Dlaczego rok 2070 a nawet 2050 to za późno? Zmiany klimatyczne mają charakter progowy

1995
0
Podziel się:

Kilka dni temu prawie wszystkie kraje Unii Europejskiej zaakceptowały plan osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Prawie wszystkie, bo:

Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu (…).

Tym państwem jest Polska, która wywalczyła sobie specjalne traktowanie: neutralność klimatyczną netto mamy osiągnąć dopiero w roku 2070.

(Neutralność klimatyczna netto to sytuacja, kiedy emitujemy tyle samo gazów cieplarnianych ile ich pochłaniamy. Jednak pochłanianie dwutlenku węgla bezpośrednio z atmosfery – choć konieczne, jest też kosztowne energetycznie i trudne technicznie. Musimy więc przede wszystkim drastycznie ograniczyć nasze emisje, co również jest dużym wyzwaniem technicznym i ekonomicznym.)

Komentując postawę polskiego rządu jedni mówią, że stało się dobrze: wreszcie mamy dyplomację z prawdziwego zdarzenia. Taką, która twardo negocjuje korzystne dla nas stanowisko i potrafi postawić się silniejszym. Choćby dość bezwzględnie realizującym swoje interesy ekonomiczne Niemcom. Dzięki temu ugramy (a nawet już ugraliśmy) dodatkowe środki na transformację energetyczną, przez co koniec końców szybciej zdekarbonizujemy naszą gospodarkę.

Inni z kolei twierdzą, że działania naszych polityków ze zręczną dyplomacją nie mają nic wspólnego. Że był to klasyczny „strzał w stopę”, osłabiający naszą pozycję w negocjacjach o fundusze tak potrzebne na rewolucję energetyczną. Unia będzie „zazieleniać” gospodarkę tak czy siak, nie oglądając się na nas. A my zostaliśmy na peronie, z którego właśnie odjeżdża pociąg o nazwie „Nowy zielony ład”.

(Niezależnie od tego jakie mają Państwo zdanie na ten temat, warto – choćby w ramach intelektualnego ćwiczenia – na poważnie podejść do argumentów „drugiej strony”.)

W tym – chwilami bardzo gorącym – sporze partyjnym, politycznym czy światopoglądowym umyka nam jednak kilka spraw o fundamentalnym znaczeniu.

Dlaczego 2050?

Po pierwsze: skąd się w ogóle wzięła data 2050? Dlaczego nie na przykład, no właśnie: 2070, jak chciała Polska? Poza tym że 2050 to bardzo „okrągła” liczba w systemie dziesiętnym, którego używamy bo… mamy dziesięć palców u rąk.

Stąd, że parę lat temu jako prawie cała ludzkość uznaliśmy – przynajmniej deklaratywnie – że chcemy uniknąć ocieplenia naszej planety o więcej niż 1,5°C. A nawet jeśli już mamy te 1,5°C przekroczyć, to najlepiej tylko troszkę, bo większy wzrost temperatury (zwłaszcza przekroczenie 2°C) będzie miał katastrofalne skutki. W opublikowanym w październiku 2018 roku streszczeniu Specjalnego Raportu IPCC dotyczącego globalnego ocieplenia klimatu o 1,5°C czytamy :

W modelowych scenariuszach, w których próg 1,5°C nie zostaje przekroczony lub zostaje przekroczony w niewielkim stopniu, globalne antropogeniczne emisje CO2 netto spadają o około 45% do 2030 roku w porównaniu z poziomem z 2010 roku (przedział międzykwartylowy 40-60%), osiągając zero netto około 2050 roku (przedział międzykwartylowy 2045-2055).

No właśnie. I z grubsza stąd w planach Unii Europejskiej mamy ów 2050 rok.

Ale 2050 to i tak za mało

Niestety, nawet gdyby cała Unia – łącznie z Polską – faktycznie osiągnęła neutralność klimatyczną do roku 2050, to oczywiście nie wystarczy, by powstrzymać katastrofę klimatyczną.

Jasne – powiecie. Emisje krajów Unii to ok. 10% emisji światowych. Neutralne klimatycznie musiały by się więc w tym samym czasie stać także Chiny, USA, Rosja, Japonia czy Indie. I praktycznie każdy inny kraj, którego emisje są znaczące.

To prawda, ale nie o to mi tu chodzi. Nawet gdyby cały świat do połowy wieku osiągnął neutralność klimatyczną to i tak najprawdopodobniej będzie zbyt mało, by uniknąć katastrofy. Mamy znacznie mniej czasu – o czym już kiedyś pisałem, ale nigdy dość mówienia i przypominania o tym.

Zmiana klimatu postępuje szybciej niż nam się wydaje

Oszacowania opublikowane już po ukazaniu się raportu IPCC mówią bowiem, że klimat ociepla się szybciej niż jeszcze niedawno sądziliśmy. Dzieje się tak z kilku powodów, przede wszystkim przez szybszy niż zakładano wzrost emisji dwutlenku węgla (CO2). Dlatego przekroczenie progu ocieplenia o 1,5°C nastąpi najprawdopodobniej już około 2030 roku, a być może jeszcze wcześniej.

To nie koniec złych wieści: „budżet węglowy na 1,5°C” (czyli ilość CO2 jaką maksymalnie możemy jeszcze wyemitować, aby uniknąć wzrostu temperatury o więcej niż 1,5°C) wyczerpiemy najprawdopodobniej jeszcze szybciej. Dużo szybciej.

Natomiast granica 2°C „pęknie” gdzieś ok. 2045 roku. Raczej nie później, a niestety być może i szybciej. Tak czy siak, to o wiele wcześniej, niż wynikałoby z prognozy z ostatniego Specjalnego Raportu IPCC.

Co gorsza, zmiany klimatyczne mają charakter progowy. Oznacza to tyle, że jeśli podgrzejemy naszą planetę za bardzo – jeśli przekroczymy tzw. „próg planetarny”- to ruszy samonapędzający się mechanizm, którego już nie zatrzymamy. W ziemskim systemie klimatycznym uruchamiać się będą (i nawzajem napędzać) kolejne sprzężenia zwrotne: na przykład pożary lasów, uwalnianie dwutlenku węgla i metanu z topniejącej wiecznej zmarzliny czy utrata morskiego lodu w Arktyce. Procesy te będą wzmacniać wpływ, jaki na klimat ma emisja gazów cieplarnianych związana bezpośrednio z naszą działalnością: spalaniem paliw kopalnych i biomasy, wylesianiem czy produkcją żywności.

Właściwie to użycie czasu przyszłego jest tu nie na miejscu. Zgodnie z przewidywaniami część ze sprzężeń zwrotnych ma uruchomić się przy ociepleniu ziemskiego klimatu o ok. 1°C, czyli takim jakie mamy obecnie. I faktycznie, wymienione wyżej zjawiska obserwujemy już dziś.

W miarę wzrostu temperatury będą się jednak uaktywniać kolejne sprzężenia zwrotne, a te aktywne już dziś będą coraz silniejsze. Jeśli tego nie powstrzymamy, grozi nam destabilizacja systemu klimatycznego, czyli przekroczenie wspomnianego wyżej. „progu planetarnego”. Jeśli tak się stanie, będzie już za późno na zmniejszanie emisji czy nawet osiągnięcie neutralności klimatycznej.

A kiedy to nastąpi? Podobno przy przekroczeniu progu ocieplenia o ok. 2°C. Czytaj: za jakieś ćwierć wieku, przy dużym szczęściu trochę później, ale nie wykluczone że i dużo szybciej.

Czyli co? Nie ma sensu się starać, bo jednak i tak wszystko stracone? Nie. To znaczy, że trzeba starać się bardziej. Dużo bardziej. Wszystkie ręce na pokład, wszystkie siły na front walki ze zmianą klimatu.

Ale czemu to my mamy coś robić?

Wciąż słychać wielu polskich polityków, publicystów i zwykłych obywateli pytających dlaczego to Polska – niezbyt wielki, średnio zamożny kraj – ma się starać zmniejszać emisje? Dlaczego ma na tym tracić konkurencyjność naszej gospodarki? Przecież i tak wszystko zależy USA, Chin, Japonii, Rosji, Indii, Niemiec, które emitują znacznie więcej CO2 od Polski. W dodatku świat z roku na rok emituje tego gazu coraz więcej…

Biorąc pod uwagę to co wiemy o grożącym nam załamaniu się systemu klimatycznego jakoś dziwne wydaje się roztrząsanie, jakie korzyści i straty dla naszej gospodarki przyniesie dekarbonizacja prowadzona w takim czy innym tempie. Bo ile będzie naszą gospodarkę kosztować zmiana naszej planety w gorące piekło, w którym będą mogły żyć jedynie bakterie, niesporczaki i niewiele więcej? No dobrze, ale z tych ponurych apokaliptycznych prognoz niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Najzabawniejsze jest jednak to, że nasza gospodarka najpewniej wcale nie straci na szybkiej transformacji energetycznej. Straci raczej na jej odwlekaniu, nie mówiąc już o braku. O czym przekonująco jakiś czas temu pisał Tomek Borejza w tekście “Dawniej węgiel traktowano jako źródło dobrobytu. Dziś szanse na rozwój i modernizację są gdzie indziej.”

No i naprawdę stać nas na znacznie ambitniejsze działania dla ochrony klimatu niż to co robiliśmy przez ostatnie dwie dekady. Po prostu wydajemy pieniądze nie na to, co trzeba, od lat dotując polski, rosyjski a ostatnio także m. in. amerykański przemysł wydobywczy paliw kopalnych. I opartą na paliwach kopalnych energetykę. A przecież wcale tak nie musi być.

Postscriptum

A co do kwestii naszego udziału w emisji i odpowiedzialności za stan Ziemi: polskie emisje CO2 na głowę są wyższe niż średnia światowa. Porównywalne z chińskimi, dużo wyższe niż w Indiach. Z drugiej strony są niższe niż w wielu krajach europejskich, uchodzących za wzór odpowiedzialnej polityki ekologicznej. To prawda. Odpowiadamy jednak za ok. 1% światowej emisji dwutlenku węgla. A to nie jest wcale tak mało jak na kraj liczący niespełna 40 milionów mieszkańców. Po za tym jakaś część chińskich emisji to efekt produkcji i transportu towarów, dóbr z których my sami korzystamy. Tu w Europie, tu w Polsce.

Co więcej, jesteśmy częścią Unii Europejskiej, co wzmacnia naszą pozycję i wpływ na losy świata. Niestety jeśli chodzi o walkę ze zmianą klimatu wpływ ten jest póki co negatywny. To że od lat jesteśmy hamulcowym unijnej polityki klimatycznej jest oczywiste. Tak jak i to, że postawa naszego kraju osłabia stanowisko Unii w negocjacjach choćby z takimi Chinami. Mamy więc większy wpływ na zmiany klimatu niż wynikałoby to po prostu z naszego udziału w emisjach.

No i jeszcze jedno. Każdy jest odpowiedzialny za swoje postępowanie. Ta zasada powinna obowiązywać i na poziomie jednostek, i na poziomie społeczeństw. Jasne, można (a nawet należy!) zżymać się na Niemców że zamiast wyłączać elektrownie węglowe robią to samo z przyjaznymi dla klimatu elektrowniami atomowymi. I pytać, dlaczego do cholery to robią. Albo krytykować Chińczyków, Hindusów, i Bóg wie jeszcze kogo na przykład za to, że mają w planach budowę wielu nowych elektrowni węglowych.

Ale zrządzeniem losu większość z nas jest obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej, a nie Republiki Federalnej Niemiec czy Chińskiej Republiki Ludowej. Wspólnie jako społeczeństwo i jednostki odpowiadamy w jakiejś mierze za to co dzieje się na terenie naszego kraju. Nawet jeśli tam w niemieckim czy chińskim oku wciąż tkwi większa belka niż w polskim, to to jest nasze oko! Zajmijmy się wreszcie swoimi emisjami zamiast pokazywać palcem na innych.

Podziel się:
Wesprzyj nas!

Ładowanie danych zbiórki...

Wesprzyj SmogLab!