Czy koszenie ma sens? „Daliśmy się wkręcić, że trawnik musi być wymuskany”

Podziel się:

Kosiarki po większym deszczu wracają na trawniki niektórych miast. Wcześniej wiele z nich deklarowało, że czasowo zrezygnuje z koszenia. Miało to pomóc w walce z suszą. Czy nie lepiej zupełnie zrezygnować z przycinania miejskiej trawy? Zapytaliśmy o to specjalistkę Agnieszkę Nowak z Fundacji Łąka.

Zatrzymanie kosiarek według włodarzy wielu miast może nas uchronić przed suszą. Koszenie powróciło do niektórych z aglomeracji po zaledwie kilkudniowej przerwie. Tak było między innymi w Krakowie. Tamtejszy Zarząd Zieleni Miejskiej uspokajał, że nie ma mowy o cięciu trawy przy ziemi. Pracownicy utrzymania zieleni wrócili już między innymi na przydrożne zieleńce i place zabaw. Powrót do koszenia zapowiada też Warszawa. Władze miasta wrócą do tej metody dbania o zieleń, gdy spadnie więcej deszczu. Innym sposobem na zatrzymanie wody w gruncie jest wysianie łąki, która koszenia wymaga zaledwie raz do roku. O to, jak i czy kosić miejskie i domowe trawniki zapytaliśmy Agnieszkę Nowak z Fundacji Łąka, organizacji zajmującej się zrównoważonym dbaniem o zieleń.


Wiele miast zapowiada, że przynajmniej czasowo rezygnuje z koszenia. To dobre decyzje, czy tylko PR?

Kierunek jest bardzo dobry. Koszenie to czyste marnotrawstwo. „Wimbledony”, czyli wymuskane trawniczki, to tylko dążenie za modą przywiezioną zza oceanu, która tam trafiła z Wielkiej Brytanii. Daliśmy się wszyscy wkręcić w to, że tak to ma wyglądać.

Niektóre miasta rezygnują z koszenia tylko na jakiś czas albo tylko w niektórych miejscach. Czy nie powinny zupełnie zatrzymać kosiarek?

Z tym jest różnie, tak samo, jak różne są potrzeby mieszkańców miast. Nie można prowadzić jednokierunkowej polityki. W zeszłym roku kosiliśmy krótko, a teraz w stu procentach z tego rezygnujemy? Takie popadanie ze skrajności w skrajność też ma swoje konsekwencje, które trzeba przewidzieć. To, że w większości miejsc ograniczymy przycinanie trawy do minimum, nie oznacza automatycznie, że musimy wszędzie zrezygnować z zabiegów intensywnych: nasadzeń krzewów, drzew czy wysiewów łąk kwietnych.

Koszenie ważne dla alergików, łąka dobra na smog i suszę

Rezygnacji z koszenia sprzeciwiają się alergicy. Czy da się pogodzić ich potrzeby z rozwojem roślinności?

Jest coś pośrodku. Można stosować mądrą politykę koszenia, nie przesadzać w żadnym kierunku. Alergików i astmatyków w Polsce jest przecież około 8 milionów. Wynika tak z danych Wojskowego Instytutu Medycznego. Dziś mamy sytuację, w której długo nie padało, a potem nagle zaczęło być bardziej mokro. Przez to wiele roślin zakwitnie w tym samym czasie. Dla alergików i astmatyków nagłe, bardzo wysokie stężenie pyłków traw w powietrzu może być bezpośrednim zagrożeniem życia. To zagrożenie dla układu oddechowego podobne do smogu, z powodu którego przecież umiera wiele osób. Bezwzględny zakaz koszenia byłby nieodpowiedzialny przy tej skali problemu. Jeśli spadł deszcz i popada jeszcze jakiś czas, to i trawa się odrodzi, i dla licznych mieszkańców bezpieczniej będzie, jeśli ją w odpowiedniej chwili skosimy – na sporą wysokość, np. 10 cm – aby nie dopuścić do jej kwitnienia.

Co decyduje o popularności łąk kwietnych w miastach? Tylko to, że dobrze wyglądają?

W ciągu kilku ostatnich lat wiele osób przekonało się do tej formy utrzymana zieleni. Głównie dlatego, że wygląda spektakularnie, ale ma też wiele zalet. Rośliny dwuliścienne, wykorzystywane w łąkach kwietnych, mają wiele przewag nad trawami. To są zwykłe prawa fizyki. Jeśli roślina ma szorstkie, lepkie liście, jest bardziej rozłożysta, to lepiej wyłapuje pyły, powstrzymuje parowanie, zacienia glebę. Może więc pomóc zapobiegać smogowi i suszy. Można dobrać gatunki, które będą dopasowane do naszych celów. W miastach tych potrzeb jest niezliczona mnogość. Rośliny łąki kwietnej żywią dzikie owady zapylające, zapewniają więcej tlenu przez fotosyntezę, bo mają po prostu większą masę niż źdźbła traw. To darmowe korzyści, które może zapewnić nam wyższa, różnorodna roślinność. Założenie łąki kwietnej może też się zwyczajnie opłacić. Jeśli do tej pory kosiliśmy trawę siedem razy w roku, a na łąkę puścimy podkaszarkę raz do roku, to spadają nam koszty utrzymania zieleni.

https://www.facebook.com/fundacjalaka/videos/vb.2230878563838424/603514306901750/?type=2&theater


Łąka rzeczywiście może uchronić nas przed suszą?

Zawsze lepiej mieć bujniejszą roślinność, niż nie mieć. To wynika też z ukorzenienia tych roślin i tego, jak gospodarują wodą. Korzenie spulchniają glebę, a po nich wilgoć łatwiej dostaje się do gruntu. Bez roślinności gleba się spieka, tworzy nieprzepuszczalną skorupę. Wtedy działa jak gładka, twarda powierzchnia, przez którą woda deszczowa nie przeniknie. Zamiast tego wpłynie do kanalizacji i popłynie do Bałtyku. Każda forma wyższej zieleni, która powstrzyma ten spływ, jest pożądana. Nie chodzi jednak jedynie o pozostawienie trawy „samej sobie”, a o zadbanie, aby w miastach istniały różnorodne gatunki roślin i formy zagospodarowania zieleni.

Jak posiać łąkę kwietną (żeby dobrze urosła)

Chyba coraz więcej osób marzy o łące kwietnej we własnym ogrodzie. Co zrobić, żeby pojawiła się obok domu? Wystarczy odstawić kosiarkę?

Jest tyle odpowiedzi, ile miejsc. Po pierwsze, trzeba zdecydować o własnych potrzebach. Czy rzeczywiście potrzebujemy wielkiej połaci trawnika? Fakt, niektórzy chcą rozłożyć sobie leżak, rozstawić grilla. Gdyby wszystko było łąką kwietną, to nie byłoby gdzie tego zrobić. Nie z każdego skrawka terenu korzystamy jednak intensywnie. Tam możemy albo wysiać nowe gatunki, albo zrezygnować z koszenia i wykorzystać tę bioróżnorodność, która już u nas występuje. O ile w ogóle występuje, bo niektórzy tępią ją latami odchwaszczania. Wtedy trudno będzie odrodzić się naturalnej roślinności. W tej sytuacji możemy wysiać nasiona rodzimych roślin łąkowych. Wiele osób oczekuje spektakularnych efektów już w pierwszym roku od założenia łąki. Pomagają w tym jednoroczne rośliny – na przykład maki czy chabry. Warto jednak zainteresować się mieszankami wieloletnimi, które nie zakwitną w pierwszym roku, ale w kolejnych tworzą bardziej stałe środowisko dla owadów i zwierząt. Chodzi na przykład o mrówki. Ludzie ich często nie lubią, a one pomagają rozsiewać roślinność, pomagają rozmnażać się motylom i innym gatunkom owadów. Przecież one mieszkały na naszym terenie na długo, zanim my tam weszliśmy. Najlepiej pozwolić im dalej rozwijać się przynajmniej na części działki.


Do założenia łąki należy wezwać ogrodnika, czy poradzę sobie sam?

To zasadniczo bardzo proste, ale zależy: od wielkości i rodzaju terenu oraz tego, czy wybierzemy mieszankę wieloletnią, czy jednoroczną. Łąki kwietne z siewu nie mają się dobrze na terenach zacienionych, pod drzewami. Jeśli mają słońce przez mniej niż 6-8 godzin, to radzą sobie średnio. Najczęściej wykorzystywane do siewu są rośliny pól i nieużytków. One nie lubią zbyt żyznej, kwaśnej gleby. Lubią luźną ziemię, może trochę piasku. Jeśli nawożenie, to kompostowe, a nie torfowe. To akurat plus, bo torfowiska są bardzo cenne dla klimatu, nie powinno się lekkomyślnie kupować ziemi na bazie torfu. Jeśli mamy poletko na kilkadziesiąt metrów, to najpierw zdejmujemy darń, przekopujemy teren – najlepiej kilka razy w odstępie trzech tygodni. Dopiero potem wysiewamy. Łąkę możemy też odchwaszczać ręcznie w trakcie wzrostu, jeśli nie było czasu na długie przygotowania do siewu. Mieszanki jednoroczne wysiewa się wiosną, wieloletnie można także jesienią, gdy gleba jest wilgotniejsza.

Czytaj też: Czeka nas susza najgorsza od 50 lat? “Rośliny nie mają wilgoci na start”

Jednak trzeba się trochę zmęczyć.

Ale to o wiele łatwiejsze niż hodowanie ogrodowych, ozdobnych roślin. Wiele osób spędza nad nimi długie godziny. Uczy się, jak przycinać, kiedy podlać, dobiera stopień kwasowości gleby. Rośliny łąkowe, nieużytkowe są bardzo wytrzymałe, trudno je zepsuć. Jeśli mają dostęp do słońca i wody, to powinny dać radę. To dużo prostsze w uprawie niż ogród ozdobny, gdzie każda roślina jest indywidualnie traktowana i trzeba jej zapewnić wyjątkowo wyszukane warunki.

Łąki kwietne to jedynie czasowa moda, czy może przyjmą się na dłużej?

Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej. Choć widzę też, jak niektórzy podchodzą do tematu wyjątkowo gorliwie. Nie trzeba tępić wszystkich, którzy dotykają kosiarki. Puszczając rośliny samopas, też wystawiamy się na zagrożenia. Nie musimy przecież znać banku nasion, które mamy w glebie. W ten sposób możemy na przykład wyhodować nawłociowisko. Nawłoć kanadyjska i nawłoć późna to bardzo niebezpieczne, inwazyjne rośliny. W kilka lat zagłuszają rodzime gatunki, które przez ich rozwój znikają. Wraz z nimi: owady, a nawet ptaki, których cykle życiowe są dostosowane do gatunków miejscowych. Sposobem na nawłoć jest wielokrotne koszenie. Zanim więc odrzucimy kosiarkę raz na zawsze, musimy zorientować się w tym, co może u nas wyrosnąć. Bo roślinami również możemy zrobić przyrodzie krzywdę.

Źródło zdjęcia: materiały prasowe Miasta Krakowa

Podziel się: