Stanisław Lem o atomie: studenci powinni byli demonstrować za budową elektrowni

2806
0
Podziel się:

Stanisława Lema zwykło się u nas traktować jak autora literatury młodzieżowej. To wyświechtane zdanie. Ale trzeba je powtarzać, bo traktując w ten sposób Lema – jeden z najoryginalniejszych i najciekawszych umysłów XX wieku w Europie – robimy krzywdę. Nie Lemowi jednak, jak się uważa. Jego to nie obchodzi. Sobie, bo tracimy wiele ważnych myśli.

Lem uchodził za jednego z lepszych futurologów na świecie. Co mogło się wiązać z tym, że należał do nielicznych, których prognozy się sprawdzały. Ciekawe jest to, że im dalej od ich wygłoszenia, tym okazują się trafniejsze. Jednym z powodów jest zapewne wyjątkowa inteligencja tego lwowianina mieszkającego w Krakowie. Innym świadomość własnych ograniczeń. Wiedział bowiem Lem, że prognozy trafne wymagają tego, by skupiać się na procesach, a nie szczegółach. Potrafił więc ze szczegółami opowiedzieć o wirtualnej rzeczywistości, ale nie wiedział, jak ją nazwą. Sam określał ją “fantomatyką”. Opowiedział, jak świat zmieni internet oraz wiele technologii.

W 2000 roku wyszła książka, wywiad-rzeka ze Stanisławem Lemem, która była zatytułowana „Świat na krawędzi”. Rozmowę przeprowadził Tomasz Fiałkowski i jest pełna ciekawych myśli. Wśród nich pojawił się też rozdział o energii atomowej. Częściowo sprowokowała do niego sprawa elektrowni w Żarnowcu, przeciwko której protestowali wówczas ekolodzy. Bardziej to, że energetyka należy dziś do najważniejszych światowych tematów. A powodem są zmiany klimatu.

I Lem mówił wtedy tak: „studenci powinni byli demonstrować na rzecz budowy Żarnowca, a nie przeciw niej”. Dodawał, już w kontekście szerszym niż polskiej elektrowni, że „energetyka jądrowa stanowi, moim zdaniem, podstawę naszej przyszłości i żadne protesty na to nie wpłyną.” Miał oczywiście dużo dobrych argumentów na poparcie swojej tezy. Najważniejsze z nich odwoływały się do ekologii i problemów środowiska naturalnego. Argumentował między innymi, że węgiel jest od atomu o wiele gorszy i rezygnacja z lepszego na rzecz gorszego, jak się to dzieje na przykład w Niemczech, to zwyczajna głupota.

„Jako źródło energii węgiel należy do najbardziej niebezpiecznych. Szkodliwe substancje wydalane przez elektrownie węglowe tylko w USA powodują, według tamtejszych statystyk, piętnaście tysięcy przedwczesnych zgonów rocznie” – mówił.

Do tego „elektrownie konwencjonalne w sposób istotny powiększają wskutek tego efekt cieplarniany na skalę globalną”, a wielu ludzi wciąż nie ma dostępu do prądu. Przede wszystkim ci, którym przyszło urodzić się i żyć w tzw. Trzecim Świecie.

Jednocześnie atom – wykazywał Lem – ma z punktu widzenia ekologii wiele przewag nad odnawialnymi źródłami energii. A to dlatego, że z jego pracą wiąże się mniej środowiskowych efektów ubocznych. Produkcja paneli fotowoltaicznych niesie za sobą spore koszty środowiskowe, a wiatropędnie były kosztowne. Piszę były, bo od tamtego czasu wiele się zmieniło i efektywność elektrowni słonecznych oraz wiatrowych znacząco się poprawiła. A wraz z tym też cena. Wciąż jednak nie doszliśmy do poziomu, i raczej nie dojdziemy do niego wystarczająco szybko, na którym OZE mogłyby zapewnić 100 proc. zapotrzebowania na prąd. To oznacza, że alternatywą dla atomu są głównie paliwa kopalne – węgiel oraz gaz. I rezygnacja ze źródeł jądrowych powoduje, że tych musimy spalać więcej.

Stanisław Lem zwracał uwagę także na to, że różnych rzeczy trzeba się bać w różnym stopniu. W tym kontekście z z jednej strony mamy więc strach przed awarią elektrowni jądrowej, który stanowi bardzo wdzięczny temat i dobre paliwo między innymi dla polityków. Z drugiej globalną groźbę katastrofy ekologicznej, o trudnych do przewidzenia skutkach. Ludzie jednak bardziej boją się tego pierwszego, choć jest to mało prawdopodobne i mimo wszystko, a także mimo to, co pokazano w serialu “Czarnobyl”, mniej groźne. I rezygnując z energetyki jądrowej, której się boją bardziej, przyspieszają groźniejszą katastrofę. Tej aż tak bardzo się nie boją, bo wydaje się odsunięta w czasie na dalszą przyszłość.

„Mamy tu więc do czynienia z typową odmiennością reakcji społecznych” – tłumaczył Lem, ale w kontekście zanieczyszczeń przemysłowych i odpadów z energetyki jądrowej, a nie zmian klimatu – „na zdarzenia szkodliwe, łącznie z takimi, które niosą skutek śmiertelny. Powszechnie wiadomo, że liczba żołnierzy amerykańskich poległych podczas trwania wojny wietnamskiej była daleko mniejsza aniżeli liczba ofiar wypadków samochodowych, które miały miejsce w Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie. Nikt jednak nie urządzał demonstracji przeciwko samochodom, natomiast wszyscy sprzeciwiali się wojnie.” A innym podobnym przykładem, który przywoływał, były protesty przeciwko przewożeniu zużytego paliwa jądrowego przez Niemcy.

Mówił o tym w 2000 roku tak: „Klimat koziołkuje – ludzie jednak, to ciekawe zjawisko, socjopsychologicznie wytłumaczalne, nie obawiają się rozproszonych, nawet najgorszych zmian klimatu typu powodziowo-orkanowo-tajfunowo-huraganowego, które zresztą po części sami wywołują, natomiast bardzo się boją pociągu »Castor«, który wywozi popioły radioaktywne, choć zasięg jego oddziaływania jest znikomy. Wystarczy znaleźć się sto metrów od toru, by tego oddziaływania uniknąć. Kiedy istniał jeszcze Związek Sowiecki, profesorowie uniwersytetu i postępowi humaniści siadali przed amerykańskimi bazami wojskowymi w Niemczech, by walczyć o pokój – jakby nie wiedzieli, że sama obecność Amerykanów powstrzymuje właśnie Sowiety od ataku.”

Rzecz w tym, że sam mam bardzo podobne wątpliwości, kiedy chodzi o energetykę jądrową i stosunek do niej organizacji ekologicznych. Z jednej bowiem strony słyszę ciągle o tym, że grozi nam katastrofa ekologiczna na globalną skalę, co według wszelkiego prawdopodobieństwa jest prawdą. Z drugiej jednak ludzie, którzy nas przed nią bardzo słusznie ostrzegają, poświęcają dużo energii, tracąc przy tym niekiedy społeczne zaufanie, by przekonywać, że trzeba zrezygnować z energetyki jądrowej. Choć ta z punktu widzenia klimatu jest rozwiązaniem dobrym, bo jej funkcjonowanie i ewentualny rozwój mogą odsunąć groźbę katastrofy ekologicznej. Nie rozumiem więc, jak można jednocześnie poważnie traktować dramatyczne zapowiedzi dotyczące kryzysu klimatycznego i liczyć, że jest się w tych ostrzeżeniach wiarygodnym oraz podejmować działania, które prowadzą do tego, że atom jest zamieniany na węgiel i gaz. Tak jak się to dzieje na przykład w Niemczech. O czym piszę nie dlatego, by robić komuś wyrzuty.

Piszę z prośbą o wyjaśnienie.

Nie rozumiem, jak można to łączyć, a chciałbym zrozumieć.

Zdjęcie: IndustryAndTravel/Shutterstock

Podziel się:
Wesprzyj nas!

Ładowanie danych zbiórki...

Wesprzyj SmogLab!