Huragany wędrują coraz dalej na północ. Winne morskie fale upałów

108
0
Podziel się:

Huragany wędrują coraz dalej na północ, przekraczając kolejne granice. Przykładami z tego roku są Danielle i Fiona. Przyczyną tego zjawiska jest wzrost temperatur wód i tzw. morskie fale upałów

Atlantyk w ogniu

Nie tylko na lądzie obserwujemy fale upałów. To zjawisko, choć nie w dosłownym znaczeniu występuje też w oceanach. Morska fala upałów, to stan, kiedy przez dłuższy czas na znacznym obszarze woda morska ma ponadprzeciętną temperaturę. Do takiej sytuacji dochodzi coraz częściej. Morskie fale upałów obejmują coraz większe obszary, stają się przy tym intensywniejsze. „Zmiana klimatu sprawia, że każda morska fala upałów jest cieplejsza od poprzedniej”, powiedział Dillon Amaya, który w Narodowej Administracji Oceanicznej i Atmosferycznej (NOAA) zajmuje się badaniem tego zjawiska. „Zmiany klimatyczne zwiększają średnią temperaturę oceanu”, powiedział Amaya. „Morskie fale ciepła wędrują po tym trendzie wzrostowym, i w rezultacie stają się cieplejsze”, dodał.

W kontekście morskich fal upałów zwracano uwagę na problem Oceanu Spokojnego, ale ostatnio problem coraz bardziej widoczny jest na północy Oceanu Atlantyckiego. Tego lata niezwykle wysokie temperatury miały miejsce w wodach północnego Atlantyku. Amaya zauważył, że latem tego roku wody północnego Atlantyku były od 2 do nawet 5oC cieplejsze niż zwykle. Te ponadprzeciętne wartości dotyczyły też Pacyfiku. Brytyjski meteorolog Scott Duncan opublikował animację, pokazującą, jak od maja do końca sierpnia zmieniały się odchylenia temperaturowe północnego Atlantyku. Zwracając przy tym uwagę na ekstremalne wartości na Morzu Śródziemnym.

„Atlantyk jest teraz w ogniu”, oświadczył wprost Amaya, zwracając uwagę na coraz wyższe temperatury Golfsztromu. Na szczególną uwagę zasługują tutaj temperatury wód u wybrzeży Labradoru. Na początku września wody w pobliżu Półwyspu Labradorskiego miały od 19 do 21oC. Zatoka Św. Wawrzyńca miejscami była nawet cieplejsza od w południowej części Bałtyku, sięgając 20oC. W praktyce cały region cechował się odchyleniami od 4 do 7oC w stosunku do lat 1981-2010. Mimo bliskości ciepłego Prądu Północnoatlantyckiego są to bardzo duże wartości, świadczące o postępującym globalnym ociepleniu.

Morskie fale upałów: silniejsze huragany docierają daleko na północ

Za morskimi falami upałów stoi rosnąca od kilku dekad absorpcja energii cieplnej. Ocean pochłania energię cieplną, gromadzi ją, a następnie dochodzi do jej oddawania na powierzchnię. „To było bardzo ekstremalne – jedne z najgorętszych temperatur, jakie widzieliśmy w historii – i utrzymywały się przez kilka miesięcy,” powiedział Amaya. Tak duże wzrosty temperatur na danym regionie morskim skutkują powstawaniem silniejszych huraganów. Dlatego właśnie klimatolodzy zwracają szczególną uwagę na te temperatury. Do tego dochodzi problem podnoszącego się poziomu oceanów, co pomaga cyklonom tropikalnym siać większe zniszczenie na wybrzeżach Ameryki Północnej czy południowej i wschodniej części Azji. Ale i też Europy. Cieplejsze wody sprawiają, że cyklony przynoszą nie tylko silniejszy wiatr, ale i większe opady.

Huragan Danielle daleko na północy

O ile pierwsza połowa sezonu huraganów na Atlantyku była nadzwyczaj słaba, to inaczej wygląda druga. Nie chodzi tu jednak o to, czy sezon jest taki, czy inny, lecz o to, jak zachowują się huragany na Oceanie Atlantyckim. Przykładem jest huragan Danielle. Żywioł ten uformował na środku Atlantyku na początku września. To, na co zwracają uwagę naukowcy, to położenie geograficzne, na którym Danielle stał się huraganem. Chodzi bowiem o 42oN, a więc szerokość geograficzną północnej Hiszpanii czy Włoch.

Huragany zwykle powstają i występują na północnym Atlantyku między 10 a 30oN. Czasem docierają do 35-37oN wędrując nad ciepłymi wodami wschodnich wybrzeży USA. Tym razem stało się inaczej. „Zazwyczaj, gdy burze tworzą się tak daleko na północy, szybko słabną z powodu stosunkowo zimnej wody”, powiedział Phil Klotzbach z wydziału nauk atmosferycznych na Uniwersytecie Stanowym Kolorado. „Powolny ruch Danielle nad znacznie cieplejszą niż zwykle wodą pozwolił huraganowi przetrwać.” I tak było, bo żywioł wędrując w kierunku północno-wschodnim, wkroczył na wody, które były od 2 do 3oC cieplejsze niż zwykle. Miały około 25-26oC, na 43-44oN.

Danielle szybko utracił status huraganu, bo na 45oN wkroczył na chłodniejsze wody Oceanu Atlantyckiego. Tydzień później dotarł do Półwyspu Iberyjskiego już jako zwykły układ niskiego ciśnienia. Wciąż jednak dość groźny, bo jego atutem były ulewy, które w Portugalii doprowadziły do powodzi i osunięć ziemi. W wielu miejscach 13 września spadło od 62 do 84 mm deszczu w ciągu 24 godzin. To w sytuacji dramatycznej suszy okazało się ilością katastrofalną. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy portugalskich miasteczek mówili o „postkapitalistycznych scenach”.

Huragan Fiona jeszcze dalej na północ

O ile o pewnym szczęściu mogą mówić Portugalczycy, to w żadnym wypadku Kanadyjczycy. We wschodnie wybrzeże Kanady, a dokładnie w Nową Szkocję i Nową Fundlandię uderzył największy w historii tego regionu żywioł. Choć Fiona, kiedy znalazła się nad Nową Szkocją przestała być już huraganem, a burzą tropikalną, to szkody, jakie poczyniła, były ogromne. Mimo utraty statusu huraganu, podmuchy wiatru ze względu na rekordowo niski ciśnienie wciąż miejscami sięgały 150-160 km/h, przy maksymalnym zmierzonym podmuchu w Arisaig wynoszącym 179 km/h.

„Wszystkie ulice są pełne drzew. Są powalone na domy i samochody. Zawalone budynki. Jest dużo zniszczeń, mówił komendant straży pożarnej z miejscowości North Sydney. Z kolei policja Charlottetown w prowincji Wyspa Księcia Edwarda oświadczyła, że „warunki nie przypominają niczego, co widzieliśmy do tej pory”. Huragan pozbawił energii elektrycznej setki tysięcy osób. Kilkumetrowe fale i sięgające 200 mm opady deszczy zmyły wiele budynków i samochodów do oceanu. Zatopionych zostało też kilka łodzi. „To jest najbardziej przerażająca rzecz, jaką widziałem w moim życiu”, powiedział jeden z mieszkańców. „Jeden blok dosłownie się rozpadł. Niektórych ulic w ogóle nie widać.

Ten żywioł stał się rekordowy, gdyż status huraganu utrzymywał powyżej 40oN aż do 44oN. Następnie, kiedy wtargnął nad Nową Szkocję, stał się burzą tropikalną. Dodajmy tu fakt, że stało się w dość chłodnej części świata, około 600 km od subarktycznego Półwyspu Labradorskiego. Odpowiedzią na przyczynę tego faktu są oczywiście anormalnie ciepłe wody. Choć Nowa Szkocja leży blisko ciepłego Prądu Północnoatlantyckiego, to nadzwyczaj ciepłe wody (1-3oC powyżej średniej) rozciągały się od Karaibów po Grenlandię. To tłumaczy, dlaczego też żywioł mógł być huraganem na tak wysokich szerokościach geograficznych.

Powędrują jeszcze dalej

Jednocześnie huragany i tajfuny zawędrują jeszcze dalej na północ. I to się dzieje już od wielu lat. Już w 2014 roku badania pokazały, że zasięg występowania cyklonów tropikalnych przesuwa się na północ. Grupa naukowców z NOAA i Instytutu Technologii Massachusetts (MIT) zauważyła, że od lat 80. XX wieku zasięg działania cyklonów tropikalnych przesuwał się w stronę bieguna północnego w tempie ponad 50 km na dekadę.

„Wartość bezwzględna szerokości geograficznych, na których te burze osiągają swoją maksymalną intensywność, wydaje się rosnąć w czasie, w większości miejsc”, powiedział Kerry Emanuel, profesor MIT i współautor badania. „Trend jest statystycznie istotny na dość wysokim poziomie”. Badacze zwracali uwagę na dwa czynniki, po pierwsze wzrost temperatury wody, po drugie, ekspansję komórki Hadleya. Globalne ocieplenie sprawia, że ta wielkoskalowa cyrkulacja atmosferyczna, która transportuje ciepło z tropików na północ, poszerza swoje granice w kierunku biegunów. To wraz z rosnącymi temperaturami oceanów powoduje, że cyklony tropikalne zwiększają swój zasięg działania.

Jasne jest więc, że jeśli klimat będzie się ocieplać, a morskie fale upałów nasilać, huragany i tajfuny będą sięgać jeszcze dalej na północ. Kolejnym przykładem jest tajfun Merbok. Żywioł ten utracił status huraganu nad Morzem Beringa, pozostał jednak dość silny. Z wiatrem sięgającym 145 km/h i rekordowymi 16-metrowymi falami dotarł do wybrzeży Alaski. Tam wywołał potężne, niewidziane nigdy wcześniej powodzie. W przyszłości takie zjawiska jak Danielle, Fiona, czy wspominany Merbok przestaną być anomalią, a staną się normą.

Zdjęcie: Elena11/Shutterstock

Podziel się: