Rząd w ostatnim czasie stara się walczyć z dezinformacją – m.in. na temat farm wiatrowych. Branża dostrzega ten problem, jednak nie on jest główną bolączką. Największe wyzwania, czyli trwające nawet 10 lat procedury administracyjne – pozostają nierozwiązane mimo zapowiedzi. I mimo tego, że nowe, szybko powstające źródła energii są w Polsce niezbędne.
Mało które zmiany przepisów dotyczących energetyki – które siłą rzeczy mają nieraz bardzo techniczny charakter – wywołują takie burze medialne i zainteresowanie, co ustawa wiatrakowa. Najpierw głośno było o zmianach wprowadzonych za rządów PiS. Na początku trwającej kadencji Sejmu kolejna zmiana dorobiła się miana “afery wiatrakowej”. Kolejna próba ich zmiany zakończyła się pierwszym wetem prezydenta Karola Nawrockiego.
To przeciwieństwo tego, czego od lat oczekuje branża wiatrowa – stabilności, przewidywalności prawa i uproszczeń procedur. Bez tego trudno będzie zrealizować scenariusze, które rząd sam sobie postawił.
– Według Eurostatu w 2025 roku w Polsce zbudowaliśmy elektrownie wiatrowe o mocy 256 megawatów. W całej Unii Europejskiej – ponad 15 tysięcy megawatów. To pokazuje, jak wygląda tempo rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce – komentuje Piotr Czopek, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW), pytany o sprawę przez SmogLab.
Wiatrakowy zastój
Wpływ zmian prawnych widać wyraźnie w statystykach budowy farm wiatrowych w Polsce. Do 2015 roku widzieliśmy dynamiczny rozwój wiatraków na lądzie – który został ostro zatrzymany zmianą prawa wprowadzoną za rządów PiS.
Minimalny dystans wiatraków od zabudowań mieszkalnych zwiększono z 500 m do 10-krotności wysokości turbin, czyli czasem 1500-2000 metrów. Po kilkuletnim zastoju budowa i przyłączenia ponownie ruszyły tam, gdzie było to możliwe, lub gdzie istniały pozwolenia sprzed zmiany przepisów.

Z pozoru może wydawać się, że sytuacja się poprawiła – jednak powody do niepokoju widać, gdy spojrzymy na to, ile wiatraków jest przyłączanych do sieci każdego roku. W latach 2022-2023 oddawano ponad 1000 MW mocy wiatrowych rocznie, jednak przez ostatnie dwa lata ta wartość spada.
– Powody takiego stanu rzeczy narastały przez ostatnie 10 lat: wyzwania administracyjne, regulacje, narracje zniechęcające do energetyki wiatrowej. Tymczasem jest ona nam potrzebna. Prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski mówi, że Polska potrzebuje trzy razy więcej energetyki wiatrowej w ciągu najbliższych 10 lat – wskazuje Piotr Czopek z PSEW.

W najnowszej wersji projektu Krajowego Planu dla Energii i Klimatu (KPEiK) do 2030 roku rząd zakłada, że będziemy wtedy mieli między 15,8 a 16,5 GW mocy wiatrowych na lądzie. Według najnowszych danych dziś moc zainstalowana wiatraków to 11,2 GW. Nawet wypełnienie konserwatywnego scenariusza wymagałoby oddawania około jednego gigawata nowych mocy wiatrowych rocznie – ponad dwa razy tyle, ile przyłączono w 2025 roku.
Zdaniem wiceprezesa PSEW w obecnym otoczeniu regulacyjnym prognozy z KPEiK na rok 2030 są nie do spełnienia. – Nie znaczy to, że to fizycznie lub technicznie niemożliwe, aby zbudować tyle wiatraków w pięć lat. Pokazał to przykład Niemiec, gdzie w obliczu wojny i kryzysu udało się skrócić procedury do 1-2 lat. U nas to 5-7 lat w najlepszym wypadku, a często aż 10 lat – podkreśla.
– Przez wszystkie rodzaje barier administracyjnych wciąż mamy bardzo mało terenów pod inwestycje. Nie chodzi tylko o odległość od zabudowań, bo dla budowanych dziś dużych turbin minimalna odległość 700 m jest odpowiednia z uwagi na ich oddziaływanie. Ale są bariery środowiskowe, wojskowe, planistyczne – dodaje.
Nowy pomysł po wecie Nawrockiego. Chodzi o „repowering”
Jak rząd zamierza poradzić sobie z tym, że tempo rozwoju lądowej energetyki wiatrowej jest niewystarczające?
– Najlepszym rozwiązaniem byłoby przyjęcie i podpisanie przez prezydenta przygotowanej przez nas ustawy. Tam znalazły się kompleksowe rozwiązania – powiedziała na konferencji prasowej ministerka klimatu Paulina Hennig-Kloska odpowiadając na pytania zadane przez SmogLab.
Nic jednak nie wskazuje, aby Karol Nawrocki miał zmienić swoją opinię na temat zawetowanych przepisów. Dlatego rząd chce na inne sposoby wprowadzać te zmiany, które budzą mniej kontrowersji niż skrócenie minimalnej odległości wiatraków od zabudowań z 700 do 500 metrów – co prezydent podawał jako jeden z głównych powodów zawetowania ustawy.
Pod koniec maja (26.05.2026) rząd przyjął rozporządzenie, które ma umożliwić tak zwany repowering lądowych farm wiatrowych, czyli wymianę starych, wysłużonych wiatraków na nowe, produkujące więcej energii. W teorii ma to być prostsze, a potencjalnie także tańsze od budowy farmy w zupełnie nowym miejscu. Jednak w praktyce niekoniecznie da się łatwo “wymienić” wiatraki – wciąż konieczne może być położenie nowych fundamentów, kabli i innych elementów farmy. Tym, co może być dla inwestorów atrakcyjne, są już istniejące relacje z lokalną społecznością oraz ułatwienie procesu uzyskiwania niezbędnych zgód i pozwoleń. To drugie ma zapewnić przyjęte rozporządzenie.
Jak informuje resort, dzięki zmianie rozporządzenia modernizacja istniejących elektrowni wiatrowych może być realizowana bez konieczności uzyskania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Jest to jednak obwarowane określonymi warunkami – m.in. moc farmy nie może być zwiększona o więcej niż 30 proc. i nie może wynieść więcej niż 100 MW. Przebudowa farmy musi wypełniać też inne obowiązujące przepisy.
Paulina Hennig-Kloska: nowe wiatraki bardziej wydajne i cichsze
Jaka będzie skala takich działań? – Szacujemy, że wiatraków, które będą się nadawały do modernizacji na podstawie tego rozporządzenia mamy około 1000 MW – mówiła na konferencji ministerka Hennig-Kloska. Przy założeniu wzrostu mocy o maksymalnie 30 proc. dałoby to dodatkowe 300 MW mocy w elektrowniach wiatrowych. Jednak ministerka przekonywała, że produkcja prądu może wzrosnąć bardziej, bo nowe wiatraki są bardziej wydajne, a do tego cichsze – zwiększając komfort ludzi mieszkających w okolicy.
Zdaniem ministerstwa dzięki nowemu rozporządzeniu procedura modernizacji (repoweringu) farm wiatrowych skróci się o około połowę. Branża docenia nowe przepisy, ale nie widzi w nich czegoś, co diametralnie zmieni sytuację energetyki wiatrowej.
Kolejne zmiany, które mają przyspieszyć rozwój wiatraków na lądzie, rząd chce wprowadzić już na mocy ustaw. Branża czeka przede wszystkim na usprawnienia procedur, bo jednym z największych problemów jest dziś to, że cały proces inwestycyjny farmy wiatrowej na lądzie może rozciągać się na 7-10 lat.
Jak mówiła na konferencji prasowej ministerka Paulina Hennig-Kloska, jedną ze zmian w przygotowanych projektach ustaw jest możliwość prowadzenia równolegle – a nie jedno po drugim – procedur środowiskowych i administracyjnych. To miałoby istotnie skrócić czas potrzebny na wypełnienie formalności niezbędnych do budowy – a zmiana dotyczyłaby nie tylko farm wiatrowych, ale też innych instalacji OZE, w tym biogazowni.
– Rząd proponuje zmiany ustawowe, ale one nie realizują wszystkiego, co widzimy jako konieczne do przyspieszenia inwestycji. Trzeba jednak podkreślić, że nie zawsze potrzebne są zmiany legislacyjne. Wiele dałoby się zrobić po stronie administracyjnej – wskazuje Piotr Czopek. Przykład? – Dziś opłata za wydanie decyzji środowiskowej to około 200 zł – nawet kiedy chodzi o inwestycje warte setki milionów. Inwestorzy chętnie zapłacą więcej, jeśli dzięki temu urzędy zatrudnią więcej ludzi, proces będzie biegł szybciej – mówi.
Według branżowego raportu, opublikowanego w tym roku przez PSEW i fundację Wind Industry Hub, przyspieszenie rozwoju energetyki wiatrowej ma przynieść szerokie korzyści dla gospodarki. Rynek lądowej energetyki wiatrowej w Polsce do 2040 roku może być wart 214 miliardów złotych. Opisana w raporcie strategia rozwoju przemysłu lądowych farm wiatrowych ma na celu doprowadzenie do tego, aby udział polskich firm w łańcuchu dostaw farm wiatrowych był jak największy. Już w tej chwili krajowe przedsiębiorstwa odpowiadają za zdecydowaną większość w obszarach budownictwa, infrastruktury oraz serwisu farm – ale tylko około 25 proc. w sektorze technologii turbin wiatrowych.
Upolitycznione wiatraki
Ustawa wiatrakowa budziła duże emocje właściwie od samego początku tej kadencji Sejmu – i już wtedy przysporzyła kłopotów ministerce klimatu Paulinie Hennig-Klosce. A polaryzacja wokół tematu wiatraków sięga jeszcze dalej. Wszędzie – od debat sejmowych po media społecznościowe – można trafić na mity i dezinformację wokół farm wiatrowych.
A to wciąż namiastka tego, jak mocno polityka – a konkretnie jeden polityk – uderza w branże w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump prowadzi otwartą wojnę z energetyką wiatrową, szczególnie morską. Chodzi nie tylko o utrudnianie kolejnych inwestycji, ale nawet zatrzymywanie tych, które już się toczyły. Biały Dom posuwa się do tego, by płacić setki milionów dolarów za to, żeby firmy… nie realizowały swoich projektów.
Jednak sytuacja energetyki wiatrowej po tej stronie Atlantyku może się pogorszyć, bo – jak informuje Politico – w Europie coraz bardziej rozprzestrzenia się znana z USA dezinformacja na temat wiatraków. Według opisywanego przez portal raportu, narastająca dezinformacja – często powielająca znane mity o zagrożeniach dla ptaków czy niestabilności energii z wiatraków – ma realne przełożenie na inwestycje. Kampanie dezinformacyjne nieraz dotyczą wybranych aspektów konkretnych projektów i generują sprzeciw lokalnych społeczności przeciwko inwestycjom.
Raport nie wskazuje na konkretne źródła dezinformacji i nie wymienia ani Rosji, ani USA. Ale – jak czytamy – antywiatrakowe treści i konta często pokrywają się z innymi narracjami: skrajnie prawicowymi, atakującymi Unię Europejską.
– Dezinformacja jest dużym problemem – nie tylko u nas, bo widać to w całej Europie i poza nią – przyznaje wiceprezes PSEW. Według jego obserwacji w rządzie jest świadomość, że energetyka wiatrowa jest na froncie wojny informacyjnej. Zajmują się tym specjalne zespoły, a PSEW też bierze w tych pracach udział. – Poza tym działamy na poziomie lokalnym – spotykając się w gminach, rozmawiając z samorządowcami, pokazujemy fakty – wymienia Czopek.
Wiatr od morza
Pomiędzy atakami politycznymi, problemami z rosnącymi kosztami i łańcuchami dostaw, morska energetyka wiatrowa przechodzi przez wyjątkowo trudny okres. Ale Polska jest w tym wyjątkiem – bo na Bałtyku właśnie powstają pierwsze farmy wiatrowe, a budowa kolejnych jest już w planach.
– Dobrze widzieć, że w morskiej energetyce wiatrowej dużo się dzieje. Pierwsza farma, Baltic Power, ma produkować energię już w trzecim kwartale tego roku, w przyszłym roku ruszą dwie kolejne – ocenia Piotr Czopek.
Uruchomienie budowanych obecnie farm w 2026 i 2027 roku będzie miał duże znaczenie dla systemu energetycznego. W 2027 roku działać powinny już ponad 3 gigawaty mocy morskich farm wiatrowych, a w 2028 – 4,5 gigawata, co odpowiadałoby około 10 proc. obecnej całkowitej produkcji energii elektrycznej. Dla porównania wszystkie istniejące dziś lądowe farmy wiatrowe odpowiadają za około 14 proc. produkcji prądu.
Wiatraki na morzu budzą mniej kontrowersji od tych lądowych – jednak powracającym pytaniem jest koszt ich budowy i cena prądu, który będą produkować. W grudniu ubiegłego roku Urząd Regulacji Energetyki rozstrzygnął pierwszą aukcję w historii polskiego rynku morskiej energetyki wiatrowej – i cena za energię elektryczną zwycięskich ofert to między 476 zł/MWh a 492 zł/MWh.
Wraz z drożejącą produkcją turbin i innych elementów – ta cena może rosnąć w przypadku kolejnych farm na Bałtyku. To sporo więcej niż prąd z lądowych farm wiatrowych (których budowa z oczywistych powodów jest łatwiejsza, a więc i tańsza). Jednak zapewne kwoty będą podobne lub niższe od ceny prądu z elektrowni atomowej (i to przy optymistycznych założeniach co do kosztów i czasu jej budowy).
Wiceprezes PSEW przyznaje, że farmy wiatrowe na morzu są droższe od tych lądowych – ale “to m.in. efekt tego, że w ich przypadku deweloper buduje całą sieć przesyłową”. – A i tak cena prądu z morskich wiatraków jest porównywalna do węgla lub gazu i tańsza od elektrowni jądrowych – dodaje.
– Ceny na rynku energii są kształtowane przez najdroższe źródła – dziś to węgiel i gaz. W przyszłości wzrost udziału OZE, w tym morskich wiatraków, będzie powodować spadek cen energii na rynku – podsumowuje.
–
Zdjęcie tytułowe: shutterstock/Tomasz Wozniak



