kiedyś mieliśmy sporo drzew przy polach, bo było wielu właścicieli ziem – wspomina rolnik. – Pamiętam, jak w mojej miejscowości działało 20 gospodarstw rolnych. Dziś, dwie dekady później, właścicieli jest trzech.

Co by się działo, gdyby wody zabrakło? Jak wyglądałyby uprawy? – Dodatkowe podlewanie hektara ziemniaków najtańszą odsalaną wodą morską kosztowałoby co najmniej 20 tys. złotych, nie licząc kosztów instalacji i transportu. Cena za tonę takich kartofli wzrosłaby o ponad 500 złotych  – wylicza Mikołaj Troczyński, ekspert z WWF.

Drugim podstawowym zasobem jest materia organiczna w glebie. – Rolnictwo z niej korzysta. W Polsce gleby są ubogie w tę materię. Można z tym pracować, lecz niestety nasze gleby nadal ubożeją – mówi SmogLabowi Kokociński.

Wyjaśnia, że jest to spowodowane niewłaściwymi praktykami rolnymi, np. monokulturami kukurydzy na kiszonkę. – Sieje się kukurydzę, która w czasie wzrostu pozyskuje z gleby składniki odżywcze. Poziom materii organicznej spada. Po zebraniu kukurydzy na polu nie zostawia się nic, co mogłoby pozwolić materii organicznej się odbudować – ubolewa.

Agresywne rolnictwo ma bezpośrednie przełożenie m.in. na faunę.

– Wiele roślin jest zapylanych przez dzikie owady, które zamieszkują zarośla i dzikie miedze. Dotyczy to sadów owocowych i owoców miękkich. Wielu warzyw, takich jak pomidory, ogórki, a także fasoli i grochu. Owady są potrzebne do produkcji nasion roślin okopowych, jak buraki, rzodkiewka czy ziemniaki – mówi Troczyński.

Jak mówi, pośród głównych gatunków roślin uprawnych świata, około 84 proc. stanowią rośliny zapylane przez owady. Bez nich nie byłoby 1/3 żywności.

Monokultury a zapylacze

Jerzy Bryk, pszczelarz, radny Rady Dzielnicy Janów Miejski-Ćmok w Mysłowicach pokazuje, jak szkodzimy tak ważnym zapylaczom.

– Typowym greenwashingiem jest mówienie, że hodowanie pszczoły miodnej to ochrona owadów. Podobnie jak hodowanie kur nie jest ochroną ptaków, tak i w przypadku pszczół miodnych to żadna ochrona.

Zaobserwowano ciekawą rzecz w kwestii bioróżnorodności. Mianowicie w miastach żyje bardzo dużo gatunków dzikich zapylaczy. – W Polsce zidentyfikowano ich nawet 470 – jest to niesamowite bogactwo gatunkowe. Dlaczego w miastach? Ponieważ wsie, zwłaszcza rolnicze, są przeważnie mocno zdegradowane przez monokultury. Te wraz ze środkami ochrony roślin całkowicie niszczą bioróżnorodność. Na wsiach jest stosunkowo mało obszarów nietkniętych ludzką ręką – tłumaczy pszczelarz. Poniekąd przez to miód ze wsi wcale nie musi być tym zdrowszym wyborem. – Na wiejskich uprawach rzepaku jest tak dużo środków ochrony roślin, że siłą rzeczy przechodzą do miodu – wyjaśnia Bryk.

A właśnie takie tereny, jak miejskie przydomowe ogrody z różnoraką roślinnością sprzyjają owadom zapylającym. Po drugie, w miastach raczej nie używa się szkodliwych środków ochrony roślin. – A na wsiach, na których są całe hektary rzepaku lub kukurydzy, nie ma warunków odpowiednich dla zapylaczy. Co ważne, istnieją gatunki pożyteczniejsze od pszczoły miodnej. Np. 1 tys. kokonów pszczoły murarki jest tak wydajny w zapylaniu roślin sadów, jak ok. 4-5 rodzin pszczelich, z których każda liczy po 50 tys. pszczół.

Ponadto, dyskutując o ochronie owadów, raczej nie powinniśmy mówić o stawianiu uli w miastach. Jak tłumaczy Jerzy Bryk, należy to robić, tworząc im odpowiednie środowisko do życia. Miejskie strategie adaptacji do zmian klimatu zakładają zachowanie jak największej ilości naturalnych siedlisk. – Pszczołom szkodzi zabetonowywanie małych ekosystemów miejskich. W kontekście zmian klimatu bardzo ważne jest przekształcanie miasta w kierunku „gąbki”, która będzie zatrzymywała wodę na naturalnych, niekoszonych obszarach zielonych. To pomoże owadom i zapewni retencję wody.

Chrońmy zieleń w miastach. Dzień Długu Ekologicznego

Jak jeszcze można ratować zasoby Ziemi? W miastach należy wdrażać ochronę „każdego skrawka zieleni”. – Każdego ekosystemu, gdyż bez nich nie może być mowy o usługach ekosystemowych. – Pszczelarz poleca także śródpolne zadrzewienia, które dają zwierzętom dodatkową przestrzeń do rozwoju. – Ważne jest przede wszystkim zapewnienie zapylaczom ciągłego dostępu do pożywienia. 100 ha rzepaku będzie je karmiło przez 2 tygodnie, a ogródki działkowe, w ramach których różnorodne rośliny dadzą im pożywienie, przez cały długi sezon.

Sama gęstość zaludnienia prowadzi do niezwykle szybkich zmian klimatu. Wraz z nimi przychodzą niepożądane gatunki inwazyjne, które zastępują rodzime. Te drugie nie przetrwają w nowych warunkach. Co jeszcze należałoby zrobić?

– Nie można ciągle mieć i chcieć więcej; intensyfikować rolnictwa, stawiać następnych budynków. A postawienie domku dla owadów nie rozwiąże problemu zabetonowywania obszarów. Przyroda tak naprawdę nas nie potrzebuje – wystarczy jej nie przeszkadzać, a ona sobie poradzi – zapewnia Bryk.

Ryby są indykatorem zmian

Kolejnym elementem układanki są organizmy żyjące w wodzie.

– Mimo mojego krótkiego życia, zmiany w ichtiofaunie Polski są zdecydowanie zauważalne. Mogę z całą pewnością powiedzieć, również na podstawie tego, co pamiętam z opowieści mojego ojca i dziadka, że widać je nawet na przestrzeni każdego dziesięciolecia – przyznaje Michał Maciejewski, wędkarz z Wrocławia. – Chciałbym oddzielić grubą kreską zmiany w ichtiofaunie wywołane klimatem, które, jak wiadomo, też w znacznej części są spowodowane ludzkim działaniem, od tych spowodowanych dewastacją środowiska wywołaną bezpośrednio przez człowieka.

W polskich wodach ichtiofauna ewoluuje stosunkowo szybko. – Widać to głównie w rzekach, które całe dekady były meliorowane i zmieniane. Doskonałym przykładem rzeki „ujarzmionej” przez ludzi jest Odra. Ona w zasadzie na całym swoim biegu jest dotknięta ludzką ręką.

Dziś, jak mówi, Odra na wielu kilometrach wygląda jak rynna. – To pomaga w nagrzewaniu wody i skutkuje słabym natlenieniem. Z biegiem czasu doskonale widzimy spadek liczebności gatunków preferujących chłodniejsze i bardziej natlenione wody t.j.: świnka, certa, brzana. Korzystają z kolei gatunki ciepłolubne albo inwazyjne: czebaczek amurski lub różne gatunki babek. Gdyby nie działalność ludzka, ocieplenie klimatu nie miałoby aż tak bardzo szybkiego przełożenia na stan naszej ichtiofauny.

Człowiek największym szkodnikiem? – Najbardziej niekorzystny wpływ na nasze wody mamy bez wątpienia my sami. Nieustanne zanieczyszczanie rzek i traktowanie ich jak ściek skutkuje takimi katastrofami jak rok temu. A o tych mniejszych nikt nawet nie wspomina – ubolewa wędkarz. Poleca m.in. wprowadzenie zakazu połowów w celach konsumpcyjnych oraz odbudowanie starorzeczy i miejsc naturalnej retencji wody.

Wielkie, milczące wymieranie

– Ryby są pewnym indykatorem, ale najgorsze jest to, że niedługo w kranach nie będzie wody. Będzie na nią stać najbogatszych, bo cena będzie wynosić np. 10 zł za butelkę – apeluje Artur Furdyna. – Zmierzamy do takiej sytuacji.

Zdaniem eksperta, dotrze to do nas dopiero wtedy, kiedy dużą część miesięcznego budżetu będziemy tracić na zakup wody. – W wodzie trwa wielkie wymieranie. I to się dzieje w milczeniu. – Jak mówi, w ciągu ostatnich 2 lat poziom wody w niektórych polskich jeziorach obniżył się o 1,6 m. Wysychają także rzeki. Byłe źródliska są puste.

– Widać, że wcześniej były to żwawe strumienie. Okoliczni mieszkańcy mówili nam, że jeszcze 20-30 lat temu trocie przypływały tam na tarliska — mówię o dopływach Parsęty. A dziś można sobie iść suchym korytem wyłożonym kamieniami. Można się poczuć jak w górach, tylko że nie ma tam wody – relacjonuje SmogLabowi.

Pytany, gdzie są te ryby, odpowiada: – Jest ich coraz mniej, bo świat ryb na lądzie jest ograniczony do objętości wód powierzchniowych. Jeżeli ona się zmniejsza, w sposób oczywisty ryb będzie coraz mniej. Do tego ze względu na wpływające do wód zanieczyszczenia ich jakość jest coraz gorsza. Możemy powoli się żegnać z najbardziej wymagającymi gatunkami, np. łososiowatymi.

Powołuje się też na pomysły organizowania masowych imprez dla setek tysięcy ludzi w miejscowościach, których oczyszczalnie ścieków zupełnie nie są przystosowane do przyjmowania takich ilości nieczystości. – Ludzie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji.

Plantacje zmorą dzisiejszych czasów

Ichtiolog tłumaczy, że ludzie wpływają na pogłębianie tego stanu rzeczy, bezkrytycznie godząc się na działania wielkich korporacji, intensywnego rolnictwa. To one niszczą przyrodę.

– Na pięknym Pojezierzu Drawskim dominują plantacje kukurydzy. Każdy, kto się zastanowi choć odrobinę, dowie się, że to roślina bardzo niesprzyjająca zlewni i środowisku. Kukurydza wymaga dużego poboru wody. Poza tym monokultury, na których jest uprawiana to ogromne połacie, tysiące ha jednego gatunku. To jest niedobre dla natury.

Furdyna dodaje, że coraz częściej zauważa duże, źle umiejscowione plantacje innych roślin wymagających znacznych ilości wody. – Powstają nie tam, gdzie powinny, a tam, gdzie zdecyduje właściciel lub dzierżawca obszaru. Podobnie ma się sprawa ferm przemysłowych i całego intensywnego rolnictwa. To typowo korporacyjne układy.

Istnienie wspomnianych plantacji opiera się na poborze wód podziemnych, chęci uniezależnienia się od wód powierzchniowych. – Korporacje uciekają w strefę, której nie widać, a cierpi na tym przysłowiowy Kowalski. – Wyjaśnia, że raczej nie ma na myśli naszych rodzimych rolników. – To są najczęściej rolnicy z zachodu, którzy przyjechali do Polski, bo tu nie działa system nadzoru. Tutaj opłaca się niszczyć to, co bezcenne, bo nikt tego nie pilnuje – mówi Furdyna.

Dzień Długu Ekologicznego. Nieliczni się bogacą, wszyscy za to płacą

Ichtiolog odwołuje się przy tym do wartości liczbowych. – Dzisiaj dostęp do wody podziemnej kosztuje taki podmiot X. Natomiast odzyskanie wody zabranej na podlewanie czyjegoś biznesu będzie kosztowało całe społeczeństwo 1 000 000 X. Uspołecznienie kosztów, prywatyzacja korzyści – kwituje.

Woda jest jednym z elementarnych zasobów środowiska. – Jakiekolwiek ograniczanie społeczeństwu dostępu do wody jest zamachem na podstawowe swobody obywatelskie. To po prostu draństwo.

Powołuje się na historię Morza Aralskiego, przez którego zaniknięcie ucierpiała cała nacja, a nawet część kontynentu. – Przez kaprys odrealnionego polityka pozbawiono ludzi możliwości normalnego życia. A teraz wiejący tam suchy wiatr wydmuchuje stamtąd ogromne ilości pestycydów. Wciąż pewien obszar Ukrainy jest dotykany przez burze pyłowe. A zawartość tych pyłów jest niebezpieczna dla zdrowia.

Tłumaczy, że zawierają one nieznane chemikalia. – Wtedy powszechne było dążenie do sukcesu ekonomicznego. – Ironicznie nazywa je hurraoptymistycznym. Spośród bardziej odległych przykładów wymienia australijskich rolników ubolewających nad wysuszonymi polami kukurydzy. To wszystko jest konsekwencją nadmiernej, bezrefleksyjnej eksploatacji zasobów Ziemi.

– To, co się dzieje, jest irracjonalne. My od lat 60. XX w. powinniśmy realizować zupełnie inny model rozwoju. Niestety, agresywne rolnictwo przemysłowe, wielkie korporacje, wszystko przeforsowują. Nie ma przyzwoitości, odpowiedzialności. Liczą się pieniądze – ubolewa ichtiolog.

Postuluje za mówieniem wprost o obecnym stanie rzeczy – nadmiernym eksploatowaniu zasobów. O tym, że decyzje polityków i biznesu wpływają na życie nasze i kolejnych pokoleń.

– Nie ma już czasu na mówienie o tym „przez bibułkę”. Ci, którzy przychodzą np. zabrać wodę, a wraz z nią wyrwać z danego regionu resztki pieniędzy, nie mają żadnych skrupułów – podsumowuje Furdyna.

Zdjęcie tytułowe: S.Narongrit99/Shutterstock

Podziel się: