Dlaczego oburza nas oblanie obrazu farbą, a nie oburza niszczenie Planety?

145
0
Podziel się:

Parę dni temu aktywiści klimatyczni znów zaatakowali znane dzieło sztuki – tym razem obraz Claude’a Moneta został obrzucony ziemniaczanym puree. Cel akcji ten sam, co przy oblaniu zupą „Słoneczników” Van Gogha dwa tygodnie temu. Chodzi o zwrócenie uwagi na brak adekwatnych działań w kwestii ochrony klimatu. I również tym razem aktywiści ściągnęli na siebie ostrą krytykę. Dlaczego ataki na dzieła sztuki spotykają się z tak negatywnym odbiorem? Czy takie akcje w ogóle mają jakikolwiek sens? A może przynoszą więcej szkody niż pożytku?

Nie umilkły jeszcze echa akcji oblania przez dwie młode aktywistki słynnych „Słoneczników” Van Gogha zupą pomidorową, a już doszło do kolejnego podobnego zdarzenia. 23 października w Muzeum Barberini w Poczdamie zaatakowano obraz Claudea Moneta „Stogi siana w południe” – tym razem papką z gotowanych ziemniaków. Aktywiści przykleili się też rękami do ścian sali. Powód ten sam, co w przypadku akcji w londyńskiej Galerii Narodowej. Jest to przypomnienie, że robimy o wiele za mało, by uchronić się przed nadciągającą katastrofą klimatyczną.

Pomimo że oba obrazy były zabezpieczone (o czym osoby przeprowadzające obie akcje zapewne doskonale wiedziały) i nic im się nie stało, oba te „zamachy” na dzieła sztuki wzbudziły dużo negatywnych emocji. Wywołały też – również w Polsce – lawinę nieprzychylnych komentarzy.

Warto przyjrzeć się argumentacji przeciwników tego typu akcji. Oczywiście nie chodzi mi tu o zwykły hejt lub uwagi „wysłać lewaków do Rosji”. Chodzi o argumenty, które można cytować i z którymi jest sens polemizować.

Jaki jest sens atakowania dzieła sztuki?

Obrzucanie jedzeniem obrazów jako forma protestu najwyraźniej nie przypadło do gustu na przykład Jakubowi Wiechowi – dziennikarzowi piszącemu głównie o energetyce. (Redaktor Wiech jakiś czas temu podjął się też tyleż ważnej i potrzebnej, co niewdzięcznej roli edukatora polskiej prawicy w kwestii zmiany klimatu.)

Wiech nazwał osoby stojące za akcją w Poczdamie „przemocowymi aktywistami.” A komentując wcześniejszą akcję z Londynu wymierzoną w obraz Van Gogha, napisał:

„Radykalne sposoby protestowania zmniejszają poparcie społeczne dla danej sprawy poprzez obniżanie stopnia identyfikacji. Innymi słowy mówiąc: rozlewanie zupy na obrazy i przyklejanie się do nich nie zadziała.”

Powołał się przy tym na udostępniony przez znanego klimatologa – Michaela Manna – raport o wiele dającym do myślenia tytule „Extreme Protest Tactics Reduce Popular Support for Social Movements”.

Może więc nie tylko „nie zadziała”, ale wręcz przyniesie odwrotny do zamierzonego skutek? To jednak nie koniec zastrzeżeń i wątpliwości.

W komentarzach często pojawia się też argument, że pomysłodawcy akcji bardzo źle dobrali sobie cel. Obrazy przecież nic tu nie zawiniły, nawet jeśli galeria, w której wiszą, wśród swoich sponsorów ma firmy z branży paliw kopalnych. W tym duchu wypowiedział się również redaktor Wiech, pisząc m. in.: „nie potępiałbym tych aktywistów, gdyby wylali zupę np. na szefa koncernu energetycznego, który ukrywał informacje o zmianie klimatu.”

Są to wszystko zarzuty, które należy potraktować poważne. Choćby dlatego, że formułuje je tak wiele osób. Trudno się jednak zgodzić z Jakubem Wiechem i podobnie myślącymi osobami w kilku kwestiach.

Czy oblanie zupą obrazu to przemoc?

Po pierwsze, czy obrzucenie jedzeniem zabezpieczonego działa sztuki jest faktycznie „ekstremalną taktyką protestu”? Skoro obrazy – które w dodatku niczego nie czują – w żaden sposób nie ucierpiały? I skoro żadnej osobie nie stała się krzywda? Jeśli to jest „ekstremalne”, to co nam zostaje jako akceptowalna taktyka protestu? Petycje? I w drugą stronę, jakich słów użyć wtedy na naprawdę radykalne działania? Na przykład te prowadzone przez sufrażystki walczące ponad sto lat temu w Wielkiej Brytanii o prawa kobiet? Albo na to, co zrobili Thích Quảng Ðức, Ryszard Siwiec czy Walenty Badylak?

Nie muszą być lubiani, by byli skuteczni

Aktywiści rzadko kiedy są lubiani, a ich działania – choćby i umiarkowane – często oceniane są bardzo krytycznie. I to nie tylko w przypadku osób zajmujących się aktywizmem klimatycznym. Dobrym przykładem jest tu działalność Martina Luthera Kinga, a konkretnie odbiór społeczny zorganizowanego przez niego w 1963 roku „Marszu na Waszyngton”. Nie, wcale nie mylę Luthera Kinga z Malcolmem X! Ponoć większość Amerykanów (74 proc.) uważała wówczas, że tego typu (w pełni pokojowe!) protesty sprawie Afroamerykanów bardziej szkodzą niż pomagają. A jednak walka o prawa obywatelskie czarnoskórych obywateli USA na szczęście krótko potem odniosła sukces.

Cel uświęca środki?

Drugą i chyba najważniejszą kwestią jest jednak stawka, o jaką toczy się cała gra. Czyli to, co motywuje ludzi do takich aktów „pluszowego” wandalizmu. Aktywistki i aktywiści klimatyczni nie protestują przecież, bo stracili dostęp do Netfliksa czy HBO ani dlatego, że w ich ulubionej sieciówce podrożało sojowe lub owsiane latte.

Czytaj także: Krytyczny raport o klimacie i zdrowiu. „Przez spalanie paliw kopalnych cierpi zdrowie nas wszystkich”

Protestują bodaj w najważniejszej sprawie, jaką można sobie wyobrazić. Walczą o to, by nasza Planeta wciąż była miejscem, w którym będzie się dało żyć. I by nie zamieniła się w gorące i duszne piekło ze wszystkimi tego bardzo ponurymi konsekwencjami.

Apokalipsa, którą już widać (tylko trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć)

W przeciwieństwie do części krytyków oblewania obrazów jedzeniem, zapewne większość z Państwa zdaje sobie przynajmniej z grubsza sprawę z tego, co nam niebawem grozi.

Jasne, póki co nie ma jeszcze tragedii. 20 stopni Celsjusza w cieniu pod koniec października to nie koniec świata. Jednak jeśli wiemy wystarczająco wiele na temat zmiany klimatu, to uwagi typu „ale przyjemnie dziś ciepło” sprawiają, że spływa po nas zimny pot. A to, co dzieje się w Polsce, wynika przecież z procesu, który dotyka całej planety. I który z czasem staje się coraz intensywniejszy.

Niepokojące przykłady z ostatnich tygodni: wyjątkowo wysokie (jak na drugą połowę października) temperatury notowane były w zachodniej Europie. 16 października na 35 francuskich stacjach meteorologicznych zarejestrowano temperaturę powyżej 30 stopni Celsjusza! (Najwyższą, 32.6 °C zmierzono w Navarrenx). Podobne temperatury panowały w tym czasie w Hiszpanii. To historyczne rekordy ciepła w tym rejonie świata o tej porze roku.

Na razie takie „straszenie apokalipsą” jest często wyśmiewane albo potępiane (na naszym polskim podwórku choćby przez filozofa i eseistę Tomasza Stawiszyńskiego). Niestety, bynajmniej nie chodzi tu o czyjeś wymysły czy o wyolbrzymianie mało prawdopodobnych zagrożeń.

Czytaj także: Czy grozi nam apokalipsa klimatyczna? [KOMENTARZ]

Mówimy o informacjach, danych i predykcjach, jakie znajdziemy w artykułach publikowanych w najlepszych czasopismach naukowych, takich jak „Nature” czy Proceedings of the National Academy of Sciences (PNAS).

Ponura, ale realna wizja przyszłości

Okazuje się, że w niedalekiej przyszłości grozi nam destabilizacja systemu klimatycznego, zagłada ogromnej części biosfery, wzrost poziomu oceanów i ekstremalne susze w jednych rejonach świata, a gigantyczne powodzie w innych. Zaś w konsekwencji głód, wojny, migracje.

Początki tych procesów widzimy zresztą już dziś. Choćby w wyniszczonym przez suszę „Rogu Afryki” czy dotkniętym powodziami, a wcześniej ekstremalnymi falami upałów Pakistanie. Ale tego możemy z polskiej perspektywy nie zauważać.

Czy w obliczu tego wszystkiego oblanie zupą obrazu dalej wydaje się aż takie istotne?

Skoro o tym mówimy to akcja odniosła sukces

Możemy jednak nadal uważać że takie akty wandalizmu szkodzą sprawie ochronie klimatu. Czy na pewno szkodzą? I jaka jest alternatywa?

Rzucanie się z jedzeniem na znane obrazy okazało się być skuteczne przynajmniej w tym sensie, że dużo się o tym mówi. A aktywiści sięgają po takie formy protestu po prostu dlatego, że inne zawodzą. Ale przecież nie są to jedyne działania, jakie podejmują osoby zajmujące się aktywizmem klimatycznym. Jak najbardziej robią też to, co sugeruje Jakub Wiech. Biorą za cel protestów koncerny z branży paliw kopalnych i wspierające je instytucje finansowe, takie jak banki albo firmy ubezpieczeniowe.

Mało co przebija się do mediów i naszej świadomości

W Polsce mieliśmy na przykład protesty Extinction Rebellion (XR) przeciwko PZU, głównemu ubezpieczycielowi polskiego sektora węglowego. Słyszeli Państwo kiedykolwiek o tej akcji? Zapewne nie – i nic w tym dziwnego. Nie są specjalnie medialne. Co innego, gdyby na przykład polski XR oblał barszczem obraz „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki, prawda?

Czytaj także: Aktywiści na trasie PZU Maratonu Warszawskiego. Przypomnieli o węglowym „sekrecie” sponsora biegu

Aktywiści w swoich działaniach nie oszczędzają też polityków i urzędników odpowiedzialnych za decyzje szkodzące naszej Planecie, a więc także nam i naszym dzieciom. I co? Z grubsza nic. Jasne, na świecie coraz więcej inwestuje się w „zielone technologie” i coraz więcej mówimy o klimacie. Ale co z tego? Globalne emisje gazów cieplarnianych bynajmniej nie spadają, a już na pewno nie tak szybko, byśmy mogli uniknąć drastycznych konsekwencji zmian klimatycznych. A w dodatku wciąż ogromne pieniądze idą na dopłaty dla branży paliw kopalnych.

Nie słuchamy ani aktywistów, ani nauki

Ludzie proponujący bardziej „umiarkowane” i „cywilizowane” formy protestów w obronie klimatu zdają się też zapominać o jednej ważnej rzeczy. Ignorujemy nie tylko aktywistów, nawet jeśli Ci wiernie przekazują stanowisko nauki i cytują wyniki badań. Zupełnie nie słuchamy też tego, co mówią sami naukowcy. A ci alarmują od dawna, że sytuacja jest bardzo poważna i konsekwencje zmiany klimatu będą koszmarne. Tyle że przez dekady przekazywali i wciąż przekazują te informacje spokojnie i rzeczowo w precyzyjnym języku. Starali się przy tym unikać sensacyjnych i emocjonalnych stwierdzeń. Skutek jest znany. Wszyscy możemy bezsilnie obserwować, jak ponure przewidywania nauki sprzed kilku dekad na naszych oczach stają się rzeczywistością.

Klimatyczna rewolucja” naukowców

Ostatnimi czasy doszło zresztą do ciekawego zjawiska. Naukowcy – zwłaszcza osoby zawodowo zajmujące się klimatem i środowiskiem – są tak zdesperowane ignorowaniem ostrzeżeń, jakie od lat formułują, że również stają się aktywistami klimatycznymi i biorą udział w akcjach „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Powstał ruch Scientist Rebellion, a działające w nim osoby piszą o sobie „jesteśmy naukowcami wzywającymi do rewolucji klimatycznej”.

Tylko ile osób o tym wie? Czy Państwo kiedykolwiek o tym słyszeli? Takie informacje po prostu słabo się przebijają, nawet w dobrych mediach. Wciąż ważniejszymi informacjami są wypowiedzi celebrytów albo to, w jakiej formie był Lewandowski w ostatnim meczu Barcelony.

I właśnie dlatego każda forma protestu klimatycznego, która nie czyni nikomu krzywdy i o której będzie głośno ma sens sama w sobie.

Dlaczego nie lubimy aktywistów klimatycznych?

Dlaczego jednak (niegroźne) ataki na dzieła sztuki budzą taki oddźwięk? Przecież równie dobrze mogłyby się spotkać z całkowitą obojętnością. Może rację ma tu Jan Śpiewak, pisząc:

„Gwałtowna reakcja na oblanie zupą pomidorową szyby obrazu i dojmujące milczenie, gdy wypalana jest puszcza Amazońska, giną bezpowrotnie kolejne gatunki zwierząt, roztapiają się lodowce, pokazuje jak bardzo zaburzoną mamy hierarchię wartości.”

Negatywna reakcja na niewygodną prawdę

A może wiele osób tak negatywnie reaguje na akcje przeciwko obrazom, bo mniej lub bardziej świadomie zdaje sobie sprawę z tego, że aktywiści klimatyczni mają rację? W tym sensie, że czujemy, iż grozi nam niebezpieczeństwo, którego staramy się nie dostrzegać. I że żadna z osób ani instytucji, które mają realną władzę nie działa adekwatnie do zagrożenia.

W dodatku, gdyby takie działania zostały podjęte, nie mogłyby się ograniczać tylko do „wielkich korporacji”. Oznaczałyby także dla każdej i każdego z nas konieczność dużych zmiany w stylu życia i wiele mniej lub bardziej bolesnych ograniczeń. Na przykład musielibyśmy bardzo ograniczyć, a nawet zupełnie zrezygnować z korzystania z samochodów i samolotów, a także mocno zmienić dietę i ogólny poziom konsumpcji różnych dóbr. Wiele osób nie jest na to gotowych lub zupełnie nie ma na to ochoty.

Czytaj także: Blokady ulic i budynków w Londynie. „Sprawimy, że niemożliwe zmieni się w nieuniknione”

Tym bardziej mało kto ma ochotę, by samemu protestować, nawet jeśli czuje, że być może powinno się to robić. Bo i nie zawsze jest to miłe (mówię to z własnego doświadczenia, jako członek XR trzy lata temu brałem udział w blokowaniu ronda de Gaulle’a w Warszawie i paru mniejszych akcjach), a czasem może skończyć się mandatem, nocą na posterunku czy nawet wyrokiem.

Barbarzyńca nie może mieć racji

Zamiast posłuchać, co mają do powiedzenia aktywiści – i naprawdę się tym przejąć – łatwiej jest więc je lub ich zdyskredytować. A to jako głupią młodzież, a to jako oszołomów marnujących jedzenie czy wreszcie jako agentów albo pożytecznych idiotów branży paliwowej mających zniechęcić rozsądną większość do idei ochrony klimatu. A przede jako wszystkim barbarzyńców, którzy w ideologicznym zaślepieniu podnoszą rękę na dzieła sztuki.

Jest przy tym dość zabawne, że gromy na aktywistów miotają często ludzie, którzy wiedzą o malarstwie równie mało, co ja (jedyne, co wiem z historii życia Vincenta van Gogha to to, że obciął sobie ucho, a nie mylę go z Monetem tylko dlatego, że Claude Monet malował Londyński smog i pięknie o nim pisał).

Nie święci garnki lepią

Aktywiści klimatyczni nie mają dobrej prasy nawet jeśli akurat nie ciskają jedzeniem w dzieła sztuki. Wystarczy przypomnieć, jak wiele i jak silnych negatywnych emocji budziła i pewnie wciąż budzi Greta Thunberg. W stosunku do niej i do innych osób zajmujących się walką ze zmianą klimatu padają też zarzuty, że są młode, więc siłą rzeczy głupie, bo i tak nic nie wiedzą o świecie.

Co jest podwójnie fałszywe i niesprawiedliwe, bo na przykład Thunberg jest osobą bardzo rozsądną i dojrzałą. Z kolei taki Roger Hallam – jeden z założycieli i nieformalnych liderów brytyjskiego Extinction Rebellion (XR) – nie jest przesadnie młody (rocznik 1966), a całkiem sporo naprawdę niemądrych rzeczy udało mu się w trakcie działalności w XR powiedzieć i napisać.

Czytaj także: Aktywiści zaczynają klimatyczną rebelię. Cztery marsze przeszły ulicami Warszawy

Czasem jest więc faktycznie tak, że aktywiści sami się podkładają. Choćby mówiąc rzeczy sprzeczne z obecną wiedzą naukową. Na przykład w ruchu klimatycznym zdarza się spotkać osoby wykazujące irracjonalną wrogość wobec energetyki jądrowej, postawę przejętą zapewne od tradycyjnych organizacji ekologicznych takich jak Greenpeace.

Ale to wszystko jest drugorzędne. Osoby zajmujące się aktywizmem nie muszą być i nigdy nie będą ani idealne, ani nieomylne. Liczy się tylko to, czy na całym świecie szeroko rozumiany ruch klimatyczny wystarczająco szybko zmobilizuje do działania wystarczająco dużą liczbę osób.

Nie wszystkie akcje w obronie klimatu mają sens

Nie twierdzę też, że wszystkie działania w obronie klimatu są trafione i sensowne. Znacznie bardziej wątpliwa niż opisywane tu ataki na obrazy była na przykład akcja XR sprzed trzech lat, kiedy to aktywiści próbowali zakłócić działanie londyńskiego transportu publicznego w godzinach szczytu. Doszło do przemocy (z obu stron, mimo że XR jest w założeniu organizacją działającą bez stosowania przemocy) i prawie zlinczowano przynajmniej jednego z protestujących.

Jak więc dobrze i skutecznie protestować?

Odpowiedź na pytanie, jakie działania aktywistyczne w obronie klimatu są dopuszczalne i jakie są skuteczne bynajmniej nie jest prosta. Podobnie jak kwestia tego, co robić, by wyrwać większość społeczeństwa z obojętności wobec zmian klimatycznych.

Niemniej warto się nad tym zastanawiać i dyskutować. Tym bardziej, że wraz z zaostrzaniem się kryzysu klimatycznego, osób chętnych do brania udziału w akcjach obywatelskiego nieposłuszeństwa i protestach w obronie klimatu najpewniej będzie coraz więcej. I – co w pełni zrozumiałe – będą coraz bardziej zdesperowane, bo i w obliczu nadciągającej katastrofy wszyscy coraz mniej będziemy mieli do stracenia.

Podziel się: