„Małżeństwo na poziomie, związani z prawem, a ścieki wypuszczali” [WYWIAD ZE STRAŻNIKIEM]

483
0
Podziel się:
szklarnie w igołomii

Wykrywają nielegalne spalanie śmieci i interweniują, gdy zwierzętom dzieje się krzywda. Interweniują, gdy drzewa wycinane są bez pozwolenia, szklarnie są opalane przez kopciuchy lub gdy ścieki trafiają prosto do rzeki. To jedne z licznych zadań należących do strażników miejskich lub gminnych. Rozmawiamy z Grzegorzem Gruszczakiem, który w zawodzie pracuje od 30 lat.

Maciej Fijak, SmogLab.pl: Długo Pan pracuje w „branży”?

Grzegorz Gruszczak, strażnik gminny, Igołomia-Wawrzeńczyce: W zawodzie pracuję od 1991 r. Odbiór mieszkańców był początkowo różny. Doświadczenie zdobyłem w Krakowie, a później przeszedłem do mniejszych gmin – uważałem, że taka komórka bardzo się przyda. 

Można powiedzieć, że jest Pan pionierem w tej dziedzinie, bo później wprowadzał pan te straże gminne w mniejszych miejscowościach.

Niektóre z nich utrzymują straż do dziś. Na przykład w Proszowicach, Koszycach i w Nowym Brzesku – zobaczyli jak to działa, że są efekty. W działaniach zawsze zaczynamy od upomnień, pouczeń i przedstawiania alternatywy. 

Proszę powiedzieć, gdzie pan obecnie stacjonuje?

Dziś pracuję na terenie dwóch typowo rolniczych gmin. Największym problemem są folie rolnicze z upraw. Te folie z czasem się zużywają, a zamiast trafić do utylizacji są spalane. I to mimo, że gminy robią zbiórki, aby ludzie je oddawali. Z częścią ludzi się udaje, a z częścią nie. Chociaż świadomość rośnie. Moje podejście jest partnerskie – nie chce od razu karać, najpierw rozmawiamy. Utylizacja tony takiej folii dużo kosztuje i niestety niektórym bardziej się opłaca spalić i dostać mandat – maksymalnie 500 złotych. Nie ma tutaj przypadku, jak w prawie drogowym, że za recydywę ta kara rośnie. To odstrasza i widać to po statystykach drogowych. 

200 pieców nadal ogrzewa szklarnie

Czyli widzi Pan tutaj pole do korekty przepisów, to by pomogło w pracy?

Tak! Żeby ustawodawca dał możliwość nakładania większego mandatu. Ale tak, jak mówię – nie jestem zwolennikiem karania ludzi. Natomiast jeśli ktoś kolejny raz jest „złapany” na spalaniu na przykład tej folii… Powiem tak. To wszystko musi funkcjonować jak w silniku. Ta walka o czyste powietrze. Najpierw informujemy, robimy spotkania – z mieszkańcami, z dziećmi. Są ulotki, naklejki, programy. To wszystko zadziałało u nas. Chodzę po domach i widzę, że dużo osób powymieniało piece. Trzeba mieć jednak na uwadze, że na naszym terenie jest dużo pieców szklarniowych. 

Bardzo charakterystyczny obraz Waszej okolicy, te szklarnie opalane piecami są w co trzecim domu. 

Tak i to też sprawdzamy. Żeby ogrzać taką dużą szklarnię potrzebny jest ogromny piec. W tym zakresie też dostajemy zgłoszenia. Często jest to opalane ekogroszkiem. Jak już się rozpali to nie powinno być prawie w ogóle dymu. Obecnie mamy wymienionych 540 kopciuchów. Zostało 370 w budynkach mieszkalnych i ponad 200 w szklarniach i budynkach niemieszkalnych. Przedłużanie terminów przez sejmik spowodowało, że część ludzi czeka. Nic na to nie poradzimy, tak zadecydowano. Z drugiej strony chcemy iść z tematami do przodu mimo tych decyzji. Ciągle walczymy o pieniądze z programu “Czyste Powietrze”. W teren chodzą sołtysi, radni. Potem mieszkańcy trafiają do naszych ekodoradców, tam jest naprawdę duży ruch. To jest nasz cel – nie żeby jak najwięcej ludzi ukarać, tylko aby jak najwięcej z nich przyłączyło się do walki o czyste powietrze. Na to pracują u nas wszyscy, nie tylko ja. Jestem końcowym ogniwem tego łańcucha, człowiekiem, który egzekwuje nakazy i zakazy ustawodawcy.

Na terenie gminy wciąż działa ponad 200 pieców ogrzewających szklarnie – fot. Maciej Fijak

Złapani na gorącym uczynku

Jednak niektóre gminy udają, że problemu nie ma. Nie ma problemu z powietrzem, nie ma więc gminnej straży, czyli osoby, która by to kontrolowała. Ludzie są odsyłani do Policji, ta nie ma czasu, albo chęci i koło się zamyka. 

Jeżeli się coś egzekwuje, to jest po jakimś czasie poprawa. Nie można powiedzieć, że wszystko jest dobrze, ale poprawa jest. Mieliśmy przypadek osób, które odbierały gdzieś za pieniądze odpady, przyjeżdżali z tym do nas w środku nocy, wyrzucali i palili. Widać było tylko wielką łunę dymu. Złapaliśmy wreszcie tych sprawców. Musieliśmy użyć specjalnego sprzętu, ale po to mamy elektronikę, żeby z tego korzystać.

Rozumiem, że chodzi o jakieś fotopułapki?

Tak – fotopułapka, która od razu przekazywała obraz na telefon do nas. Kolega natychmiast poinformował patrol Policji i sprawcy zostali zatrzymani na gorącym uczynku. To było spektakularne, ponieważ oni to robili zarobkowo i systemowo. Niestety wyrok sądu był nieproporcjonalny do czynu. Największa kara za taki czyn to 5 tys. złotych. Jednak nie dostali maksymalnej kary. Od tej pory jest u nas cisza i spokój w tym zakresie. Obawiam się, że mogą robić to, gdzie indziej…

„Nie jestem typowym urzędasem”

Czym się Pan zajmuje jako strażnik? Jak reagują mieszkańcy – strachem, prośbą a może groźbą? 

Przede wszystkim nie jestem typowym urzędasem, który przychodzi do ludzi, głosi swoje mądrości i od razu wypisuje mandat. Chcę być dla nich partnerem. Rozmowa, dawanie dobrych przykładów, a mandat to wiadomo – w ostateczności. W tym roku wystawiliśmy w miesiąc 3 mandaty za spalanie nieodpowiednich materiałów, w poprzednim roku było to prawie 30 mandatów. Podobnie w sąsiedniej gminie. Ja daję mandaty już takie wyższe. 200, 300 czy 500 złotych. W zależności też od tego, jak ci ludzie żyją. Są różne sytuacje, nie można wszystkich do jednego worka wrzucić. 

Czytaj także: Węgiel brunatny truje, niszczy kotły i opróżnia portfele [ROZMOWA]

I to pomaga, czy musi Pan wracać do tych samych miejsc?

Wielokrotnie pomaga, ale są też zdarzenia, szczególnie te dotyczące spalania odpadów foliowych, że byliśmy kilka razy. Była też Policja. Ale mandat, tak jak mówiłem, jest mały i nie przekonuje. Jeżeli gość produkuje na przykład kwiaty, robi to w tysiącach sztuk, to 500 zł od czasu do czasu go nie rusza. Sprawa może iść oczywiście do sądu, ale tam też nie ma żadnej gwarancji. Sądy traktują to niestety jako takie drobne, nieistotne rzeczy. A powinno być inaczej, to wpływa na nasze życie, atmosferę, glebę i zdrowie. 

Przy urzędzie w Igołomi-Wawrzeńczycach widać, że czyste powietrze to jeden z głównych tematów – fot. Maciej Fijak

Praca wieczorami i w weekendy? Wtedy nikt się nie spodziewa

Jak te kontrole wyglądają?

Często można się zdziwić. Przyjeżdżamy do ludzi, którzy przynajmniej patrząc na ich zawody, powinni prezentować wysoki poziom. Okazuje się, że robią dziwne numery. Pamiętam jednego pana, który wykonuje taki zawód… no dość obligujący do przestrzegania prawa, z prawem ma do czynienia wręcz od drugiej strony. Jest sympatyczny w rozmowie, ale jakoś nie trafiają do niego moje argumenty. Albo inny człowiek, właściwie małżeństwo, też związani zawodowo z prawem. Musiałem ich wezwać tutaj do siebie. 

Przyjęli mandat?

Tak, małżeństwo na poziomie, przyjęli mandat bez dyskusji.

I takie małżeństwo na poziomie śmieciami paliło?

Akurat tutaj sprawa dotyczyła wypuszczania ścieków. Jest to też ważny element ochrony środowiska. Niechże te ścieki trafiają do przydomowej oczyszczalni… Jak będzie robiona kanalizacja to wtedy się przyłączycie – próbowałem ich przekonać. Okazało się, że człowiek mnie pamiętał z innej rozprawy. Wiedział z kim ma do czynienia i że nie odpuszczę takiego tematu. 

Żeby efekty służby były dobre, trzeba wybierać odpowiednie godziny pracy.

Bo pali się przecież zazwyczaj poza godzinami pracy, popołudniami, wieczorem i nocą.

Dlatego pracuję nieraz w takich godzinach. Piątki, soboty popołudniu i wieczorem. Wtedy jest najwięcej zdarzeń, także ognisk. Do pieca można wrzucić pewną ilość i więcej śmieci nie wejdzie. A w ognisko? Jak folię czy szmaty czy inne takie rzeczy się wrzuca, to idzie tego mnóstwo. Więc wybieramy te momenty, gdy ktoś może pomyśleć, że nikt nie pilnuje. Nie sztuka chodzić w dzień, gdy większość ludzi pracuje i ich nie ma. Kontrolujemy też próbki z pieca. Wtedy wychodzą różne rzeczy. Mi ostatnio tak pechowo wychodziło, że każda była dodatnia. To oznacza spalanie odpadów. 

„Robił porządki i wszystko lądowało w ognisku”

Wilgotność drewna też sprawdzacie?

Tak, mamy taki młoteczek do sprawdzania wilgotności. U nas ludzie się już przyzwyczaili, że trzeba palić suchym drewnem, bo daje więcej energii i mniej sadzy się wytwarza. Widzą, że nie ma sensu palić mokrym bo trzeba go spalić dwa razy więcej. Mamy tutaj takie wzgórze w miejscowości Złotniki. Stamtąd widać całą gminę, aż do rzeki Wisły. Obserwujemy, gdzie leci dym. W ten sposób typujemy miejsca do kontroli. Ostatnio zajeżdżamy w Igołomi do jednego człowieka i co się okazuje? Robił sobie porządki w domu i wszystko do ogniska – folia, odpadki po farbach, wszystko tam było. W ten sposób wyłapuje się tych najgorszych trucicieli. To też się dzieje w lecie, nie tylko zimą. 

Co może Pan doradzić innym gminom, które czasem zamiatają te wszystkie tematy pod dywan?

Trzeba chcieć przede wszystkim. Straż gminna może działać w wielu różnorakich tematach. To nie tylko egzekwowanie i mandaty. Pamiętam, że wielokrotnie wykonywaliśmy takie prace, jak towarzyszenie opiece społecznej przy interwencjach czy współpraca z działami: dróg i ochroną środowiską. Tak jak te ścieki. Do tego na przykład sprawdzanie legalności wycinki drzew. Dobrze jest, jak są dwie osoby w takim zespole – zawsze jest drugi świadek. Myślę, że dobre są też współprace z Policją, robimy wspólne kontrole. Akurat dostałem fajnego dzielnicowego, młody 28 lat – ma dobre podejście do ludzi. Robimy popołudniowo-wieczorne służby i on w zadaniach ma także kontrole piecowe. On się uczy ode mnie pewnych rzeczy, a ja od niego. Namawiałbym do takiej formy działania łączonego. Później nawet jak Policja jedzie sama na patrol to jest uczulona na takie kwestie i interweniuje. Wspólnymi siłami eliminujemy trucicieli z naszego terenu.

Grzegorz Gruszczak, strażnik gminny, Igołomia-Wawrzeńczyce – fot. Maciej Fijak

Odczarować zawód strażnika

Trochę odczarowuje Pan zawód strażnika miejskiego, czy gminnego. Przez lata był on kojarzony raczej negatywnie, myślę, że to jakieś historyczne postrzeganie służb porządkowych. Dzisiaj widać, szczególnie rezonuje to z dużych miast, że ludzie dostrzegają wartość straży miejskiej. Od małych rzeczy po duże. Palenie śmieciami, dzikie parkowanie. 

Można powiedzieć, że uzupełniamy służbę o te drobne wykroczenia, ale one są bardzo ważne i uciążliwe. Koledzy z Krakowa mówią, że zgłoszeń z blokowaniem ruchu, złym parkowaniem, mają bardzo dużo. Nie ma czegoś takiego, że gonimy przysłowiową babcię z pietruszką. Handel jest uregulowany, tamte czasy minęły. Dostajemy większe kompetencji, w różnych strefach możemy kontrolować i nakładać mandaty. To idzie przecież na funkcjonowanie miasta. Uważam, że przydałoby się, aby straż miała większe uprawnienia. Mam na myśli tutaj kwestie drogowe – możliwość zatrzymania pojazdu przy znaku zakaz wjazdu czy zabrudzenia dróg.

A to widać bardzo dobrze przy budowach bloków. Czasem asfaltowe drogi wyglądają jak polne, bo brudne ciężarówki wyjeżdżają na nie prosto z błotnistej budowy. 

Rzeczywiście. Ale takiego kierowcę trzeba zatrzymać, wylegitymować. Strażnicy wolą kierować na Policję, bo ona ma uprawnienia do zatrzymania. Można ukarać też kierownika budowy, bo to on odpowiada za te kwestie. Ostatnio miałem sytuację, że ziemia jest nawożona na działkę i droga wygląda makabrycznie. Kierowca nie chciał się wylegitymować. Wyjaśniłem, że zabrudził pan drogę i nie ma pan prawa tak robić, powinien pan posprzątać. Próbował na wszelkie sposoby uniknąć odpowiedzialności. Musiałem poprosić kolegów z Policji, żeby przyjechali. Ostatecznie skończyło się mandatem 500 zł za zabrudzenie i 300 zł za to, że nie chciał się wylegitymować. Te dodatkowe uprawnienia by się przydały, ale nie po to, żeby nakładać więcej mandatów, tylko żeby usprawnić naszą pracę. 

Machlojstwa przy śmieciach? „Na dzień dobry 5 tys. grzywny”

Ta lista obowiązków jest naprawdę długa. 

Są też bardziej prozaiczne rzeczy, jak sprawdzanie szczepienia piesków. Albo wspólne kontrole z Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami dotyczące stanu tych zwierząt. Niektórzy ludzie nie mają dobrego podejścia. Nie pamiętają, że zwierzęta też czują, że trzeba je nakarmić. Najpierw dajemy szansę, aby ktoś się poprawił. Jak nie pomaga to jest sprawa karna, wyrok i odebranie zwierzaka. Możemy też kontrolować wagi w sklepach. Albo rzeczy związane z covidem. 

Nasze zadania to też kwestie związane ze śmieciami. Możemy sprawdzać, czy ludzie je oddają. Mieliśmy doniesienia, że firma wykonująca usługi wywozu śmieci robi to w sposób niewłaściwy, odbiera odpady od przedsiębiorców – poza zleceniem. A mieszkańcy płacą za utylizację tego. Pojeździłem za nimi, wyłapałem tę sytuację. Dostali na dzień dobry 5 tys. grzywny i sytuacja zaczęła się poprawiać. To kolejny argument dla gminy, który pokazuje, że straż jest potrzebna. 

A czy pana argumenty działają na mieszkańców? 

Uważam, że zawsze trzeba mieszkańcom dać alternatywę. Jeżeli to jest, są rozmowy – to całe koło się zazębia i są efekty. Ludzie mówią – miał pan racje. Jesteśmy na ponownych kontrolach, ludzie proszą: niechże pan siądzie, chciałem porozmawiać. Jest sympatyczne podejście. Mieszkańcy przychodzą czasem i po prostu dziękują. Bo my jesteśmy od pomagania, a nie tylko od karania. Pewnie, że nie wszystko załatwimy. Ale czasami wystarczy udać się do kogoś, porozmawiać. I zamiast batalii sądowych i dużych kosztów – załatwiamy sprawę od ręki. Cieszą mnie takie rzeczy. Często wystarczy troszkę dobrej woli i budowanie relacji. Jeśli chcemy mieć czyste powietrze, czystą wodę i glebę – to musimy egzekwować przepisy. 

Czytaj także: Wrzucają do pieca gumiaki i plastikowe butelki [WYWIAD]

Zdjęcie: Przydomowe szklarnie są nadal ogrzewane kopciuchami – fot. Maciej Fijak

Podziel się: