Czy grozi nam apokalipsa klimatyczna? [KOMENTARZ]

508
0
Podziel się:
mad max apokalipsa

Film „Nie patrz w górę” jest powszechnie traktowany jako metafora katastrofy klimatycznej. Pojawiają się jednak głosy, że porównywanie zmiany klimatu do zagrożenia uderzeniem komety jest niewłaściwe. Bo nawet jeśli globalne ocieplenie jest poważnym problemem, to „apokalipsy nie będzie” – nie grozi nam żaden „klimatyczny koniec świata”. A jak jest naprawdę?

Zapewne słyszeli Państwo o wyprodukowanym dla Netflixa „Nie patrz w górę” („Don’t look up”) w reżyserii Adama McKaya.

Film opowiada o dwójce astronomów, próbujących ostrzec świat przed kometą, która w ciągu kilku miesięcy uderzy w Ziemię i spowoduje apokaliptycznych rozmiarów katastrofę.

Bardzo wiele osób widzi w tej czarnej komedii metaforę współczesnych problemów: pandemii COVID 19, ale przede wszystkim katastrofy klimatycznej. Drugą interpretację potwierdzają twórcy filmu, a także odtwórca jednej z głównych ról – Leonardo DiCaprio, od lat mówiący głośno o problemie globalnego ocieplenia.

Interpretowanie „Don’t look up” jako opowieści o zagrożeniu zmianą klimatu nie wszystkim się jednak spodobało.

Bohaterowie filmu „Nie patrz w górę” próbujący przekonać prowadzących popularny program o nadciągającej katastrofie, fot. Kadr z filmu

Filozof uspokaja: „Apokalipsy nie będzie”

Nie spodobało się na przykład dziennikarzowi radia TOK FM, filozofowi i eseiście Tomaszowi Stawiszyńskiemu. W audycji „Kwadrans Filozofa” z 28 grudnia 2021 Stawiszyński mówi m. in. że jako metafory katastrofy klimatycznej filmu nie da się obronić „z dwóch zasadniczych powodów”:

„Przede wszystkim dlatego, że jak głosi tytuł znakomitej książki Michaela Shellenbergera (… ) apokalipsy nie będzie! Po prostu. Nie czeka nas żaden punktowy, wielki, spektakularny koniec. Przeciwnie, zmiany klimatu to proces stopniowy, rozciągnięty w czasie, przebiegający na wielu poziomach jednocześnie, i prowadzący do szeregu równoległych przeobrażeń, spośród których tylko część jesteśmy w stanie przewidzieć.”

Książka Shellebergera

Stawiszyński odwołuje się tu do „Apokalipsy Nie Będzie! Dlaczego klimatyczny alarmizm szkodzi nam wszystkim” („Apocalypse Never: Why Environmental Alarmism Hurts Us All”), której polskie tłumaczenie ukazało się w październiku zeszłego roku.

Ta książka zasługuje na szersze omówienie i komentarz, na osobny tekst. I bynajmniej nie dlatego, że jest „znakomita”, jak twierdzi Stawiszyński. Wręcz przeciwnie.

Ze względu na rosnąc popularność i wpływ „Apokalipsy Nie Będzie!”, postaramy się jak najszybciej napisać o niej na SmogLabie ciut więcej.

W tym momencie mogę polecić Państwu recenzję autorstwa Petera Gleicka, o wiele mówiącym tytule „Bad science and bad arguments abound in ‘Apocalypse Never’ by Michael Shellenberger”. Lub odesłać do artykułu, który ukazał się na portalu „Nauka o klimacie”.

Czy „klimatyczna apokalipsa” na pewno nam nie grozi?

Zostawmy jednak na razie Shellebergera w spokoju. Ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, czy faktycznie zmiana klimatu na pewno nie doprowadzi do „klimatycznej apokalipsy ”?

Czy też – wbrew uspokajającym stwierdzeniom Stawiszyńskiego i innych – zmiany klimatyczne, podobnie jak uderzenie komety, mogą jednak zagrozić istnieniu naszej cywilizacji, a nawet gatunku?

Niestety, wiele wskazuje na to, że takie ryzyko nie tylko istnieje, ale jest na tyle duże, by potraktować je bardzo poważnie.

Stopniowy” nie oznacza „niegroźny”

I nie ma większego znaczenia, że to co nam grozi nie będzie tak nagłe jak uderzenie komety.

Stopniowy proces też może przecież doprowadzić do katastrofalnych następstw. Choćby tak jak w popularnym przykładzie z żywą żabą wrzuconą do postawionego na „małym ogniu” garnka z początkowo chłodną wodą. Podobnie, skutki trwającej kilka miesięcy czy lat choroby mogą być dla kogoś równie tragiczne co konsekwencje nagłego wypadku.

Nawet więc jeśli byłoby prawdą że „zmiany klimatu to proces stopniowy, rozciągnięty w czasie” to i tak nie powinniśmy czuć się uspokojeni.

W rzeczywistości jednak globalne ocieplenie postępuje błyskawicznie nie tylko w skali geologicznej. Jest to proces szybki nawet w skali ludzkiego życia. Na przykład, klimat Polski zauważalnie zmienił się za życia większości z nas – średnia temperatura w naszym kraju wzrosła o prawie 3°C w ciągu ostatnich 40 lat.

(Lądy ocieplają się szybciej niż oceany. Dlatego wzrost średniej temperatury dla terytorium Polski jest na razie znacznie wyższy niż w przypadku całej Ziemi. Poza tym nasz kraj leży też w zasięgu oddziaływania arktycznych mas powietrza, które są coraz mniej zimne.)

Cieplarniana Ziemia i zagłada biosfery

Jeśli zmiana klimatu będzie dalej postępować w tak szybkim tempie, to Ziemia wkrótce stanie się miejscem zupełnie innym niż dziś. Przede wszystkim, o wiele, wiele gorętszym: może średnio o dziesięć, a może nawet o kilkanaście stopni Celsjusza cieplejszym niż obecnie. Dlatego naukowcy nazwali ten póki co hipotetyczny stan naszej Planety „Cieplarnianą Ziemią”.

Wbrew pozorom, kilkanaście stopni to bardzo dużo – mówimy przecież o wzroście średniej temperatury całej planety. Dziś wciąż walczymy, by średnia temperatura Ziemi nie podniosła się o więcej niż o 2°C. W przeciwnym wypadku, jak ostrzegają klimatolodzy, czekają nas bardzo poważne problemy.

Wzrost średniej temperatury globu o 10-14°C oznaczałby, że w każdym miejscu na Ziemi byłoby o wiele za ciepło dla większości zwierząt i roślin, które żyją tam obecnie. Jeśli ten scenariusz się zrealizuje, nastąpi degradacja biosfery, która nie zdąży przystosować się do tak szybkiej i drastycznej zmiany warunków.

Zbyt gorąco, by przeżyć

W takim przyszłym ekstremalnym klimacie w wielu miejscach na Ziemi w byłoby też zbyt gorąco i wilgotno, by przeżyć mogli ludzie. Jeśli wartość kombinacji temperatury i wilgotności, nazywanej „temperaturą mokrego termometru” jest zbyt wysoka, pozbycie się nadmiaru ciepła z organizmu przez parowanie staje się niemożliwe.

Czytaj także: Fala upałów: po raz pierwszy w tym roku temperatura przekroczyła 50 stopni

Człowiek (tak jak i inne zwierzęta stałocieplne) nie jest wtedy w stanie przeżyć na zewnątrz dłużej niż kilka godzin – jedynym ratunkiem jest klimatyzowane pomieszczenie. Nic nam nie pomoże wentylator, mokra szmata na głowie, wachlowanie się czy polewanie wodą.

To, jaka część Ziemi będzie się nadawała do życia, jeśli jej średnia temperatura wzrośnie o 10 stopni mogą zobaczyć Państwo na mapie:

Ilustracja 5.6.5. z książki „Nauka o Klimacie”: Najwyższe temperatury wilgotnego termometru w świecie cieplejszym o 10°C. Regiony o temperaturze przekraczającej 35°C to tereny fizycznie niezdatne do życia ssaków. Źródło oryginalne: Sherwood, S. C., & Huber, M. (2010). An adaptability limit to climate change due to heat stress. Proceedings of the National Academy of Sciences, 107(21), 9552-9555.

Jeśli ocieplenie naszej Planety przekroczy 10°C stopni, terenów zdatnych do zamieszkania będzie oczywiście odpowiednio mniej.

Apokalipsa czy jedynie katastrofa?

Zostanie więc życie na ułamku obecnej powierzchni lądów, w skrajnym przypadku tylko w strefie w pobliżu biegunów. A jeśli nie tam, to wyłącznie w klimatyzowanych budynkach. Niepokojąco przypomina to opowieści o kolonizacji obcej, niezbyt gościnnej planety, prawda?

Jeśli zmiana klimatu będzie zbyt wielka, na Ziemi najprawdopodobniej będzie mogło mieszkać dużo mniej ludzi niż obecnie. O ile w ogóle nasza cywilizacja i gatunek będą w stanie przetrwać.

Pozostawiam Państwa ocenie to, czy naszkicowany wyżej scenariusz zasługuje na miano apokalipsy czy też „tylko” katastrofy klimatycznej.

Sprzężenia zwrotne i destabilizacja klimatu

Ale jak niby miało by dojść do tego, że Ziemia zamieni się w takie gorące piekło? Przecież na razie średnia temperatury naszej Planety wzrosła o jakieś 1.2°C, a wszystkie kraje deklarują że zmniejszą swoje emisje gazów cieplarnianych. Fakt, słowa i czyny nie zawsze idą w parze, ale i tak nawet jeśli się nie uda zatrzymać wzrostu ocieplenia na dwóch, to pewnie uda się na trzech albo na czterech stopniach, prawda?

Jeśli tak, to ocieplenie o 10 lub więcej stopni albo więcej chyba nam nie grozi? Jasne, powie ktoś, źle to wszystko wygląda, ale na pewno nie aż tak źle jak w naszkicowanym wyżej apokaliptycznym obrazku.

Problem w tym, że przejście naszej Planety do stanu „Cieplarnianej Ziemi” jest możliwe nawet wtedy, jeśli będziemy systematycznie i skutecznie zmniejszać nasze emisje gazów cieplarnianych. Wystarczy, że będziemy robić to zbyt wolno.

Wszystko zależy od tego, ile dodatnich sprzężeń zwrotnych w ziemskim systemie klimatycznym uda nam się jeszcze po drodze „rozkręcić”, i w jakim stopniu.

Co to jest „dodatnie sprzężenie zwrotne?” Najlepiej wyjaśnić na przykładach.

Lód i śnieg a albedo Ziemi

Lód i śnieg odbijają promieniowanie słoneczne silniej (klimatolog powie, że mają większe albedo) niż otwarty ocean albo ląd pozbawiony lodu i śniegu. Ale im cieplej, tym mniej lodu i śniegu. I tym więcej promieniowania zamiast być odbite z powrotem w przestrzeń kosmiczną zostaje pochłonięte przez wolne od lodu morze albo przez ląd bez pokrywy śnieżnej.

A skoro powierzchnia Ziemi pochłania więcej energii, to bardziej się nagrzewa, więc tym szybciej topi się pozostały jeszcze lód i śnieg, coraz ciemniejsza (średnio) staje się powierzchnia,więc coraz więcej energii jest pochłaniane przez naszą Planetę, i tak dalej.

Topniejąca zmarzlina

Inny przykład: im cieplej, tym więcej dwutlenku węgla (CO2) i metanu (CH4) uwalnia się z topniejącej wieloletniej zmarzliny (jeszcze niedawno nazywanej „wieczną zmarzliną”).

A przecież CO2 i CH4 to dwa najważniejsze gazy cieplarniane. I im więcej ich w atmosferze, tym szybciej ogrzewa się nasza Planeta. I tym szybciej topi się zmarzlina, i tym więcej gazów uwalnia.

Czytaj także: Naukowcy alarmują: stężenie metanu w atmosferze rośnie niepokojąco szybko

Zła informacja jest taka, że gleby Arktyki zwierają bardzo dużo węgla (pierwiastka) – nawet 1600 miliardów ton. Nawet jeśli mały ułamka z tego ogromnego zapasu węgla uwolni się do atmosfery (właśnie jako dwutlenek węgla i metan), skutki będą katastrofalne.

Co gorsza, średnia temperatura w Arktyce rośnie szybciej niż w innych częściach Świata – między innymi z powodu szybkiej utraty lodu morskiego.

Naturalne emisje metanu rosną zresztą nie tylko za kołem podbiegunowym. Ze względu na ocieplenie klimatu coraz więcej tego gazu wydobywa się choćby z tropikalnych mokradeł położonych w pobliżu równika.

Zagłada lasów deszczowych

W cieplejszym i lokalnie bardziej suchym klimacie możemy się spodziewać zmiany lasów Amazonii w coś w rodzaju sawanny. Ten nowy ekosystem będzie miał dużo mniejszą zdolność do wiązania i magazynowania węgla niż las tropikalny.

Czytaj także: Lovejoy i Nobre: Amazonia jest bliska punktu krytycznego, po którym zacznie obumierać

A co się stanie drzewami, które rosną tam obecnie? Zbutwieją, rozłożą się, albo strawią je pożary, szybko uwalniając do atmosfery potężne ilości dwutlenku węgla i innych substancji przyspieszających globalne ocieplenie.

Czytaj także: Amazonia emituje więcej CO2 niż pochłania – potwierdza badanie. Winna deforestacja i zmiana klimatu

Naukowcy nie od dziś ostrzegają, że Amazonia jest już niestety blisko tego „punktu krytycznego”, po przekroczeniu którego zmieni się w zupełnie inny ekosystem.

Podobny los może spotkać syberyjską tajgę, której grozi zastępowanie przez stepy. A zanim to nastąpi, grozi jej ogień. Rekordowe pożary tajgi obserwujemy już zresztą od kilku lat.

Czytaj także: Arktyka płonie [Zdjęcia satelitarne]

amazonia wycinka
Wycięty las Amazonii, fot. Che Media

Sprzężeń zwrotnych jest więcej

Dodatnich sprzężeń zwrotnych jest niestety na naszej planecie znacznie więcej niż te wymienione wyżej. Dla każdego z nich każdego naukowcy są w stanie z grubsza oszacować przy jakim wzroście średniej globalnej temperatury (w porównaniu z czasami sprzed rewolucji przemysłowej) możemy spodziewać się jego aktywacji.

Dla jednych jest to 5°C, dla innych 3°C, a dla jeszcze innych ok. 1°C. I faktycznie, niektóre obserwujemy już dziś, kiedy średnia temperatura planety podniosła się o nieco ponad 1°C.

Jednak z czasem te wszystkie procesy i zjawiska mogą bardzo przybrać na sile. Raz uruchomione, będą napędzać się już dalej same, i jedne drugie nawzajem – mamy tu do czynienia z tzw. efektem domina. Właśnie dlatego, w pewnym momencie może być już za późno, by zatrzymać zmiany klimatyczne – nawet jeśli całkiem przestalibyśmy emitować gazy cieplarniane.

Lekcja z przeszłości Ziemi

Już dziś sytuacja jest bardzo poważna. Tak wysokiego stężenia tła CO2 w atmosferze jak dziś (420 ppm, czyli części na milion) nie było na Ziemi od ok. 4 milionów lat.

(Chodzi o stężenie tego gazu mierzone daleko od lokalnych źródeł emisji. W miastach stężenie CO2 bywa już dziś dużo wyższe niż 420 ppm.)

Czytaj także: Duszno, coraz duszniej. Rosnące stężenie dwutlenku węgla w atmosferze zagraża naszej sprawności intelektualnej

Co gorsza, szybko zmierzamy w stronę sytuacji, jakiej nie było na Ziemi od 50 milionów lat, kiedy poziomu dwutlenku węgla w atmosferze wynosił ok. 1000 ppm, a średnia temperatura globu była o … 14 stopni wyższa niż dziś. Do niedawna nie było jasne, dlaczego aż o tyle wyższa.

Brakującym elementem układanki okazało się niedawno odkryte (lub może: przewidziane) sprzężenie zwrotne związane z morskimi chmurami. Okazuje się, że gdy stężenie CO2 w atmosferze przekroczy 1200-1600 ppm, to:

„ … chmury kłębiasto-warstwowe występujące nad morzem (ang. marine stratocumulus) mogą przestać tworzyć rozległe, trwałe płaty, które dziś obejmują ok. 6,5% powierzchni globu. To z kolei może doprowadzić do dalszego wzrostu średniej temperatury powierzchni Ziemi – nawet o kolejne 8°C.”

(Więcej w artykule „Morskie chmury: nowo odkryte sprzężenie zwrotne destabilizujące klimat cieplarnianej Ziemi”, z którego pochodzi powyższy cytat.)

Destabilizacja klimatu

Przez wpompowanie do atmosfery gazów cieplarnianych sprawiliśmy, że dotychczasowy klimat nie jest już stabilny. Pytanie, jaki będzie jego nowy stabilny stan. Czy będzie to Cieplarniana Ziemia czy coś nieco mniej ekstremalnego?

I czy aby przetrwać, nie będziemy musieli sami „na siłę” zadbać o stabilność klimatu, podtrzymując ją za pomocą geoinżynierii – na przykład poprzez rozpylanie w atmosferze aerozoli, zwiększających albedo Ziemi? A także – co powinniśmy robić już dziś – przez usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery.

Kiedy osiągniemy „punkt bez powrotu”?

Kluczowym pytaniem jest, kiedy globalne ocieplenie „rozkręci się” tak bardzo, że będzie już dalej napędzać się samo, bez względu na nasze emisje? Gdzie znajduje się „punkt bez powrotu” – próg przejścia do stanu „Cieplarnianej Ziemi”?

Tego dokładnie nie wiadomo, ale jest prawdopodobne, że już gdzieś w okolicy globalnego ocieplenia o 1,5-2°C. Czyli zaraz. Prognozy sprzed kilku lat mówiły że przekroczenie progu ocieplenia o 1.5°C (względem epoki przedprzemysłowej) może nastąpić już około 2030, a progu 2°C – do roku 2045. Ale nie jest wykluczone, że nastąpi to jeszcze szybciej.

Czasu na skuteczne działania zostało nam więc bardzo niewiele.

Nie czeka nas żaden punktowy, wielki, spektakularny koniec”

Co się stanie, gdy ocieplenie przekroczy tą krytyczną wartość? Stawiszyński tu akurat ma rację – początkowo nie stanie się nic spektakularnego. Będzie tak, jak w pewnym bardzo obrazowym przykładzie.

Wyobraźcie sobie, że płyniemy w jakimś czółnie czy kajaku dużą, szeroką rzeką, a przed nami znajduje wielki wodospad. Słyszymy go coraz głośniej, ale wciąż jeszcze mamy czas by wiosłować do brzegu i ocalić życie. Jeśli jednak będziemy zwlekać za długo, przekroczymy „punkt bez powrotu”, i już nie uratuje nas nawet najszybsza praca wiosłami na jaką nas stać.

Nie wiemy gdzie dokładnie znajduje się ten „punkt bez powrotu”. To zresztą zależy od tego, jak szybko jesteśmy w stanie wiosłować. Wiemy jednak, że gdzieś jest, a nawet mniej więcej gdzie. Mijając go, nie zauważymy nic niezwykłego. Po prostu wodospad będzie huczał coraz głośniej i głośniej.

Prawdziwą katastrofą jest oczywiście upadek w wodospad.

Panikowanie niczemu dobremu nie służy

Można zgodzić się ze Stawiszyńskim i Shellenbergerem, że budowanie apokaliptycznej atmosfery i panikowanie nie jest najlepszy pomysłem. I że często bywa kontr-produktywne.

Złe jest także straszenie ludzi czymś, co wiąże się z relatywnie bardzo niewielkim ryzykiem i zagrożeniem. Na przykład energetyką jądrową, szczepieniami czy też żywnością produkowaną przy użyciu genetycznie modyfikowanych zwierząt lub roślin.

(Niestety, wiele osób i organizacji zajmujących się środowiskiem wciąż rozsiewa i podsyca lęk przed „atomem” i GMO. Na szczęście istnieją też rozsądni, racjonalni i przyzwoici eko-aktywiści, którzy tego nie robią.)

Jednak jeśli chodzi o klimat, to zagrożenie jest bardzo realne, a sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy – bardzo niepokojąca. Wszystko wskazuje też na to, że z czasem będzie tylko gorzej. Znacznie gorzej.

Bagatelizowanie zagrożenia też nie

W przypadku zmian klimatycznych ryzyko zrealizowania się najgorszego scenariusza jest zbyt duże, by je ignorować, a budowanie fałszywego poczucia bezpieczeństwa jest tu wyjątkowo szkodliwe. Dużo bardziej szkodliwe niż straszenie mało istotnymi problemami.

Nauka dostarcza nam rosnącej liczby dowodów, a przynajmniej bardzo silnych sugestii, że – podobnie jak uderzenie komety lub wojna jądrowa – zmiana klimatu może być zagrożeniem dla naszego istnienia. A nawet jeśli nie wymaże nas z powierzchni Ziemi, to spowoduje ogromne, nieodwracalne szkody, zamieniając naszą Planetę w prawdziwe piekło.

Oczywiście, nie jest wcale pewne, że rzeczywistość okaże się aż tak ponura. Na szczęście. Wciąż wiele zależy bowiem od tego, co jako ludzkość zrobimy w najbliższych latach. Niestety, nasza sytuacja nie wygląda zbyt dobrze, a czasu na działania mamy coraz mniej.

Źródło zdjęcia: Shutterstock/Winston Springwater

Podziel się: