Jeden celny atak na dużą elektrownię może pozbawić prądu całe miasto. Ukraina straciła w ten sposób ponad 90 proc. mocy swoich elektrowni. W raporcie przedstawionym Sejmowi Greenpeace ostrzega, że Polska – stawiając na wielkie bloki gazowe – powtarza model, który zweryfikowała u naszych sąsiadów. Bezpieczeństwo ma gwarantować energetyka rozproszona: tysiące małych źródeł, które znacznie trudniej zniszczyć.
15 lipca w Sejmie przedstawiono raport pt. „Rozproszone trudniej trafić. System energetyczny z tysiącami małych źródeł jako element polskiej racji stanu. Lekcje z doświadczeń Ukrainy”. Tym razem problemem, jaki porusza Greenpeace, nie jest ochrona przyrody i klimatu. Chodzi o kwestię naszego bezpieczeństwa w kontekście tego, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.
„Rozproszone trudniej trafić”
Raport analizuje, jak wojna w Ukrainie zmieniła postrzeganie bezpieczeństwa energetycznego i jakie wnioski z tych doświadczeń powinna wyciągnąć Polska. Według Greenpeace, w warunkach współczesnego konfliktu zbrojnego system elektroenergetyczny oparty na kilku dużych elektrowniach jest znacznie bardziej podatny na zniszczenie niż system rozproszony.
– Wojna w Ukrainie pokazała bardzo wyraźnie, że najbardziej narażone są te elementy systemu, których utrata może od razu wywołać poważne skutki dla całego regionu lub kraju – mówi dla SmogLabu Anna Meres, ekspertka w dziedzinie transformacji energetycznej i autorka raportu. – Chodzi przede wszystkim o duże elektrownie i elektrociepłownie działające na paliwa kopalne, a także kluczowe podstacje, transformatory najwyższych napięć i główne węzły sieci przesyłowej. Nawet jeśli sama elektrownia nie zostanie zniszczona, uszkodzenie linii przesyłowej albo podstacji może sprawić, że wyprodukowana energia nie dotrze do odbiorców – tłumaczy Meres.
Dlaczego? Elektrownia węglowa czy gazowa zajmuje jeden, niewielki teren. Jest więc łatwym celem. Jest przy tym doskonale widoczna i nie wymaga użycia precyzyjnej broni. Jednocześnie taki obiekt zasila całe miasta i województwa. Podobnie jest z dużymi transformatorami. Zniszczenie takiej instalacji oznacza brak prądu dla całego miasta albo dzielnicy czy kilku wsi i zakładów przemysłowych.
Czytaj także: Zielona Tarcza Wschód. „Teren i natura jako sojusznicy wojska”
Z węgla na gaz – zagrożenie pozostaje
Nasza nowoczesna cywilizacja jest więc niezwykle wrażliwa na potencjalny atak. Nawet zwykły akt dywersji polegający na podłożeniu ładunku wybuchowego.
– To szczególnie ważne w kontekście kierunku, w którym zmierza polska transformacja energetyczna – mówi nam autorka raportu. Zwraca przy tym uwagę, że elektrownie węglowe mają być zastępowane gazowymi.
Greenpeace przypomina bowiem, że Polska znajduje się obecnie w trakcie transformacji energetycznej. W miejsce wycofywanych bloków węglowych planowane są nowe, duże elektrownie gazowe.
– Taka zmiana oznacza inne paliwo, ale nie zmniejsza koncentracji ryzyka. Nadal budujemy duże obiekty o znanej lokalizacji, zależne od sieci przesyłowej, gazociągów, tłoczni, terminali i ciągłych dostaw importowanego gazu – zwraca uwagę nasza rozmówczyni.
To wciąż będzie ten sam scentralizowany system. A jak pokazała wojna w Ukrainie – taki system może stać się poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa. Współczesne konflikty pokazują bowiem, że infrastruktura energetyczna jest jednym z głównych celów ataków rakietowych i dronowych.
Według Meres powinniśmy zadać sobie pytanie: czy polska transformacja rzeczywiście zwiększa zdolność państwa do działania po utracie części infrastruktury, czy tylko zastępuje jeden scentralizowany system innym?
– Bezpieczeństwo nie może więc opierać się wyłącznie na ochronie największych obiektów. Musimy równolegle rozwijać rozproszone źródła energii, magazyny, elastyczne sieci i lokalne systemy zasilania, które pozwolą szpitalom, wodociągom czy centrom zarządzania kryzysowego działać także wtedy, gdy część systemu centralnego zostanie wyłączona – radzi autorka raportu.
Co z istniejącymi inwestycjami?
Raport przekonuje, że duże elektrownie gazowe zwiększają podatność Polski na atak. Czy oznacza to, że inwestycje w nowe bloki gazowe powinny zostać wstrzymane?
Polska znajduje się dziś w procesie głębokiej przebudowy energetyki. Meres zauważa, że część starych bloków ma zostać zastąpiona gazowymi. Ma to być aż 19 GW nowych mocy gazowych. I to już teraz się dzieje. Przykładem są Rybnik i Gryfino, gdzie inwestycje w budowę bloków gazowych są już realizowane.
– Patrząc na doświadczenia wojenne Ukrainy, która na skutek ataków utraciła aż 91 proc. mocy zainstalowanej w elektrowniach gazowych i węglowych, obrany przez Polskę kierunek transformacji w stronę dużych bloków gazowych jest strategicznym błędem, który utrwala scentralizowany i podatny na ataki model energetyki – mówi Meres.
Każda nowa decyzja inwestycyjna powinna być oceniana także pod kątem tego, czy zmniejsza koncentrację ryzyka. Czy zwiększa też zdolność państwa do funkcjonowania po utracie części infrastruktury.
– Ocena powinna uwzględniać odporność na działania militarne, możliwość ochrony, czas odbudowy oraz zależność od importowanych paliw i komponentów – uważa ekspertka.
Kwestia atomowych ambicji Polski
Kolejną sprawą jest energetyka jądrowa, która według zamysłu Polski ma być naszą drogą do bezpieczeństwa energetycznego. Co z inwestycjami w atom, skoro budowa już ruszyła?
– Przygotowania do budowy elektrowni jądrowej ruszyły, ale doświadczenia Ukrainy pokazują, że sama elektrownia jądrowa nie rozwiązuje problemu bezpieczeństwa energetycznego – mówi autorka raportu.
Meres podaje przykład Ukrainy i Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej. Jej przejęcie przez agresora skutkowało utratą około 6 GW mocy.
– To był największy pojedynczy ubytek w ukraińskiej energetyce. Co więcej, elektrownia stała się nie tylko utraconym źródłem energii, ale też zapleczem wojskowym Rosji i narzędziem szantażu atomowego – zwraca uwagę Meres.
Warto przy tym zauważyć, że elektrownia jądrowa nie działa sama. Potrzebuje sprawnych linii przesyłowych, podstacji, systemów chłodzenia, zasilania na potrzeby własne i wykwalifikowanego personelu.
– Nie trzeba więc uderzać bezpośrednio w reaktor, żeby ograniczyć jej pracę. Wystarczy zaatakować infrastrukturę, od której jest zależna. Dlatego nawet jeżeli Polska buduje elektrownię atomową, równolegle musi rozwijać rozproszone źródła energii, magazyny, elastyczne sieci i lokalne systemy zasilania. Atom, nawet jeśli jest częścią systemu, to nie jest odpowiedzią na pytanie o jego odporność – radzi autorka raportu.
Czy OZE są bezpieczne?
W takiej sytuacji naturalnym rozwiązaniem wydaje się rozproszona energetyka odnawialna. Przeciwnicy jednak wskazują, że tysiące małych źródeł są znacznie trudniejsze do zarządzania i bardziej podatne na cyberataki. Raport zauważa bowiem, że rozproszenie zwiększa odporność fizyczną, ale wymaga jednocześnie znacznie silniejszego cyberbezpieczeństwa. Jak więc wygląda tutaj sytuacja?
– To prawda, że system oparty na tysiącach małych źródeł jest bardziej złożony i wymaga dobrego zarządzania. Więcej urządzeń podłączonych do sieci oznacza też więcej potencjalnych punktów, które trzeba odpowiednio zabezpieczyć – odpowiada ekspertka.
Tyle tylko, że kwestia cyberbezpieczeństwa dotyczy także energetyki scentralizowanej. Dobrym przykładem jest Ukraina sprzed wojny.
– Już w 2015 roku rosyjscy hakerzy przejęli dostęp do systemów sterowania ukraińskich operatorów i odcięli prąd setkom tysięcy odbiorców. Celem mogą być więc zarówno duże elektrownie i centrale sterowania, jak i mniejsze instalacje – zwraca uwagę Meres. – Dlatego rozwój OZE, magazynów i mikrosieci musi iść w parze z wysokimi standardami cyberbezpieczeństwa: bezpieczną komunikacją, regularnymi aktualizacjami, możliwością działania awaryjnego i ręcznego sterowania najważniejszymi elementami – dodaje.
OZE są tutaj lepszą alternatywą niż scentralizowana, duża energetyka.
– Rozproszenie nie usuwa zagrożenia cyberatakami. Sprawia jednak, że przejęcie lub wyłączenie jednego urządzenia nie musi od razu oznaczać poważnych zakłóceń w całym systemie i odcięcie od dostępu do energii setek tysięcy odbiorców – mówi autorka raportu.
–
Zdjęcie tytułowe:shutterstock/fotorince



